Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


RSC ponad wszystko

Charakterystyczny dźwięk odbijanej piłeczki pingpongowej urywał się wraz z westchnieniem gracza, któremu umknęła finezyjnie ścięta lub podkręcona biała błyskawica. Okrzyk radości zaś jednoznacznie podkreślał zdobyty punkt. Szybkie wymiany sprawiały, że piłeczka stawała się dla nielicznych obserwujących grę niemal niezauważalna. Przy sąsiednim stole atmosfera była luźniejsza. Czterech grających wpadało na siebie okrążając ciemnozielony prostokąt przy grze w młynka ze śmiechem. Trzeba być piekielnie zręcznym i mieć trochę praktyki aby nadążać za kolejnymi zagraniami i kontrolować sytuację swojego partnera. Niemieccy przyjaciele byli świetnie przygotowani. Ta zabawa była ich polem do popisu co wyraźnie zaznaczali gubiąc swoich przeciwników precyzyjnymi odbiciami. Ogromny podwórzec pensjonatu przypominał cyrk w pomieszaniu z areną sportową. Piłkarze, koszykarze, biegacze i udzielający się w innych dyscyplinach tworzyli barwne i na pozór chaotyczne widowisko. Miejsce z dala od wielkomiejskiego mrówczego zgiełku. Peryferie miasteczko, które wydawało się być bajkową scenerią. Dopieszczone w nienagannym utrzymaniu i niezwykle kolorowe domki działały na wyobraźnię. W niczym nie ustępowały obrazkom z wielkiego świata za jaki uważano duńskie, holenderskie czy szwedzkie miasta o podobnej wielkości. Nic też nie pozwalało na doszukiwanie się różnic pomiędzy Niemcami zachodnimi, a "enerdówkiem", które było nad wyraz gościnne. Jedyną faktyczną nutą konfuzji w tej sielance pozostawały wrażenia z wczorajszej łazęgi po Berlinie. Mur berliński o którym wiele zasłyszało się wcześniej nastrajał zaiste pesymistycznie. Zauważalne detale w postaci reflektorów, przewiązań jakichś na drutach wieńczących sztuczną granicę i checkpoint* sprzyjały poczuciu jakby odwiedzało się plan filmowy produkcji utrzymanej w konwencji czarnej science fiction.

Moja runda w młynku zakończyła się połowicznym sukcesem. W parze z Afrodytą czułem się mocniejszy. Niewiele starsza piętnastolatka ochrzczona została mitycznym imieniem już na początku wspólnej przygody za sprawą głosowania wszystkich pensjonariuszy. Wysportowana blondynka rodem z Poznania świetnie dawała sobie radę w rywalizacji z gospodarzami w wielu konkurencjach. Przykuwająca uwagę słowiańska uroda przysporzyła konsternacji co niektórym miłośnikom kultury starożytnych. Nastoletni młodzieńcy i równie wiekowe dziewoje zachodzili w głowę czy aby grecka bogini była płowowłosą kobietą o nieskazitelnie błękitnych oczętach. Przyglądałem się odpoczywając kolejnym tenistom. - Hello, my friend! - Z błogiego nastroju wyrwał mnie zabawnie akcentowaną angielszczyzną Volker. Opiekun grupy wraz ze swoją żoną byli parą studentów, którzy znaleźli we mnie wdzięcznego interlokutora w szlifowaniu swojego angielskiego. Rad byłem z konwersacji mogąc chłonąć zarazem język niemiecki w jego naturalnym środowisku i naciągać owych starszych kolegów na zwiedzanie bliskich im miejsc. Powtórną wycieczkę do Muzeum Goethego zaskarbiłem sobie już wcześniej. Ruszyłem w kierunku młodzieńca w okularach, które jednoznacznie przywoływały wspomnienie Johna Lennona. - I have a proposition - zwrócił się do mnie z niejaką dumą. Dopiero teraz zauważyłem chłopaka w moim wieku. Skinął głową na przywitanie nie wyrzekając ani słowa. W rękach trzymał najprawdziwsze rękawice bokserskie. Wydawały się olbrzymie. Dwie pary matowobrązowych obłych kształtów. - Sparring. OK? We love boxing - Proste wprowadzenie rozwinęło się w wyjaśnienie. Niemieccy koledzy ćwiczą pięściarstwo w ramach szkolnej podstawy programowej i w wakacje podtrzymują swoją średnią na równi z futbolem, pływaniem czy grą w szachy. Kolega Volkera proponuje kilka prostych ćwiczeń w sparringu. Olśniło mnie. Kilka dni temu dwa razy wygrałem w pingponga właśnie przeciwko niemu. Taksował mnie czujnym spojrzeniem. Odnotowałem w myśli: - Oho! Ten kolega jest pamiętliwy i nie daje łatwo za wygraną. Obserwował mnie zawzięcie na zajęciach z informatyki - Przeszliśmy wspólnie pod ścianę drzew, które wyznaczały granice pensjonatu i swoim majestatem przypominały, że jesteśmy w Turyngii. Plac niewielkich rozmiarów był nieregularnym czworobokiem o brzegach tworzonych równiutko przystrzyżoną trawą. Kilka metrów kwadratowych czarnej ziemi służyło za miejsce dla innych gier i zabaw. W tym przypadku stało się ringiem. Krótka wymiana zdań rozwiała wątpliwości. Potwierdziłem, że znam zasady obowiązujące w tym sporcie. Mój przeciwnik podszedł nadal milcząc i wręczył teatralnym gestem rękawice. Popatrzył wymownie. Doznałem po raz pierwszy niezbyt miłego uczucia. Rówieśnik niższy o głowę ale mocnej postury. Krępy nastolatek z wprawą zaczął zakładać sportowy sprzęt. Po chwili mogłem również poprosić o zawiązanie swojej pary. Ochraniacz na zęby nie jest potrzebny. Mamy tylko trochę poćwiczyć. Wywnioskowałem, że mojej skromnej osobie zostanie udzielona lekcja jakiej na co dzień nie przewiduje polskie szkolnictwo. -Ready? Box! - Volker jako arbiter nie pozostawił chwili na zastanowienie. Zostałem poddany ciekawej próbie. Nigdy wcześniej nie miałem na rękach bokserskich rękawic. Szlachetny sport przesłaniał w Polsce blask sławy azjatyckich sztuk walki. Ogólnokrajowy zapał zdążył udzielić się i mnie więc miałem jakieś pojęcia także i o pięściarstwie w jego klasycznym wydaniu. Miłe poczucie animuszu i bojowego ducha zagościło w młodym ciele natychmiast. Uniosłem ręce formując coś co w moim przkonaniu stanowiło gardę. Chwila refleksji przypomniała moment wręczania rękawic i zaciętą twarz przeciwnika. W duszy zagrała burzliwa melodia jakby na podobieństwo tego, który odbierał dwa miecze od rycerzy Zakonu. Coś podpowiadało, że niemiecki młodzian chce zrewanżować się za przegraną przy pingpongowym stole. Dobre trzy kroki przede mną niczym przed lustrem ta sama scena. Ręce podniosły się na wysokość twarzy. Na tym podobieństwo chwilowo zakończyło się. Mój sparringpartner z miejsca zaczął wykazywać kunszt i opanowanie. Praca nóg nazywana tańcem była jego chlebem powszednim. Podskakiwał rytmicznie, sprężyście. Nie pozostawał w miejscu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jeszcze sekunda lub dwie, a zastygnę jak zahipnotyzowany gapiąc się na prezentowaną sprawność wyniesioną z lekcji wychowania fizycznego. Stojąc jak kołek z rękoma gotowymi do wymiany ciosów poczułem się jak popełniający faux pas w dobrym