Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Marzenia nie zawsze się spełniają.

https://docs.google.com/file/d/0B5YtM5GeQxVeQ2pkZDlsUzE5N1k/edit

Art. z okładki http://tinyurl.com/aaryz5k
Od autora v 3.0
To wersja bez poprawek i jakiejkolwiek korekty. Gdy skończę pisać, zostawię opowiadanie na jakiś czas i dopiero wtedy wezmę się za korektę i poprawki. Poszukam też kogoś, kto jest w tym lepszy niż ja. Przesyłam cztery z pięciu rozdziałów do oceny. Nie tyle korekty co oceny samego opowiadania.
Chciałbym zaznaczyć, że w tej historii wykorzystałem jedynie świat z bajki My Little Pony: Friendship is Magic. Nie trzymałem się "reguł, tego, co było w odcinkach, dlatego niektórych mogą zdziwić pewne nieścisłości. Zastanawiam się też, czy nie dodać więcej artów. Cóż. To by było na tyle. Z góry dziękuję za wszelkie komentarze.

Art: http://vielwerth.deviantart.com/
 
 
Prolog
Całe swoje życie byłem nieufnym, twardo stąpającym po ziemi sceptykiem, który żądał niezbitych dowodów. Dziś wiem jak bardzo się myliłem. Pewne rzeczy po prostu istnieją i nie da się poddać ich  analizie czy obejrzeć pod mikroskopem. Mieszkałem w niewielkim miasteczku i odkąd pamiętam byłem bardzo samotny, a raczej osamotniony. Miałem sporą grupę znajomych, ale trudno było ich nazwać kolegami, a co dopiero przyjaciółmi. Tak naprawdę to depresja była moim najlepszym przyjacielem. Małe miasteczka, mają swój urok, ale prawdziwym przekleństwem jest to,  że każdy chce wiedzieć wszystko o wszystkich i o wszystkim. Podstawowa zasada – jeśli czegoś nie wiesz dopowiedz sobie sam. Obgaduj na każdym kroku – przecież każdy to robi! Ja byłem inny – brzydziło mnie to. Stąd moja nieufność.  A tak w ogóle to nazywam się… chociaż powinienem napisać „nazywałem się”, ale jeszcze do tego dojdziemy. Na razie musi ci wystarczyć moje dawne imię – Paweł.
Ta historia ma swój początek w trakcie upalnego lata. To był jeden z tych dni, w trakcie których asfalt dosłownie topił się pod nogami. Czy wspomniałem, że w moim uroczym, małym miasteczku nie ma kina? Do najbliższego trzeba dojechać 60km, ale dla pełnometrażowej wersji My Little Pony, którą obejrzałem „przy okazji” załatwiania innych spraw – warto. Nie obrażę się jeśli w tym momencie się zaśmiejesz – proszę bardzo. Będzie mi miło, że mogłem poprawić ci humor. „Dorosły facet poświęca cały dzień, aby obejrzeć bajeczkę o kolorowych konikach” – powiesz. Jeśli już to kucykach.  Ale wiesz co? Jeśli przynajmniej na kilkadziesiąt minut mogę odciąć się od szaro burego świata pełnego obłudy, kłamców i  cierpienia  to nie żałuję ani czasu ani pieniędzy, które musiałem wydać na ten wyjazd.  Poza tym jak już napisałem przy okazji załatwiłem kilka mniej istotnych spraw. Niestety w  drodze powrotnej zawisły nade mną czarne chmury. Dosłownie.
Miałem tylko nadzieję, że zdążę dojechać do domu przed burzą, ale z każdą minutą, z każdym błyskiem traciłem ją. Tuż po wyjściu z autobusu doszedłem do wniosku, że przy odrobinie wysiłku i szczęścia za dziesięć minut będę u siebie. Zmęczony, suchy, ale nie będę sardynką ściśniętą w niewielkiej poczekalni na dworcu, w którym zawsze unosiły się aromatyczne opary piwa zmieszanego z moczem. To ważne, bo miałem ze sobą laptopa, a kto wie, kogo mogłem tam spotkać. Wiele razy czekając na autobus, który miał zawieźć mnie na wieczorne wykłady wolałem marznąć na mrozie niż stać w jednym pomieszczeniu z osobnikami, którzy w każdej chwili mogli „zarekwirować” telefon czy pieniądze. Kolor nieba, każdy kolejny grom motywował mnie do jak najszybszego przebierania nogami.
Wolałem jednak nie biec – moja bradykardia sprawiłaby, że po kilkuset metrach poczułbym się jak po ukończeniu maratonu. Brady-co… zapytacie? To choroba, która sprawia, że serce bije wolniej niż powinno, a osoba którą ją posiada męczy się o wiele szybciej.  Sytuacja pogarszała się z każdą kolejną minutą. Jeszcze nigdy nie widziałem tak ciemnego nieba, ulice nie były tak puste, uderzenia piorunów tak bliskie, a ja nie miałem się gdzie schować. Idealną ciszę pomiędzy rozdzierającymi niebo gromami przerywały jedynie mój przyspieszony oddech oraz nerwowe kroki. Mijając kolejne sklepy miałem nadzieję, że choć jeden z nich będzie otwarty, ale wszędzie widziałem kłódki, kraty i wywieszki z napisem „zamknięte”. Nawet nie zorientowałem się kiedy dotarłem to TEGO miejsca. Pięknego, ale przerażającego za razem.
Poczułem się, jakbym miał przejść po polu minowym. Doszedłem do miejsca w którym po obu stronach ulicy rosły wysokie drzewa. Zwykle przechodziłem tędy z radością ponieważ rzucały na chodnik kojący cień, a jesienią ich urok był nie do opisania. Jednak spacer pod naturalnym piorunochronem w trakcie rodzącej się burzy to nienajlepszy pomysł, ale nie miałem wyjścia. Musiałem tamtędy przejść – to jedyna droga do domu. W tym momencie chciałem po prostu znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Żałowałem, że nie przeczekałem tego wszystkiego na dworcu. Strata czegokolwiek z torby czy kieszeni nie była warta utraty życia. Pocieszające było to, że widziałem już balkon mojego mieszkania, które znajdowało się na czwartym piętrze. Powtarzałem sobie w myślach: „jeszcze pięć minut, jeszcze pięć minut”. Serce biło mi jak szalone – bardziej ze strachu niż wysiłku, ale cieszyłem się, że niebezpieczeństwo mija.  Zbliżałem się do bloków mieszkalnych, gdy poczułem jak włosy na całym ciele stają mi dęba. Z programów dokumentalnych wiedziałem, że to był zły znak. Bardzo zły znak. Nagle piorun uderzył w drzewo a jedna z jego odnóg trafiła mnie. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę. Inaczej bym nie tu nie było.  Tuż po uderzeniu straciłem przytomność, ale mimo otaczającej mnie ciemności słyszałem wokół siebie niewyraźne głosy. Czułem się jakbym płynął, przemieszczał, spadał w nie kończącą się przepaść . Przenoszono mnie? Wieziono do szpitala? A może leżałem tam na ulicy? Czy ja umierałem?
 
 
Rozdział 1 Ile widzisz… KOPYTEK?

