Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Ostatni dzień przed Końcem Świata

Ostatnio dosyć modny temat Zombie Apokalipsy. Opowiadanie z podziałem na role, każda osoba tworzy maksymalnie dwie postaci. Losy naszych bohaterów muszą się przeplatać, nie wymagam, by wszyscy działali w jednej grupie, ale mogą się co jakiś czas spotkać podczas akcji (niekoniecznie wszyscy razem).

Historia rozpoczyna się o poranku 21 grudnia (a co, niech będzie, że Majowie mieli rację) w małej miejscowości na południu Francji. Z niewiadomych powodów amerykańskie wojsko bombarduje tamte rejony. Europa wstrzymuje oddech obawiając się III Wojny Światowej. Ludzie nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć, Amerykanie nie przyznają się do ataku, a w całej Europie zaczynają znikać ludzie.

Wszelkie armie zombie niech się pojawią dopiero w dalszej części opowiadania. Początek niech będzie owiany pewną nutką tajemnicy, nikt nie wie, co się dzieje z zaginionymi.

Bohaterowie mogą pochodzić z różnych państw europejskich. Prosiłbym jedynie o to, aby zwrócić uwagę na detale. Taki prosty przykład, jeżeli piszemy jako Niemiec, to nasz bohater nie może korzystać z polskich komunikatorów (chyba, że to jakoś uzasadnimy).

Prosiłbym o stosowanie narracji pierwszoosobowej.

- Dziwne - mruknęłam do siebie, wyłączając budzik. Nigdy go nie potrzebowałam... Pierwszy raz od bardzo dawna nie obudziłam się kilka minut przed tym okropnym dźwiękiem.

Zwlokłam się z łóżka dopiero po kilku minutach, a następnie ruszyłam do kuchni. Włączyłam światło; wyjątkowo nie przepadałam za półmrokiem, a obecnie reszta mojego pustego mieszkania tonęła w czerni wczesnego poranka, kiedy słońce nie zdążyło jeszcze wzbić się na niebo. Nalałam mleka do niewielkiej miski, którą umieściłam w mikrofalówce. Od wieków nie korzystałam już ze starego garnuszka, w którym podgrzewał je mój były chłopak. Byłam zbyt nowoczesna i zbyt zabiegana, by tracić czas na tak prozaiczne czynności; ja po prostu wrzucałam wszystko do mikrofalówki.

Po podgrzaniu mleka nasypałam sobie trochę czekoladowych płatków i rozsiadłam się wygodnie w fotelu, uruchamiając telewizor. Kiedy zobaczyłam prezentera na tle wielkiej liczby 21, zrozumiałam, że to właśnie dziś jest ten dzień, w którym - według domniemań Majów - ma się skończyć nasz świat. Zachichotałam, ponieważ nigdy nie wierzyłam w takie bzdury. Obejrzałam program informacyjny, wolno jedząc płatki. Nie śpieszyło mi się nigdzie, miałam ochotę przełazić w piżamie cały dzień. Właściwie, najchętniej po prostu zostałabym w domu.

- Ale skoro wstałaś, mogłabyś coś ze sobą zrobić - odezwał się jakiś głos w mojej głowie. - Pomyśl: gdyby dzisiaj rzeczywiście był koniec świata, to na czym najbardziej by ci zależało? Co chciałabyś jeszcze zrobić?

- To bzdury - odparł drugi głos. - Dzisiaj nie skończy się ten świat. To pewne. Nie wierzę w te banialuki podkręcane przez komercję. Nie wierzę i już! Zaraz rzucę się na łóżko i będę czytać do późnego popołudnia.

Rozdarta wewnętrznie, odstawiłam pustą miskę na kuchenny blat i oparłam się o ciepły kaloryfer, wyglądając przez okno. Prószył delikatny śnieg, a droga była całkowicie zasypana. Drzewa pokryła szadź, w świetle pojedynczych latarni gałęzie wyglądały naprawdę ślicznie. Przez chwilę przyglądałam się temu magicznemu krajobrazowi, aż w końcu podjęłam pewną decyzję i ruszyłam do swojej sypialni.

Ubrałam się w pośpiechu, wciągając na siebie rurki w czerwoną kratę, koszulkę Nirvany i szarą marynarkę. Do ulubionej plecionej torby wrzuciłam kilka najpotrzebniejszych rzeczy, w tym pamiętnik i Krullika. Porwałam jeszcze portfel, trochę jedzenia i wypadłam z domu w pośpiechu, zabiegi higieniczne ograniczając do wyszczotkowania zębów i przemycia twarzy.