towarzystwie. Zacząłem improwizować trochę naśladując wzory przechowywane w pamięci. Błyskawicznie znalazł się przy mnie i zaatakował żołądek. Znalazł mnóstwo wolnego miejsca poniżej linii moich łokci. Nieprzyjemne mocne uderzenie. Straciłem na moment równy oddech. Zakodowane w psychice oczekiwanie na uderzenie w twarz zostało odesłane do lamusa za pierwszym podejściem. Odskoczyłem instynktownie o krok do tyłu nie oczekując na poprawkę. O dziwo, łatwiej przyszło mi od tej chwili tańczyć na nogach. Niski młodzieniec ze szczelną gardą zaczął przypominać rozbuchanego byczka. Tym razem seria ciosów. Znów zostawiłem odkryty brzuch. Zdążyłem zainkasować jednak tylko mniej groźne uderzenia. Przepona odczuła jednak atak i począłem mieć się na baczności. Po jednym ciosie w to wrażliwe miejsce można być wykluczonym na co najmniej kwadrans. Wystarczy przypomnieć sobie przypadkowe uderzenie piłką nożną w ten mięsień. Zamarkowałem dwa, trzy uderzenia. Coś podobnego do przeplatania lewym sierpowym i prawym prostym pozwoliło mi utrzymać się na placu z którego niemal zostałem zepchnięty. Lekko pochylony do przodu przeciwnik bez trudu uniknął mojej niewczesnej pobudki. Zyskałem trochę miejsca. Zrozumiałem też, że dałem się namówić na coś czego moja wyobraźnia nie przewidywała pod hasłem "sparring" czy "ćwiczenie". Wyczułem, że Niemiec jest gotów znokautować mnie w sprytny sposób. Potężny sierp przed którym odchyliłem głowę miał za zadanie odwrócić moją uwagę. W tej samej chwili seria uderzeń zdążała na mój korpus. Odskok. Tym razem nie zaliczyłem nawet otarcia. Skontrowałem bijąc dwukrotnie z góry niczym młotem w blond czuprynę. Niezbyt mocne uderzenia zdziwiły przeważającego do tej pory młodzieńca. Zdążył jednakże znów zabłysnąć ogładą wyniesioną z ringu i pochwycił mnie pod ręce klinczując nim zdążyłem wyprowadzić drugą serię. Bardzo mocny uścisk sparaliżował mnie. Niemal wyrywał mnie w górę. Jeny, jaki ten Niemiec jest mocny!

- Stop! - przypomniał o sobie sędziujący Volker. Rozdzielił nas z gracją zawodowego arbitra co przyjąłem z wdzięcznością. - Box! - już jednak zabrzmiała komenda do kontynuowania ćwiczenia. Przeciwnik zbliżył się pierwszy ale głos opiekuna ogłosił znów: - Stop! - Chwila dezorientacji. Młody mężczyzna podnosi w górę stoper: - Time! First round! - i kończy niemieckim: - Ende! Vier Minuten Rast! - Wlokę się na ławeczkę. Jest gorąco ale na szczęście nie ma upału. Zanosi się na deszcz i wiatr miło owiewa twarz. Volker zapytuje czy wszystko w porządku. Przytakuję i spoglądam spode łba na swojego przeciwnika. Przy sąsiedniej ławce blondyn z bokserskimi rękawicami wykonuje skłony i wyprostowując się głęboko oddycha. Nie wygląda na zmęczonego. Po chwili relaksu siada. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia krzyżują się. Beznamiętny wyraz twarzy nie budzi mojej sympatii. Przysiągłbym, że ilekroć spogląda w moją stronę badawczo coś niecnego chodzi po jego głowie. - So, let`s go! Second round! - obwieszcza Volker. Po chwili staję naprzeciw swojego sparringpartnera. Twarz bez wyrazu. Szare oczy wgapiające się odrobinę nazbyt prowokująco. Regularne rysy, silnie zarysowana szczęka. Przez moment myślę aby zacząć od efektownego wypadu do