http://tinyurl.com/badbnlz
Głosy robiły się coraz wyraźniejsze. Nie mogłem zrozumieć ani jednego słowa, czułem się nie swojo. Z wielkim trudem otworzyłem oczy. Próbowałem sobie przypomnieć cokolwiek, ale docierały do mnie jedynie przebłyski informacji. Może to szok pourazowy? Cały świat widziałem jak przez bardzo gęstą mgłę, widziałem jedynie rozmazaną grę światła, cienia i kolorów. Zewsząd docierały przytłumione głosy wymieszane z nieznośnym piskiem. Leżałem w kałuży, w ustach czułem smak krwi. Miałem problemy ze wzrokiem, ale widziałem na tyle dobrze by dostrzec, że jest zabarwiona na czerwono. Uwierzcie mi na słowo – byłem poważnie ranny, ale po czymś takim adrenalina sprawia, że długo nie odczuwa się bólu. Zdołałem wykrztusić z siebie jedynie markotne:
-Pomocy… - W odpowiedzi usłyszałem trudny do zrozumienia bełkot i kroki dobiegające z oddali.
W moim kierunku zbliżyły się dwie rozmazane sylwetki, które z każdą sekundą stawały się coraz wyraźniejsze. Chciałem się podnieść, ale zdołałem unieść zranione ciało zaledwie na kilka centymetrów. Coś ciężkiego przygniatało mi rękę. Nagle całe ciało zaczęło drżeć, upadłem i po chwili po raz kolejny straciłem przytomność.  Nie wiem ile czasu byłem nieprzytomny, ale dochodząc do siebie poczułem, że leżę na czymś miękkim. Otworzyłem oczy – ujrzałem lewą rękę w gipsie wiszącą na wyciągu.  Leżałem w szpitalu. Dopiero po chwili doszło do mnie, że jedynym w swoim rodzaju. Ściany i otaczające mnie przedmioty były niesamowicie kolorowe.  Jednak od wystroju wnętrza ważniejsze były w tym momencie pozostałe kończyny. Wyjąłem prawą rękę z pod kołdry i wrzasnąłem. Darłem się wpatrując w kikut pozbawiony dłoni. Po chwili usłyszałem kroki – mój krzyk nie mógł pozostać obojętny dla pielęgniarek i lekarzy. Chciałem zrzucić z łóżka okrycie i ujrzeć resztę ciała, ale w tym momencie otworzyły się drzwi. Poza tym jak miałbym to zrobić tym… tym czymś? Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Do sali wbiegła śnieżnobiała klacz z czerwonym krzyżem na boku. To musiała być halucynacja. Lub bardzo realistyczny sen. Wpatrywaliśmy się w siebie przez dłuższą chwilę. Kucyk oglądał mnie uważnie swoimi wielkimi błękitnymi  oczami. Po chwili z wymuszonym uśmiechem i nieudolnie skrywaną złością w głosie klacz stwierdziła:
-Mam nadzieję, że to okrzyk radości. Byłeś nieprzytomny przez trzy dni.  Jednorożec, który był najwyraźniej pielęgniarką oglądał moją rękę, zaglądał w oczy, używał magii. To nie mogło się dziać, naprawdę.
-Gdzie ja jestem?  - zapytałem drżącym głosem.  
-Szpital w Ponyville. Zostałeś porażony piorunem. Jeśli chcesz wiedzieć więcej porozmawiaj z jednym z pegazów. To one odpowiadają za pogodę. Może coś widziały. Nie zapomnij podziękować Lyrze i jej przyjaciółce Bon Bon. To one znalazły cię nieprzytomnego tuż po burzy przygniecionego gałęzią. Trzeba mieć fantazję, żeby chować się pod drzewem. No dobrze a teraz ja zadam ci kilka pytań, ale najpierw pójdę po kartę pacjenta. Mała prośba – nie krzycz więcej, dobrze? 
Trzy dni? Ponyville? TO Ponyville? To jakiś absurd. Uniosłem jedną nogę tak aby wysunęła się z pod nakrycia, następnie drugą. Tak jak myślałem. Śni mi się, że jestem kucykiem. W takim razie postaram się zapamiętać z tego snu jak najwięcej. Będzie o czym pisać na forum. Ba, może napiszę jakieś opowiadanie? Moje umaszczenie bardzo mi się podobało – było pastelowo białe z lekką nutką niebieskiego. Kojarzyło mi się z pastą do zębów. Wybaczcie, ale to i tak dużo detali jak na możliwości faceta, który rozróżnia tylko podstawowe kolory. Obok prawej nogi widziałem kawałek ogona. Ten był dwukolorowy. Większa część była ciemnoniebieska natomiast przebiegający po środku niewielki pasek jasnoniebieski. A może to był biało niebieski? Nie miałem czasu na takie detale. Znana mi klacz wróciła z kartą i czymś do pisania. Na szczęście jak miałem się za chwilę przekonać – w dużo lepszym humorze. Niestety nie bez powodu. Jej róg świecił się na jasno niebiesko, a w powietrzu unosiła się wielka strzykawka. Musicie wiedzieć, że nienawidzę zastrzyków i wszystkiego co z nimi związane. A igła – o ile ten szpikulec nią był, bardziej przypominała wiertło do odwiertów w kopalni niż coś do robienia zastrzyków. Nie wytrzymałem:
 -Masz zamiar to we mnie wbić czy wetknąć w… nie chcę wiedzieć gdzie? - Zaśmiała się odpowiadając:
-Spokojnie, to tylko zastrzyk. - Odetchnąłem z ulgą  - wbić. Chwila… Wbić? TO?
-A nie macie czegoś w syropie? Tabletkach, proszkach, maściach… - W takich chwilach ukrywanie strachu przychodziło mi równie łatwo jak chodzenie po wodzie. Tym bardziej, że igła mogła by posłużyć za sztandar. W odpowiedzi usłyszałem cichy chichot.
-Taki duży kucyk, a boi się igieł?
- Igieł nie, ale to co trzymasz wygląda jak… AUUUUUĆ! Nawet nie zorientowałem się kiedy odkryła kawałek kołdry i wbiła mi ten oszczep w tyłek. Dziwne. Nie mam żadnego znaczka?
-No dobrze. Leki na wzmocnienie podano. Płeć – ogier, gatunek – jednorożec. Uroczy znaczek – brak. Gardło masz zdrowe – to już wiemy. Nie wiemy jednak do kogo należy. Jak się nazywasz?
Próbowałem przygotować sobie w głowie zestaw typowych „rejestracyjnych odpowiedzi” gdy uświadomiłem sobie, że nic nie pamiętam. Imienia, nazwiska. Ogarnęła mnie panika. I panika z powodu paniki. Za chwilę się obudzę, taaak… jeszcze chwilka i ten koszmar się skończy. Ale się nie kończył. Dlaczego ja jeszcze śnię? Taki szok powinien mnie obudzić! Ale nie obudził. Biała klacz wpatrywała się we mnie oczekując na odpowiedź. Straciłem nad sobą panowanie. Miałem tylko nadzieję, że nie gadam przez sen.
