Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Spotkania z Nakropką

Pomysł na ten tekst wpadł mi gdzieś po napisaniu dopisu "Uświadomienie". Jakoś tak wyszło, że zapragnęłam stworzyć z tego samobieżną historię.

Nakropka to postać, która będzie się rozwijać przez całe opowiadanie. Miejsce akcji może się zmieniać, zazwyczaj powinno to być jednak jakieś opustoszałe, spokojne miejsce.

"Spotkania z Nakropką" widzę po prostu jako rozmowy trochę ze samym sobą, swoją ukrytą drugą stroną medalu, cichym głosem szepczącym z tyłu głowy.

Z Nakropką każdy się może spotkać.

Było chłodno. Okryłam się ciepłym, szarym płaszczem i schowałam nos w grubym szalu w kolorze dojrzałego winogrona. Siedziałam na zimnej ławce w pustym parku. Wiał silny wiatr, targający moimi rozpuszczonymi ciemnymi włosami, spływającymi łagodnie na zgarbione plecy. Ręce ukryłam w głębokich kieszeniach płaszcza, i pozostając w skulonej pozycji, czekałam spokojnie na jej przybycie.

Wiedziałam, że i tego dnia będzie mi dane się z nią zobaczyć. I nie musiałam długo czekać. Pojawiła się bezszelestnie, stanęła za oparciem ławki i łagodnie położyła swą jasną dłoń na moim ramieniu.  Odwróciłam się, ale nie musiałam gwałtownie mrużyć oczu, gdyż Nakropka nie była dziś rozświetlona swym wewnętrznym światłem.

- Witaj - powiedziała cicho, uśmiechając się delikatnie. Była uosobieniem wrażliwości i łagodności. Odruchowo odwzajemniłam uśmiech.

- Czy nie możemy przenieść się w jakieś cieplejsze miejsce? Tu jest okropnie zimno - skuliłam się na ławce. Nakropka nie odpowiedziała, lecz usiadła obok mnie i objęła mnie ramieniem. Niespodziewanie całe moje ciało napełniło się ciepłem, rozchodzącym się po wszystkich jego częściach, poczynając od klatki piersiowej, a kończąc na palcach u stóp.

- Dziękuję. Nakropko... Jest pewna sprawa. Czuję się okropnie zagubiona - wyznałam. - Czuję się zagubiona w plątaninie myśli, uczuć, emocji, wzburzających się we mnie i opadających łagodnie, poruszających moje skamieniałe z dawna serce. Lecz tym razem nie o nie chodzi... Tym razem martwi mnie kwestia zupełnie inna. Może to błahy problem, może to dylemat codzienności... A jednak spędza mi sen z powiek, sprawia, że nie mogę zaznać spokoju.

Nakropka słuchała spokojnie, odwróciwszy twarz w kierunku szumiących, szarych drzew. Poczułam się upoważniona do kontynuowania mojego wywodu.

- Sprawa ma się następująco: jednego dnia czuję się lekka i zwiewna, niemalże jakbym się unosiła kilka centymetrów nad ziemią. Czuję się wówczas tak, jakbym mogła przenosić góry, jakby obce były mi wszelkie zmartwienia i jakby świat materialny, z całym swym złem i nienawiścią, nie robił na mnie najmniejszego wrażenia. Lubię się tak czuć. Wówczas potrafię się śmiać, pomagać ludziom, pracować zawzięcie cały dzień, a praca ta sprawia mi największą przyjemność i jest dużą wartością. Są to bardzo jasne dni, kiedy potrafię dużo uczynić, nawet dużo dobrego, pomimo, że jestem bardzo grzeszną istotą - uśmiechnęłam się przelotnie. - Lecz są też inne dni; szare, jak ten dzisiejszy. Choć nie jest to świat materialny - mruknęłam, łamiąc od niechcenia kawałek oparcia ławki. - A to właśnie on najbardziej mnie unieszczęśliwia w tych dniach. Czuję się wówczas źle, paskudnie, parszywie. Mogłabym leżeć całymi dniami w łóżku, patrzyć w sufit... Czuję się bezsilna i bezużyteczna, a co najgorsze - niezdolna do jakichkolwiek działań. W takie dni moja rozśpiewana dusza zasypia, a jej miejsce zajmuje zasuszony i jałowy umysł, który roni gorzkie łzy i zaciska pięści ze złości. W taki dni, choćbym chciała czynić wiele, nie jestem w stanie uczynić nic. Ponadto dostrzegam wówczas mój problem, który tkwi we mnie, głęboko już zakorzeniony, trawiący mnie od środka; trawi on zawzięcie moją duszę i rozkoszuje się moim bólem, pojawiającym się w takie szare poranki. W jasne dni problem ten przestaje istnieć i znika, a ja pławię się w blasku naturalnej i niewymuszonej radości.

Urwałam, patrząc błędnie w ziemię.

- Nakropko... Boję się tylko jednego. Boję się, że tak być nie może. Boję się, że te dwie skrajności nie mogą ze sobą współegzystować, że pewnego dnia to się skończy... Że pewnego dnia przeważy się szala na jedną z tych stron.

Spojrzała na mnie bystro.

- I obawiasz się... Że będzie chodziło o tę szarą stronę, prawda?

Kiwnęłam głową.

- Może tak wszyscy mają. Może tak każdy żyje, a ja jestem histeryczką, która nie potrafi sobie poradzić z życiem. Tak; mniemam, że to bardzo prawdopodobne. A jednak... Coś sprawia, że nie chcę tego wszystkiego tak zostawiać, nie chcę pozwalać temu bezwiednie trwać bez mojej bezpośredniej ingerencji. - Spojrzałam na nią poważnie. - Nakropko... Pomożesz mi?....