Wypadłam z mojego odrapanego bloku wprost na zaśnieżoną ulicę. Krzywo przerzucony szal i nerwowo wciśnięty na głowę kapelusz mocno ograniczały mi widoczność. Zatrzymałam się przy ławce i poprawiłam moją garderobę, a wówczas usłyszałam podniesione głosy dobiegające z drugiej strony ulicy. Jezdnia była wąska, a na chodniku nikogo. Westchnęłam i schowałam się za niewielkiem iglastym drzewkiem, rosnącym nieopodal wejścia do klatki. Naprawdę nie chciałam doprowadzić do jakiejś nieprzyjemnej konfrontacji.

- To był ten blok, mówiłem ci! Mówiłem ci, że to był ten blok! - upierał się jakiś poirytowany łepek około dwudziestki. - Drugiego tak obrzydliwego w tym mieście nie ma.

Przewróciłam oczami, kucając, by stać się jeszcze bardziej niezauważalną dla podejrzanych typków. Przeszli na moją stronę ulicy i obecnie kierowali się do drzewka, za którym się ukrywałam. Wstrzymałam oddech, zamknęłam oczy, ale nie minęły dwie minuty...

- Kicia - powiedział jeden, kładąc mi obrzydliwe łapsko na ramieniu. - Zmarznie ci ten chudy tyłeczek, jak będziesz tak kucać przez cały czas.

- Nie komentuj mojego tyłka! - warknęłam, momentalnie wstając. - Ja tylko... Szminka mi upadła. Czerwona.

- To kupisz sobie nową, w tych ciemnościach nic nie znajdziesz.

- Była bardzo droga - odpowiedziałam wojowniczo. - Oszczędzałam na nią przez jakiś czas. Chcę ją znaleźć - i ponownie się nachyliłam, ale szybko przypomniałam sobie o uwagach dotyczących pewnej mojej części ciała i machinalnie się wyprostowałam. - A panowie to właściwie tu czego?

Spojrzeli na siebie szybko.

- Szukamy pewnej osoby. Nie musi pani wiedzieć, kogo.

Prychnęłam z niesmakiem. Nie czułam żadnego strachu przed dwoma łepkami, którzy patrzyli na mnie dość niepewnie i raczej nie mieli zamiaru dokonać zamachu na moją plecioną torbę.

- Mieszkam tu, może mogę pomóc. Możecie mi ufać. Naprawdę.

Ponownie wymienili szybkie spojrzenia. Wyższy odchrząknął i oświadczył:

- Interesuje nas pewna młoda dama około dwudziestego trzeciego roku życia. Czarne proste włosy do połowy pleców, oszałamiające spojrzenie, zgrabne nogi, długa blizna na prawym ramieniu...

Mimowolnie wybuchnęłam śmiechem.

- Panowie, ja nikomu nie zaglądam pod bluzkę.

Speszyli się nieco, przez chwilę nic nie mówili. Kiedy skończyłam się śmiać, wydusiłam z siebie:

- A skąd wiecie, że mieszka właśnie tutaj?

- Podano nam adres w klubie, w którym ją poznaliśmy.

- No cóż, w takim razie musi wam chodzić o pewną pannę, którą znam bardzo dobrze. Na imprezy to ona jeździ i dwieście kilometrów stąd. Taka wydra nieczęsto się trafia - uśmiechnęłam się krzywo.

- W takim razie, czy może nas pani do niej zaprowadzić? Zależy nam na czasie.

- Ale ja się bardzo spieszę na dworzec.

- Ale sama pani zaproponowała nam pomoc na początku...

- Ach, faktycznie - zreflektowałam się szybko. - W takim razie, proszę za mną.

Michał (21.12.2012)

Obudziłem się wyjątkowo wcześnie, jak na pierwszy dzień, w którym w końcu mogłem odpocząć. Te przyzwyczajenia z wczesnego wstawania do pracy kiedyś mnie wykończą. Wiem, że już nie zasnę i resztę dnia spędzę w piżamie wpatrując się przy tym tępo w ekran monitora. Naprawdę świetna alternatywa dla świątecznych porządków i całego tego zamieszania związanego z ostatnimi przygotowaniami do wigilii… No może nie ostatnimi, w końcu jest jeszcze parę dni. Dwudziesty pierwszy grudnia, czyli data, którą Majowie wybrali na koniec świata i co? Nic się nie stało.