-Nie pamiętam. Tak wielu rzeczy… - Nawet nie wiem kiedy zacząłem krzyczeć:
-I uprzedzając kolejne pytania  nie wiem ile mam lat, gdzie mieszkam i co tu do cholery robię! Czy to nie może poczekać? – Kłębiło się we mnie wiele emocji. Byłem jednocześnie wściekły i przerażony. Widziałem strach w oczach białej klaczy. Z jednej strony było mi przykro, że ją tak potraktowałem ale z drugiej ogarniała mnie panika. A co jeśli to nie sen? Co jeśli już nigdy się nie obudzę? Miałbym całe życie spędzić w Ponyville?  
-Dobrze, gdy wróci ci pamięć, cokolwiek dasz mi znać, dobrze? Po prostu… po prostu chciałam uzupełnić dokumentację. Wybacz, że naciskałam. – Pielęgniarka korzystając z magii powiesiła kartę na moim łóżku. - Lekarz uprzedzał, że możesz mieć amnezję. Pamiętasz cokolwiek? Może tu w Ponyville jest ktoś, kto cię zna. Ktoś, kto może ci pomóc? 
Pamiętałem – że jestem człowiekiem, mieszkałem w Polsce na planecie Ziemia – tego typu oczywiste rzeczy, ale nie mogłem jej tego powiedzieć. Co gorsza zaczynałem mieć wątpliwości czy aby na pewno śnię. Jeśli nie obudził mnie tak silny ból, szok po ujrzeniu kucyka czy zastrzyk igłą do odwiertów to czy obudzi mnie cokolwiek? Pielęgniarka widząc, że zatapiam się w myślach zrezygnowana powiedziała:
-No dobrze, na dzisiaj dam ci spokój. Mam dwie wiadomości – obie dobre. Rany świetnie się goją. Być może jutro wypiszemy cię ze szpitala. Poza tym masz gości. Hmm… to nawet trzy.  
-Jutro? Mam złamaną nogę. Jakim cudem… - przerwała mi uśmiechając się szeroko.
-Oberwałeś mocniej niż mi się wydawało. Przecież w Ponyville używamy magii – mówiąc to uderzyła kilka razy lewym przednim kopytkiem w róg. – Twoja noga jest prawie zdrowa. Musisz tylko nabrać sił, ale tu nawet czary Celestii nic nie wskórają. 
Pożegnałem się i postanowiłem przywitać gości uśmiechem. Tylko kto mógłby mnie odwiedzić? Przecież nikogo nie znam osobiście. Ku mojemu zdziwieniu były to kucyki które rozpoznałbym zbudzony o czwartej rano. Do sali weszły lawendowy jednorożec oraz pegaz z tęczową grzywą i ogonem. Jednorożec używając magii niósł przed sobą… moją torbę! Jakim cudem się tu znalazła? Idący za nią tęczowy pegaz był przygnębiony. Coś ją trapiło. Chciała coś powiedzieć, ale pierwsza wyrwała się uśmiechnięta od ucha do ucha klacz.
-Witaj w Ponyville. Nazywam się Twilight Sparkle, a to moja najlepsza przyjaciółka Rainbow Dash. Przyniosłyśmy twoją – EKHM - Rainbow cicho odchrząknęła, ale Twilight kontynuowała wykład – torbę.  Leżała tuż obok ciebie, cała przemoczona, ale używając zaklęcia susząco – prasującego z Księgi Zaklęć Pani Domu tom XXIX strona 326 przywróciłam jej dawny blask. Nie martw… -EKHM Twi – tęczowa klacz domagała się uwagi – nie martw się. Wszystkie przedmioty – EHKMMM Twilight! – wszystkie przedmioty są nienaruszone. Nie licząc tego prostokątnego, czarnego czegoś. Przeszukałam całą bibliotekę, ale nie znalazłam nic o tym...  czymś. Może znajdę – TWIIILIIIGHT!!! – cierpliwość  pegaza wyczerpała się. Nie wiedziałem, że niebieskie może być czerwone. Ze złości.
-Tak Rainbow? - Zapytała niewinnie klacz.
-Przepraszam Twi, ale chcę to w końcu powiedzieć.  – emocje opadły natychmiast, a jej mina wróciła do dawnej zmartwionej -  Czekałam na to tyle dni.  - Rainbow spojrzała na mnie.
- Chodzi o to, że…  - Klacz spuściła wzrok na podłogę i kontynuowała. - Do tej burzy nie powinno dojść, to moja wina. To prze ze mnie tu leżysz. Chciałem żebyś wiedział.  - Zrobiło mi się przykro. Nie mogłem jej obwiniać 
- To nie mogła być jej wina. Nie obwiniaj się to…  - Nie pozwoliła mi skończyć.
- To ja dowodzę pegazami, które rozbijają chmury i tworzą zaplanowane burze. Ta pojawiła się nagle! Znikąd! Jesienią! I ja do tego dopuściłam – ja – Rainbow Dash! Najlepszy lotnik w całym Ponyville! Na początku bałam się o swoją reputację, ale gdy usłyszałam o tobie… - tęczowy kucyk usiadł na podłodze, ciągle wpatrując się w ziemię. W jej oczach pojawiły się łzy. Kontynuowała załamanym, płaczliwym głosem:
-Nigdy sobie tego nie wybaczę. Applejack straciła stodołę, domek Fluttershy i ratusz nadają się do remontu, Pinkie... -  Twilight przytuliła przyjaciółkę po czym odezwała się do mnie:
-Nie mogła się doczekać rozmowy z tobą Shylitude.
- Shy…co? Możesz powtórzyć? -  Co ona powiedziała? I skąd zna moje imię skoro sam go nie pamiętam.
-Nawet tego nie pamiętasz. To twoje imię. W torbie powinna być taka mała plakietka. – powiedziała wskazując głową położenie moich rzeczy.  
W czasie gdy Twilight bezskutecznie pocieszała przyjaciółkę ja próbowałem zrozumieć co miała na myśli. Po chwili zrozumiałem  – dowód osobisty! Skoro jestem jednorożcem to nie powinienem mieć problemów z użyciem magii. Tylko jak to się robi? Nagle poczułem się niezręcznie. To tak jakbym miał pytać dorosłej osoby jak się chodzi. Ale nie miałem innego wyjścia.