przodu i przy odrobinie szczęścia znokautować blondasa trafiając go w wydatną żuchwę. Łapię się jednak na tym, że nie mogę sobie pozwolić na bardziej otwartą walkę. Czuję, że uchybiłbym jakiejś niepisanej etykiecie decydując się na boks pełną parą, a jednocześnie utwierdzam się co raz bardziej w przekonaniu, iż doświadczony przeciwnik stara się wyliczyć mnie do dziesięciu w przemyślany sposób. Znów znajduje się błyskawicznie przy mnie ale tym razem odczytuję jego zamiar i w momencie kiedy zaczyna uderzać mnie w żołądek wymiguję się odskakując i tańcząc raz w lewo, raz w prawo. Zaledwie jeden przypadkowy cios trafia mnie w bok. Tym razem znajduję go na wykroku. Zwodem uskakuję jakbym chciał go ominąć, okręcam się w miejscu o dziewięćdziesiąt stopni i decyduję się prawym sierpowym rąbnąć go w ucho. Ucieka ale na próżno. Zaczynam sobie zdawać sprawę, że moim atutem jest wzrost i dłuższe ręce. Niezbyt mocno ale uderzam szybko wycofującą się masywną postać. Dobiegam o krok ale znów zostaję pochwycony w klincz. Czuję, że mogę dać radę ale w zwarciu staram się jedynie zachować równowagę kosztem przeciwnika i nie pozwolić by przewrócił mnie na ziemię. Oklepuje mnie trochę po plecach. "Stop" i po chwili kontynuujemy sparring. Teraz staram się przejąć inicjatywę i udaję kilkakroć, że wyprowadzam cios. To lewą, to prawą ręką usiłuję zmylić młodego boksera. Ten jednak zachowuje gardę i nie odsłania się. Za to zdobywa się na kolejny błyskawiczny atak na wysokości żołądka, który bronię inkasując niezbyt mocny półprosty w okolicach skroni. To przesądza o charakterze naszego boksowania. Odrobina rozdrażnienia udziela się i mnie. Nim odpowiadam zostaję schwytany w żelaznym uścisku. Nienawidzę tego elementu walki. O wiele lepiej czuję się w wolnej wymianie ciosów. Arbiter rozdziela nas i wszystko zaczyna się od nowa. Staję się śmielszy. Trafił mnie dwukrotnie w głowę. Muszę oddać. Bluffujemy podrygując ramionami ale żaden cios nie następuje. Krążymy wokół siebie podskakując, gdy zauważam okazję. Niemiec udał, że bije sierpowym mocno odchylając ramię. Półotwarta garda jest zachęcająca. Szybki krok do przodu i staram się trafić w głowę. Trafiam w powietrze ale odnotowuję z satysfakcją, że impet mojej lewej ręki jest równy prawicy. Kontra niemieckiego kolegi jest podobna. Zasłaniam się ręką i ponownie biję lewą. Trochę bezładnie ale uderzenie sięga celu. Nie wiem gdzie dokładnie trafiłem. Czuję jednocześnie, że brakuje tchu. Znów żołądek. - Stop! Relax, my gentlemen - jeszcze jedno trafienie w brzuch i wyłożyłbym się jak długi. Na szczęście nie odebrałem żadnej poprawki po zakończeniu rundy. Nie jestem już tak świeży jak w pierwszej rundzie. Kilka razy oberwałem ale z zadowoleniem zauważam, że rówieśnik na sąsiedniej ławce nie jest już tak rześki jak przed pięcioma minutami. Do trzeciej rundy podchodzę z pewnością siebie. Wystartowaliśmy do siebie równocześnie. Unikam zwarcia odskakując i klucząc. Blondas stara się trafić mnie w głowę. Uderza w ramię. Bardzo mocne uderzenie. Mimo chybionego ciosu znów daje znać o sobie solidne przygotowanie. Jego problem to zasięg ramion. Nim zdążył schować się za gardę trafiam w głowę. Oszołomiłem przeciwnika na moment. Poprawiam. Znów