- A zapowiadała się taka piękna apokalipsa… - Pomyślałem, po czym przeciągnąłem się leniwie. Łóżko tak strasznie kusiło, że grzechem byłoby mu odmówić. Niestety miałem rację, oka już nie udało mi się zmrużyć, spędziłem jednak kilka godzin na bezczynnym leżeniu i wpatrywaniu się w sufit. Dziwnie jakoś… Nie spodziewałem się, że nagle świat się zawali, ale byłem przekonany, że ludzie zrobią tego dnia coś głupiego, coś, o czym media będą od rana mówiły. Tymczasem ani w telewizji, ani w Internecie nie natrafiłem na nic, co świadczyłoby o tym, że ktokolwiek dał się ponieść zgubnej wizji apokalipsy, która wypełnić miała się właśnie dzisiaj.

Około południa zdecydowałem się opuścić mieszkanie i udać na jakieś zakupy. Pusta lodówka była najlepszą ku temu motywacją by wyjść na ten mróz, zwłaszcza, że po przeciwnej stronie stała wizja braku śniadania, o obiedzie już nie wspominając. 

W potrzebie byłem i to dość konkretnej. W dodatku spodziewałem się wieczorem kilku osób, tak więc głupio byłoby witać gości z pustymi rękami. Może gdybym został w domu pięć minut dłużej, to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. 

 

 

 Obudziłam się tego dnia dość późno jak na mnie - zwykle łóżko odpycha mnie już o ósmej, ale tym razem byłam widać zmęczona. Ale czym zmęczona? Rozmyślając o tym usiadłam na sofie i włączyłam telewizor, ale zanim kanał dało się zobaczyć, wyłączyłam.

 

- Jezu święty... - westchnęłam cicho sama do siebie. - Koniec Świata im się zmarzył.. - Zniechęcona pewnością, co za chwilę bym zobaczyła, włączyłam swoją play-listę na telefonie i zaczęłam się ubierać. Założyłam na siebie czarne rurki, bluzkę z logo Linkin Park i czarną, skórzaną kurtkę. Wychodząc jeszcze wsunęłam sobie na nogi glany, i wyszłam z mieszkania. 

 

Kiedy już byłam przed klatką schodową, zerknęłam na zegarek na przegubie. 

 

- Cholera, już dwunasta! - jęknęłam do siebie, po czym ruszyłam szybkim krokiem w stronę szkoły. Cholera, miałam odebrać bratanicę. Cholera! Westchnęłąm jeszcze raz i usiadłam na przystanku autobusowym, wypatrując pojazdu, ale mało co mogłam zobaczyć. Śnieg pruszył bezlitośnie.

Adrien (21.12.2012) Francja, Saint - Palais godzina 11:37 czasu lokalnego

- Mój boże, co to było?!
Silny huk wyrwał mnie ze snu. Wstałem pośpiesznie z łóżka, naciągnąłem na siebie szlafrok i podszedłem do okna za którym dostrzegłem ogromny obłok dymu unoszący się z miejsca oddalonego o parę kilometrów od mojego domu. Przetarłem oczy, gdyż nie potrafiłem dać wiary temu, co widzę. Kilka odrzutowców krążyło nad miejscem, jeden po drugim spuszczał pocisk, który niszczył kolejne fragmenty miasteczka. Przez parę minut stałem w odrętwieniu, po czym zdołałem oprzytomnieć na tyle, by ruszyć z miejsca i spróbować uciec. Jedna ręką chwyciłem uszykowane ubranie, które leżało na krześle, drugą sięgnąłem po kluczyki i już po chwili siedziałem za kierownicą i gnałem przed siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na ludzi, którzy w panice prawie wpadali mi pod koła. Dopiero wojskowa blokada zmusiła mnie do zatrzymania pojazdu.
- Ta droga jest niebezpieczna! - Rzucił w moją stronę jeden z żołnierzy, po czym wskazał dłonią w kierunku zrujnowanych domów stojących kawałek dalej. Byłem tak przerażony, że nie dostrzegłem ich od razu.
- Co się dzieje? - Zdołałem wykrztusić.
- Amerykanie nas zaatakowali - odparł krótko