-Twilight… posłuchaj. Nie wiem, a może po prostu zapomniałem jak się korzysta z rogu. Nagle cichy płacz Rainbow zamienił się w chichot, który z kolei przerodził się w rechot. W duchu cieszyłem się, że poprawił się jej humor. Lawendowa klacz  była w szoku, ale aby zachować pozory powagi odpowiedziała:
-Emm… wiesz, że jednorożce zaczynają czarować zanim nauczą się mówić i chodzić? Nie mam pojęcia jak ci to wytłumaczyć. To… to po prostu się dzieje. Zrobimy tak – teraz podam ci tą twoją plakietkę, a gdy opuścisz szpital spróbuję cię czegoś nauczyć. Na przykład jak podnosić przedmioty. Poćwiczymy na książkach – ułożymy je alfabetycznie w mojej bibliotece. - Rainbow płakała, tym razem ze śmiechu tarzając się po podłodze. Cudem dało się usłyszeć „jednorożec nie potrafi… nie potrafi… użyć magii”.  Zaczynało mi to działać na nerwy, ale z drugiej strony miała rację. To było zabawne
Gdy spojrzałem na „tą swoją plakietkę” utrzymywaną za pomocą magii przez Twilight okazało się, że w Equestrii wszystko podlega „ponyfikacji” –było na nim jedynie imię Shylitude, prosty obrazek przedstawiający mnie oraz napis „miejsce zamieszkania – Ponyville”. Nagle poczułem się bardzo dziwnie - na bardzo krótką chwilę dokument zmienił się w dawny, „ludzki”. Zdążyłem ujrzeć swoje zdjęcie i przeczytać imię - Paweł. Przed moimi oczami mignęło kilka obrazów z mojego ludzkiego życia. Były jednak niewyraźne – jakby oglądane przez grube szkło. Ujrzałem swoją przeszłość, rodzinę – pokazywałem bratu nowo wyrobiony dowód. Nie była to długa scena, lecz pojedyncze przebłyski, niczym pokaz zdjęć, które mój umysł błyskawicznie złożył w sensowną całość. Po chwili ujrzałem przerażone spojrzenia Twilight i Rainbow. Zanim zemdlałem zdążyłem usłyszeć jedynie „wszystko w porz…” wypowiedziane drżącym głosem przez jednorożca. Podobno dochodziłem do siebie „zaledwie” kilka godzin, ale po tym incydencie odebrano mi moją torbę, która trafiła do przechowania. Zakazano też odwiedzin, a mój pobyt przedłużył się o kolejny tydzień – konieczna była obserwacja. W Equestrii (nie licząc Ponyville i wyjątkowego przypadku Pinkie Pie) nigdy nie widziano drgawek przypominających ludzką epilepsję.
Gdy tylko otworzyłem oczy uświadomiłem sobie, że wiem o sobie znacznie więcej. Niestety nadal były to „ziemskie” informacje. Przynajmniej znałem swoje imię -  postanowiłem podzielić się moim odkryciem z siostrą. Rozejrzałem się wokół siebie i zauważyłem wiszący przy łóżku dzwonek. Uderzyłem w niego kilka razy zdrowym kopytem, a po chwili w sali pojawiła się znana mi biała klacz.
-Widzisz, możesz mnie zawołać nie budząc całego oddziału. Humor jej dopisywał. Jak zwykle. 
-Nazywam się Shylitude. Niestety nadal mam pustkę w głowie, nie wiem po co tu jestem i skąd się wziąłem. W moim dowodzie jest napisane, że mieszkam w Ponyville. To niewiele, ale zawsze coś.  – Byłem dumny, że mogę podzielić się choć odrobiną informacji.  
-Wpisałam już twoje dane do karty. Dziewczyny podały je wychodząc ze szpitala. A co twojej plakietki to wybacz – jesteś jedynym kucykiem, który taką posiada. Aha – gdy byłeś nieprzytomny odwiedziły cię Twilight, Lyra i Bon Bon. Zostawiły ci wiadomość oraz coś słodkiego na stoliku obok łóżka.  Lekarz zabronił odwiedzin, ale dla nich zrobiliśmy wyjątek.  Spojrzałem na pergamin złożony na pół, postawiony i ustawiony tak abym mógł go przeczytać bez używania magii. Ta wiadomość musiała być od Twilight. Odwróciłem głowę, aby ją odczytać:
-Spotkaj się ze mną w bibliotece. Musimy porozmawiać. To ważne. Twilight Sparkle. – Niestety jak ważne by to nie było musiało poczekać. Pod spodem był dopisek od Lyry i Bon Bon.  
-Coś słodkiego na poprawę nastroju. Tylko nie zjedz wszystkich na raz :) PS. Lyra zjadła mleczną czekoladkę. PPS. Nie praw – Ostatni wyraz zawijał się na wszelkie możliwe sposoby, ale i tak się nie zmieścił.
Kolejne dni mijały coraz szybciej dzięki rutynie jaka panowała w szpitalu. Śniadanie, nuda, leki, obiad, nuda, kolacja, nuda, sen. A ten przynosił ukojenie. W dzień miałem mnóstwo czasu na myślenie, planowanie kolejnych kroków i bezskuteczne próby przypomnienia przeszłości. Niestety bez względu na włożony wysiłek i poświęcony czas nie mogłem pogodzić się z prawdą – stałem się kucykiem, utraciłem dawne życie, pamięć i ukochaną rodzinę. Oddałbym wszystko aby zasnąć i obudzić się we własnym łóżku.
 
 
 
 
Rozdział 2  „Nikt mnie nigdy nie szukał. Nigdy…”

Art: http://iamthegreatlyra.deviantart.com/
 
Tydzień spędzony w szpitalu minął bardzo szybko – w końcu mogłem rozprostować kopyta i rozejrzeć się po Ponyville. Co prawda zdjęto mi gips, ale otrzymałem wyraźne polecenie aby pod żadnym pozorem nie nadwyrężać kończyny bo kość nie jest jeszcze wystarczająco mocna. Postanowiłem, że ograniczę wysiłek do minimum. Tym bardziej, że chodzenie nadal sprawiało mi pewne trudności. Nie dość, że musiałem przyzwyczaić się do poruszania na czterech kończynach to utykałem na jedną z nich. Plan na dziś, po pierwsze – podziękować Lyrze i Bon Bon. Po drugie, spotkać się z Twilight Sparkle w bibliotece. Po trzecie porozmawiać z panią burmistrz. Może jest tu jakaś noclegownia?
Gdy tylko opuściłem szpital zatrzymałem się na chwilę, wziąłem głęboki oddech i rozejrzałem dookoła. Mimo, że mieszkałem w małej miejscowości to jeszcze nigdy nie oddychałem tak świeżym powietrzem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to piękno i spokój tego miasteczka. Po niszczycielskiej burzy, o której opowiadała Rainbow Dash nie było ani śladu. Jakby nigdy nie miała miejsca. Samo Ponyville wyglądało jakby kilka lat temu zbankrutowała tu fabryka farby, a zarząd firmy postanowił rozdać niewykorzystane zapasy mieszkańcom. Każdemu dziesięć puszek. Każda innego koloru. Okolica była niesamowicie kolorowa i pełna życia. Ubite piaszczyste drogi pokryte były „dywanem” kolorowych jesiennych liści, część z nich zdobiła jeszcze drzewa, a wszystkie urzekały paletą barw: od ciemnej zieleni, przez złoto, aż do czerwieni, co dodawało jeszcze uroku temu i tak już pięknemu miejscu. Gdzie bym nie spojrzał widziałem kucyki zajęte swoimi sprawami: ogródkiem, sprzedawaniem owoców, zamiataniem liści, zabawą czy rozmową. Życie płynęło swoim własnym, spokojnym rytmem i gdyby nie wieża zegarowa odmierzająca kolejne minuty mógłbym przysiąc, że tu w Ponyville czas zatrzymał się w miejscu. Musiałem jednak znaleźć Lyrę, a moja amnezja nie ułatwiała sprawy. Jej imię coś mi mówiło, ale nie pamiętałem jak wyglądała. Musiałem kogoś zapytać. Podszedłem do pomarańczowej klaczy wylegującej się pod drzewem. Dość duży kapelusz zasłaniał jej twarz.
-Przepraszam, masz może chwilkę? - Zapytałem
-I to dosłownie, cukiereczku bo mam dziś wyjątkowo dużo pracy. Sezon jabłko zbijania w pełni. O co chodzi?