czyste trafienie. Chwila obawy czy aby nie biję zbyt mocno. Mimo wszysto nie chcę pozostawić po sobie mało eleganckiego wspomnienia. Odpowiedź przeciwnika trafia na gardę. Zaczynam kontrolować boksera. Kilka razy staram się uderzyć ale pilnuje się trzymając ręce na wysokości twarzy. Próbuję zatem tego czym mnie raczył przez dłuższy czas. Pochylam się szybko do przodu wyprowadzając prawy prosty w okolice żołądka. Niestety niewygodnie jest dla mnie szukać słabszego punktu u Niemca. Bez trudu unika spotkania z moją prawicą. Stara się jakby zachęcać do kolejnej próby. Udaję, że ponawiam atak i boksuję na głowę. Część siły uderzenia gubi się w jego rękach. Nie pozwalam na klincz i ponawiam serią krótkich uderzeń przeprawę przez jego gardę. Cofa się o pół kroku ale sięgam. Tym razem otrzymał kilka lekkich uderzeń ale i nauczkę. Nie upilnował swojej nienagannej postawy. Napieram. Bronię się przed ciosem, oddaję i jeszcze raz. Trafienie, które jest lekkie nie zniechęca mnie. Zauważam, że garda jest odrobinę zbyt nisko. Zmęczenie daje o sobie znać. Teraz widzę przed sobą niemal całą twarz przeciwnika nie skrywaną za rękawicami. Dyszy dość ciężko ale miarowo. Wzrok nadal jakby szklany. Decyduję się uderzyć sierpowym. Nie mogę mimo otwartej drogi bić w nos, gdyż byłoby to poczytane za faul. Mimo wszystko to tylko szkolny sparring. Zamach kończy się na wysokości łuku brwiowego. Tym razem jestem kontent. Czyste trafienie. Niemiec wyraźnie zdziwiony jednak do nokautu daleko. Tańczymy ciężko w dystansie wokół siebie jeszcze przez kilka dłuższych chwil. Pozwalam sobie na wredny uśmieszek wielkopańsko odstępując od wymierzania kolejnych ciosów zdezorientowanemu blondynowi. - Stop! - przypomina o sobie opiekun. Spoglądam dyskretnie jak ocenia zaambarasowanie swojego wychowanka. Wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Dziękujemy sobie za sparring i poklepujemy po ramionach z serdecznością, której nie odnajduję. Tym razem jestem skłonny zawierzyć przeczuciu. Ten facet po prostu bardzo mnie nie lubi.

Późnym wieczorem napotykam w kuchni Afrodytę. Kolejny raz komplementujemy gospodarzy. Wybór gorących i zimnych napojów kwitujemy słowami najwyższego uznania. Domowe warunki w każdym calu wpływają na dobre nastroje. W pewnym momencie smukła piękność uśmiecha się: - W rewanżu dałeś radę? - Przez chwilę nie rozumiem o co chodzi ale odgaduję, że nie uszło jej uwadze specyficzne zainteresowanie moją osobą.
- Mocny kolega - staram się skwitować nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
- Jak odchodził od stołu to był wyraźnie wściekły.
- Nie zauważyłem.
- Bokserom też kibicowałam - uśmiecha się po raz wtóry - Gdy później graliśmy w badmintona to przyszedł dopingować swoich. Dość głośno relacjonował swoją walkę. Słyszałam w przerwie.
- Tak? - pytam z zaciekawieniem. Afrodyta pochyliła się i przez chwilę szeptała poufale. Dotarło do mnie, że chyba w każdym stadzie owiec musi znaleźć się jedna czarna.
- Niemożliwy facet - podsumowałem.
- A widzisz. Na takich trzeba uważać.

 

* - checkpoint (z ang.) - punkt kontrolny; przejście graniczne pomiędzy NRD, a Berlinem Zachodnim, np.: checkpoint "Charlie"  http://pl.wikipedia.org/wiki/Checkpoint_Charlie