-Nazywam się Shylitude. Szukam Bon Bon i Lyry. Wiesz gdzie mogę je znaleźć? To bardzo ważne. -  Klacz wstała, nałożyła kapelusz, po czym odpowiedziała:
-A niech mnie, to o tobie mówiła Twi. Jestem Applejack – mieszkam i pracuję na Akrach Słodkich Jabłek. Nie znam ich zbyt dobrze, ale wiem, że Lyra i Bon Bon mieszkają naprzeciwko szpitala – o tam, skręć przy tej kolorowej wieży. Wskazała budynek kiwając głową.
-Applejack? Burza zniszczyła waszą stodołę, prawda? Słuchaj, jeśli mogę jakoś pomóc... Poza tym szukam pracy. Jakiejkolwiek.  
-Moja rodzina straciła część zbiorów i stodołę. Ale my kucyki z Ponyville trzymamy się razem. Widzisz, łatwiej nam odbudować miasteczko niż uleczyć wariata chowającego się przed burzą pod drzewem.  A co do pracy - wpadnij później na Akry to coś ci znajdziemy. Pracy ci u nas dostatek. Aha, my tu gadu gadu,  a ty masz spotkanie z Twilight. Wiesz, że jesteś pierwszym ogierem, z którym się umówiła odkąd ją znam?
-Co? Ja,  nie... I skąd wiesz, że mam się spotkać z Twilight? I co to za… a nie ważne. 
-Spokojnie to tylko żarty. Twilight to moja najlepsza przyjaciółka. Powiedziała mi, że gdyby nieznajomy dorosły kucyk bez uroczego znaczka wypytywał o nią, Lyrę lub Bon Bon mam cię skierować wprost do biblioteki. Czyli tego dużego drzewa, o tam na horyzoncie. – po raz kolejny kiwnęła głową we wskazanym kierunku. 
-Tego z oknem? – dopiero po chwili dotarło do mnie jak głupie było to pytanie.
- Eee… no ta. Chyba że znajdziesz inne drzewa porośnięte oknami -  Applejack ułożyła się wygodnie na trawie, zasłoniła twarz kapeluszem po czym dodała:
-Twilight to sympatyczna dziewczyna. Jest dla mnie bardzo bliska, niczym siostra. Ale jeśli ją skrzywdzisz… - Miałem dość tych insynuacji. 
-MIĘDZY NAMI NIC NIE MA!
-Jeszcze nie… hehe. Potrafię wyczuć chemię w powietrzu cukiereczku.
-Najwidoczniej masz katar - Powiedziałem na odchodne i ruszyłem w stronę domu Lyry i Bon Bon.
Po przejściu kilku kroków i przetrawieniu wszystkich myśli dotarło do mnie, że najzwyczajniej w świecie dałem się nabrać. Odwróciłem się w stronę Applejack, która śmiejąc się pod nosem powiedziała sama do siebie „dwa do jednego Rainbow, dwa do jednego…”. Zbliżając się do budynku poczułem niesamowicie kuszący zapach: mieszaninę czekolady, wanilii, owoców. Mój zmysł węchu wariował tym bardziej, że robiłem się głodny. Szpitalne jedzenie może nie było najgorsze, ale nie chciałbym do niego wracać. Po podejściu do drzwi kilka razy uderzyłem w nie chorą kończyną. O mało nie upadłem – ku mojemu zdziwieniu utrzymanie równowagi na trzech nogach nie było takie proste. Niestety nikt nie otworzył. Spróbowałem jeszcze kilka razy – bez skutku. Już miałem odchodzić, gdy otworzyły się drzwi obok. Wyszedł z nich sędziwy zielony pegaz z siwą grzywą i ogonem.
- O to ty jesteś ten nowy! Szukasz Lyry i Bon Bon? A ni ma! Jak znam życie, a uwierz mi znam – są na zakupach. – Staruszek podrapał się kopytem po głowie i dokończył - Aaa jak nie na zakupach to w parku. Młode są to łażą jak nie tu, to tam – gestykulował wymachując na przemian raz lewym raz prawym skrzydłem. Przy każdym ruchu wypadało z nich kilka piór. Zastanawiałem się, jakim cudem gubiąc je w takim tempie nie stracił jeszcze wszystkich. Nagle z domu dobiegł skrzekliwy, ale bardzo donośny głos:
-Kogo tam niesie? Zamykaj drzwi, bo po kopytach mi ciągnie!
-A cicho stara jędzo! Odpowiedział staruszek po raz kolejny machając lewym skrzydłem. Na ziemię znowu posypały się pióra.  
-Że co? Dobiegł grzmiący głos z domu.
-Mówię, że w mieście bida z nędzą!!! – wrzasnął wyraźnie ucieszony pegaz - Na stare lata tylko przygłucha kobyła mi została mi została. Zawsze to jakaś rozrywka, hehe – próbował się zaśmiać, ale jego śmiech bardzo szybko przerodził się w kaszel. Stary kuc zebrał ślinę, po czym siarczyście splunął na ziemię.
-Zamykaj te drzwi do cholery! – nalegał skrzekliwy głos
-To okryj te śmierdzące kopyta! – odpowiadał starzec
-Że co?
-Że podłoga w kuchni umyta! – zaśmiał się pod nosem.
-No dobrze, ale powiedz mi jak one wyglądają. – może i było to śmieszne, ale szukałem informacji, a nie rozrywki.
-Lyra jest jasnoniebieska czy akwama...rynowana, czy jakoś tak. Tak czy inaczej podobna do ciebie z niebiesko-białą grzywą. Na zadzie ma lirę. Myślę, że to wystarczy. O Bon Bon mówić nie będę, bo są nierozłączne. Aha – park jest zara za Butikiem Rarity. Ech, Rarity… Gdybym był czterdzieści lat młodszy to bym….
-To byś co? - Po raz kolejny usłyszałem wwiercający się w mózg głos starszej pani.
-Mówię, że gdyby cukier był słodszy!
-Ja ci dam lukier. Aż tak głucha nie jestem! - A jednak jego żona wszystko słyszała. No prawie wszystko. Pegazowi zrzedła mina. 
-Ekhm, idź cały czas prosto, miń ratusz, który widać stąd. – wszystkie kierunki wskazywał wymachując skrzydłami, przez co tracił kolejne pióra - Dalej sobie poradzisz. I uważaj na siebie, jeśli chcesz dożyć mojego wieku. Jak już kogoś szukasz to „poszukaj” Rarity. A co ja będę owijał w bawełnę. Idź prosto do butiku. Ona też nima chłopa, a wygląda na taką co chciała by mieć. Ta cała Lyra jest… a nie ważne.
-Co takiego? Powiedz mi.
- Ja nic nie mówiłem. Gdyby ta kłoda trafiła cię w głowę. Aż strach pomyśleć…
Splunął na ziemię po raz ostatni, odwrócił się i wrócił do domu zamykając za sobą drzwi z hukiem.   „Ta cała Lyra jest”… Jaka? Piękna? Chora? Szalona? Dziwna? Niebezpieczna? Dopóki jej nie poznam, to się nie dowiem. W drodze do parku minąłem kilka sklepów i stoisk: warzywne, owocowe czy kwiatowe. Postanowiłem porozmawiać z Rarity. Stary pegaz byłby rozczarowany gdyby dowiedział się, że postanowiłem pozostać przy swoim i w Butiku poszukać jedynie informacji.
W pewnym momencie poczułem na sobie czyjś wzrok. Obróciłem się w każdą ze stron, ale miasteczko wyglądało zwyczajnie jak na Ponyville – każdy był zajęty swoimi sprawami. Mimo, że czułem się obserwowany nikt nie patrzył w moją stroną. Najwidoczniej tylko mi się wydawało. W końcu tyle dni spędziłem w samotności, że miałem prawo czuć się dziwnie w miejscu publicznym. Butik Rarity był jednym z budynków, które ciężko opisać słowami. Wystarczy powiedzieć, że niebiesko różowy budynek wyglądał jak mały pałac, a wielkie owalne okna przesłonięte pomarańczowymi zasłonami przypominały oczy. Już miałem zapukać, gdy obok ciemnoniebieskich drzwi ujrzałem niewielki okrągły przycisk, po którego naciśnięciu usłyszałem długą, dziwaczną melodyjkę. Zbyt długą i zbyt dziwaczną. Chyba tylko Spike w obecności w obecności Rarity mógłby ją pochwalić, ale najwidoczniej zwykłe „ding dong” nie przystało damie jaką bez wątpienia była właścicielka butiku. Po chwili usłyszałem wołanie:
- Proszę! – gdy wchodziłem do środka melodyjka powoli dobiegała końca. Nieco zawstydzona Rarity powiedziała:
- Wybacz, miałam to zmienić na coś prostszego.
- Może zwykłe „ding dong”? - zaproponowałem
- Tak, to znakomity pomysł. Ale domyślam się, że nie jesteś tu w sprawie dzwonka. W czym mogę ci pomóc? Być może jesteś zainteresowany moją najnowszą, niesamowitą jesienną kolekcją? – Używając magii odsłoniła kotarę, za którą na wieszakach wisiało kilkanaście sukni ozdobionych diamentami oraz coś, co wyglądem przypominało stroje sportowe. Rarity popatrzyła się na mnie, zmarszczyła czoło, zamyśliła – hmm -  po czym wypaliła:
-Ależ skąd… jesteś nowym kucykiem, o którym wspominała Twilight! – chwila czy jest tu ktoś, kto mnie nie zna? - Mam pomysł! Pozwól mi zaprojektować wyjątkowy jesienny strój, specjalnie dla ciebie. Pracuję nad strojami na tegoroczną Gonitwę Liści. Mam nadwyżki materiałów i olśniewających pomysłów, które nie mogą się zmarnować! Wiem, wiem nie masz pieniędzy, dlatego zrobię to zupełnie za darmo. Dla ciebie i… dla was – w jej oczach pojawił się błysk, niczym u dziecka, które otrzymało upragnioną zabawkę.
-To bardzo miłe z twojej strony, ale jedyne czego potrzebuję to informacje. Szukam Lyry i Bon Bon. Jak zapewne wiesz to one uratowały mi życie i chcę im podziękować. Widziałaś je dzisiaj? A może wiesz o nich coś więcej niż to, że prowadzą cukiernię, a Lyra jest miętowo zielona i jej znaczkiem jest Lira? – Miałem dziwne wrażenie, że Rarity mnie nie słucha. Patrzyła się na mnie, ale jej wzrok był nieobecny. Tak jakby odpływała w myślach.
Zrezygnowany odwróciłem się w stronę wyjścia i miałem już sobie iść, gdy poczułem jak o moją nogę ociera się wyjątkowo paskudna okrągła mrucząca kulka. Najwyraźniej była kotem, lub ożywioną za pomocą magii kupą piór. Niestety, gdy próbowałem ją odepchnąć okazało się, że ta wyjątkowo paskudna kotka, zachowuje się gorzej niż wygląda. A to wielkie osiągnięcie. Urażone kocisko odwdzięczyło się wbijając pazury w lewe przednie kopytko. Mój krzyk, odruchowy kopniak, wrzask kota lecącego przez pokój i wreszcie uderzenie futrzaka o ścianę sprawiły, że Rarity wróciła z krainy marzeń.  
-Wybacz, to tylko moja kotka  Opalescence. Od rana pracuję nad najnowszymi projektami. Wracając do twojego pytania, nie widziałam Lyry i Bon Bon. Poza tym, nie znam ich zbyt dobrze. Myślę, że powinieneś porozmawiać z Pinkie Pie. To moja przyjaciółka, która zna wszystkie kucyki w Ponyville. 
 -Dziękuję za pomoc. Gdy ją tylko ją znajdę to z nią porozmawiam.
-Nie znajdziesz jej. To ona znajdzie ciebie. I nie ma za co kochanie, cała przyjemność po mojej stronie. Chwileczkę… - klacz ze zdziwieniem spojrzała na swoją pupilkę – Biedna Opalescence. Dlaczego tak bardzo się chwieje? „no właśnie, co?” I co się stało z jej futerkiem? Przed chwilą ją czesałam. Wybacz Shylitude, ale muszę zająć się moją kotką. 
Opuszczając butik zastanawiałem się, jakim cudem można zamyślić się do tego stopnia, żeby nie usłyszeć takiego zamieszania? Zdążyłem zrobić kilka kroków a zza budynku wpadło na mnie coś różowego i z ogromną siłą przewróciło na ziemię. Obok mnie upadło kilka instrumentów: bęben, harmonia, talerze, banjo, a tuż obok nich leżała właścicielka najbardziej puszystej grzywy jaką kiedykolwiek widziałem, różowa klacz – Pinkie Pie. Gdy tylko mnie ujrzała zaczęła kompletować jednoosobową, dziesięcio - instrumentową orkiestrę, a gdy to zrobiła zaczęła śpiewać piosenkę powitalną w rytm polki. Pinkie była tak zasapana, że z trudem wyłapałem swoje imię, „witaj”, „Pinkie Pie” oraz „Ponyville”. Po występie zrzuciła z siebie instrumenty i łapiąc powietrze powiedziała:
-Proszę... powiedz, że… jesteś… tym… nowym… kucykiem…
-Tak to ja. Nazywam się… – chciałem dokończyć, ale Pinkie weszła mi w słowo
-Uuuuufffff… - i padła na ziemię, leżąc na plecach kontynuowała – Twilight powiedziała mi dzisiaj, że w mieście jest nowy kucyk… Popędziłam więc po instrumenty. Bo musisz wiedzieć, że witam każdego nowego kucyka! Ale ja… z tego pośpiechu nie dosłyszałam jak wygląda, znaczy jak ty wyglądasz, no więc po pewnym czasie zaczęłam witać każdego, nawet jeśli kogoś już znałam. Bo kto wie? Może przyjechał brat bliźniak kucyka, którego już znam? Fajnusieeeeńko, że na ciebie wpadłam, bo właśnie biegłam po balon, żeby lecieć do Cloudsdale. – musiałem przerwać ten monolog
-Pinkie Pie, tak? Potrzebuję pomocy. Podobno znasz wszystkie kucyki… – po raz kolejny weszła mi w słowo, tym razem błyskawicznie podnosząc się z ziemi i podskakując na czterech nogach oglądała mnie z każdej strony
-Coś się stało? Coś cię boli? Jesteś ranny? Piosenka była za głośna, bo czasami jest i kucykom tak w uszach świszczy. A może…
-PINKIE! – różowy ziemski kucyk zamarł w bezruchu i zaczął się we mnie wpatrywać niczym skarcony pies - Szukam Lyry i Bon Bon. Widziałaś je dzisiaj? I co mi możesz o nich powiedzieć? – Pinkie usiadła na ziemi i lewym kopytkiem zaczęła drapać podbródek.
-Hmm… Znam je, ale nie AŻ tak dobrze jak inne, bo w ogóle to je znam. Ale się z nimi nie przyjaźnię. Tylko je znam. Ale o czym to ja… A tak. Lyra gra na lirze i wygląda jak pasta do zębów, a Bon Bon robi najsmaczniejsze cuksy w całym Ponyville. Widziałam je dzisiaj trzy razy. Pierwszy raz w mieście przy stoisku z warzywami, drugi przy stoisku z wypiekami rodziny Apple. Mmm… pychota. Każdy wie, że jabłka Applejack są najlepsze. Niektórzy mówią, że nie są, ale jak można mówić, że nie są. Wyobrażasz to sobie? – różowy kucyk bardzo gwałtownie gestykulował podskakując, odwracając głowę w różnych kierunkach, a nawet wstając na dwa tylne kopyta.
-Pinkie, błagam… a trzeci raz?
-Trzeci, gdy szły do parku. – park? Musiałem się tam udać. 
-Pinkie Pie wybacz, ale muszę znaleźć Lyrę i Bon Bon. Dziękuję za powitanie. – odwróciłem się w stronę parku i ruszyłem dalej.
Miałem niewiele informacji, ale wystarczająco dużo, aby je odnaleźć. Teraz potrzebowałem odrobiny szczęścia. Swoją drogą, co takiego zrobiła Lyra, że prawie nikt jej nie zna. Lub nie chce znać. Każdy wie to, co ja po kilkudziesięciu minutach poszukiwań. Akwamarynowy lub po prostu miętowo zielony kolor, lira jako uroczy znaczek i trzy miejsca pobytu: dom, zakupy lub park. Mieszka tu od lat, a każdy kogo spotykałem wiedział więcej o mnie niż o niej. Rozmawiałem ze wszystkimi napotkanymi kucykami: Pinkie Pie, Applejack, Rarity, i wieloma innymi, których nie kojarzyłem lub nie pamiętałem.
Sprzedająca piękne, pachnące róże Rose słysząc moją historię zaoferowała mi  dwa małe bukiety gratis, ale ostatecznie zrezygnowałem. Jak niby miałbym je nieść? Nie potrafię używać magii, a pytanie o drogę z kwiatami w ustach nie ułatwiło by zadania.  Poza tym czy Lyra i Bon Bon ucieszyłyby się z takiego na wpół przeżutego prezentu? Lepiej się z tym wstrzymać i kupić im coś gdy będę potrafił to donieść w jednym kawałku. 
Kontynuowałem poszukiwania. Zaraz po wejściu do parku zauważyłem uroczą żółtą pegazkę mówiącą coś do wiewiórki. Towarzyszył jej mały biały królik. Być może ona udzieli mi jakichkolwiek informacji. Chciałem podejść powoli, aby nie spłoszyć jej towarzyszy, ale już po zrobieniu kilku kroków wiewiórka uciekła na drzewo. Klacz odwróciła się w moją stronę. Byłem pewien, że za chwilę odleci, ale spuściła głowę, stała w miejscu wpatrzona w swoje kopytko, którym wykonywała delikatne ruchy, to w lewo, to w prawo. Sprawiała wrażenie kucyka, który chciałby schować się pod ziemią. Stojący obok niej króliczek starał się wyglądać tak groźnie jak to tylko możliwe. Nie chcąc narażać się małemu ochroniarzowi podszedłem powoli i powiedziałem spokojnym tonem:
-Wybacz, że spłoszyłem wiewiórkę. Mam na imię Shylitude. Potrzebuję pomocy.
-Nie szkodzi, nie obrażam się
Żółta klacz powiedziała coś drżącym głosem. Niestety zbyt cicho abym mógł to zrozumieć.
-Przepraszam. Czy mogłabyś powtórzyć? Nie dosłyszałem.
Pegazka zebrała się w sobie, uniosła głowę i powiedziała:
-Nie szkodzi. Nazywam się Fluttershy.
- Fluttershy, oczywiście!  A ty musisz być Ang…
Zakręciło mi się w głowie. Park z Ponyville na chwilę zamienił się na park z mojej ziemskiej przeszłości. Jesień zamieniła się w lato. Dzień w noc. Słyszałem głośną muzykę. To musiał być jeden z letnich koncertów organizowanych w amfiteatrze, na których byłem. Przebłysk jak nagle się pojawił tak nagle zniknął. Uświadomiłem sobie, że leżę na ziemi a nad sobą widzę mającego grobową minę, patrzącego na mnie i kopiącego po głowie królika. Sprawdzał czy padłem trupem?
Wystarczyła chwila, aby wróciło tak wiele informacji. Fluttershy – nieśmiały pegaz z lękiem wysokości, który opiekuje się zwierzętami. Angel – jej pupil, choć w wielu sytuacjach role się odwracały. Jako człowiek byłem do niej bardzo podobny, ale tutaj w ciągu kilku godzin bez najmniejszych problemów dogadałem się z tyloma kucykami. Fluttershy stała tuż obok mnie, bezradnie patrzyła mi prosto w oczy. Nie mogłem jej zostawić w takim stanie. Wstałem powili, podszedłem do niej, postarałem się uśmiechnąć i powiedziałem:
-Fluttershy nic mi nie jest. Wszystko w porządku.
Niestety słowa do niej nie docierały. Stała bez ruchu, cała roztrzęsiona a biały królik chciał zatupać mnie na śmierć uderzając nóżką w moje kopyto. Próbowałem ją pocieszyć, powtarzając, że czuję się świetnie, ale nie przynosiło to rezultatu. Postanowiłem zastosować terapię szokową sam wiele ryzykując. Podszedłem nieco bliżej, spojrzałem w oczy a, następnie delikatnie przytuliłem mówiąc:
-Fluttershy, nic mi nie jest. Słyszysz? Jestem tu cały i zdrowy. Wszystko w porządku.
Noga, której nie powinienem nadwyrężać bolało jak diabli, ale musiałem się poświęcić. Przytuliłem ją przednim prawym kopytkiem opierając się na lewym, które jeszcze niedawno było w gipsie. Nie chciałem, aby ujrzała krew powoli kapiącą z rany zrobionej przez przeklętego kota. Angel zamienił się w mały młot pneumatyczny tupiąc jak szalony. Fluttershy pozostała obojętna, ale powoli przestawała drżeć i wyszła z letargu. Gdy tylko ją puściłem podniosła głowę, spojrzała mi w oczy i zarumieniona popędziła z ogromną prędkością z parku w stronę miasteczka pozostawiając za sobą tuman liści powoli opadający na ziemię.
O ile mnie pamięć nie myli, a po tym, co przeżyłem – mogła, maślana klacz nie była sprinterką. A może po prostu leciała tak nisko jak to tylko możliwe? Widząc zszokowaną minę Angela, który spoglądał to na mnie, to na powoli znikającą Fluttershy uzmysłowiłem sobie, że to nie możliwe. Powinienem był za nią pobiec, ale w takim stanie nie miałem najmniejszych szans. Powoli ruszyłem w dalszą drogę mijając się z białym królikiem, który kopiąc kamyk powoli ruszył w stronę, w którą pobiegła Fluttershy. Mijałem kolejne ławki, zaglądałem w rozdroża cały czas mając wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Aż tu nagle z krzaków wypadły na mnie trzy małe klacze: pomarańczowy pegaz, biały jednorożec oraz ziemski żółty kucyk z ogromną różową kokardą wpiętą w grzywę. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć krzyknęły chórem:
-Komitet Powitalny Zdobywców Uroczego Znaczka wita cię w mieście! - Nagle odezwała się żółta klacz:
-Może dostaniemy za to znaczek?  - Przerwała jej pomarańczowa.
-Uroczy znaczek powi…tywaczek! - Nagle wtrąciła się biała.
-Nie ma takiego słowa! -  Na co pomarańczowa.
-Patrzcie państwo słownik się odezwał!
-Sko ko ko ko taloo! Sko ko ko kotaloo! Nie mogę znaleźć kurczaka. Widziałeś może?
 Mogłem się przyglądać lub interweniować. Wybrałem to drugie:
-Dziewczyny! Wszystkie trzy spojrzały w moją stronę przypominając sobie, że nie są same.
- Ty jesteś ten nowy, co nie? Nazywam się Scootaloo, a to moje przyjaciółki Applebloom i Sweetie Belle.
I nagle zaczęło się torpedowanie pytaniami.
- Dlaczego nie masz znaczka? No właśnie powiedz, powiedz, powiedz! Wypytywały wszystkie trzy.
- I dla kogo chciałeś kupić kwiaty? - Zapytała Sweetiebelle
- Jakie znowu kwiaty? – zapytałem zdziwiony
- Nie wykręcaj się! Te od pani Rose! – Scootalo spojrzała mi w oczy niczym kuroliszek.
- To prawda że masz randkę z Twilight Sparkle?
- Z kim? Swettie?
- Ja słyszałam, że z moją siostrą Applejack! - Powiedziała Applebloom
- A nie moją siostrą? - Wtrąciła Sweetiebelle
-Obie się mylicie. To oczywiste, że z Fluttershy. Nie widziałyście jak ją przytulał? - Wyjaśniła Scootaloo
-PRZYTULAŁ? - Krzyknęły pozostałe dwie klacze
-Trzeba było patrzeć, a nie kłócić się o ostatniego cukierka!
-Dziewczyny, on przygotowuje romantyczną kolację przy świecach! Powiedziała Applebloom
-Jakie to urocze! - Powiedziały wszystkie trzy.
-Ej! Ale weź się zdecyduj! Powiedziała Scootaloo. Rarity? Applejack? Twilight? Fluttershy?
-No właśnie, nie można tak oszukiwać dziewczyn! Bo pogadam z moim bratem! - Zagroziła Applebloom
Dałem sobie spokój i postanowiłem iść dalej. Niestety znowu mnie dopadły.
-To z kim idziesz? No z kim. Właśnie? - Wszystkie trzy zadawały to samo pytanie. 
-Z nikim nigdzie nie idę. Szukam Lyry. Nie widzieliście jej?
-Lyry? – Scootaloo parsknęła śmiechem.
- Dziewczyny zaprosi Lyrę! - Powiedziała śmiejąc się pod nosem Applebloom
Sweetie Belle powiedziała koleżankom na ucho „desperat, inne pewnie odmówiły”.
-Słyszałem to. Applebloom ani słowa o wyczuwaniu chemii między kucykami.- miałem dość tego „wywiadu”
Szeroki uśmiech od ucha do ucha na twarzy klaczy tylko potwierdził to co chciała powiedzieć. Oraz to, że członkowie rodziny Apple są przekonani co do swojej „nieomylności”
-Szukam Lyry bo chcę jej podziękować za uratowanie mi życia. 
-To nie mogłeś tak od razu? - Powiedziała Applebloom.
-Możemy jej o tym powiedzieć? Że jej szukasz. Prosimy, prosimy. - Błagała Sweetiebelle.
-No jasne, ale tylko o tym – do dziś nie rozumiem dlaczego się zgodziłem
-Powiemy to co trzeba, wtedy na pewno sama cię znajdzie!
-Chwila, co? Po prostu powiedzcie, że… ej zaczekajcie!
Zanim zdążyłem dokończyć odjechały na najdziwniejszym pojeździe jaki kiedykolwiek widziałem. Hulajnodze z przyczepką o mocy jednego pegaza niemechanicznego. Miałem dziwne wrażenie, że nie skończy się to dobrze. Noga mnie bolała. Coś na co przeznaczyłem kilkanaście minut skończyło obchodem po niemal całym Ponyville. A czekała mnie jeszcze rozmowa z Twilight, która mieszkała w drzewie. Ze smokiem. Czy ktoś tu jest normalny?
Park był piękny. Ścieżkę oraz ławki stojące pod drzewami zasypały kolorowe liście. Scena ta przypomniała mi… nagle upadłem. Przez chwilę byłem sobą leżącym pod drzewem na chodniku. Tam na Ziemi. Dokładnie w tym miejscu w którym poraził mnie piorun. Rozejrzałem się. Padał deszcz. Ujrzałem kilka domów z zerwanymi dachami. Po ulicy płynęły ogromne kałuże. Nie mogłem wstać, bo lewą rękę przygniatała mi dość gruba gałąź. Po chwili „straciłem przytomność” i  wróciłem do kolorowego świata Ponyville. Podniosłem się i uświadomiłem sobie, że wiem o wiele więcej o swojej przeszłości a także jakimś cudem o tym co działo się po wypadku. I jak to możliwe, że te dwa wydarzenia z tak obcych sobie światów tak bardzo się ze sobą łączą?
Burza w moim świecie miała miejsce w tym samym czasie co ta tutaj. Obie wyrządziły ogromne straty. Przypomniałem sobie też kilka rzeczy o świecie w którym przyszło mi żyć. Wiedziałem jak wygląda Lyra. Niestety nie miałem sił, aby przeszukiwać całego parku. Tym bardziej, że był dość duży, a wiele ścieżek rozchodziło się na kilka mniejszych. Nie wiem na jak długo straciłem przytomność, ale mimo to postanowiłem poświęcić kilkanaście minut na poszukiwania. Każdy kolejny krok stawał się coraz bardziej bolesny. Po przejściu kilkuset metrów, minięciu kilkunastu pustych ławek i pięciu fontann dotarło do mnie że krążę w kółko.  Postanowiłem wrócić do miasteczka. Kolejne dwie godziny minęły na znalezieniu jednego z wyjść, a gdy w końcu je ujrzałem stało się coś dziwnego.
Jakaś dziwna siła podniosła mnie do góry, obróciła do góry nogami i cisnęła o najbliższe drzewo. Zdążyłem zakryć twarz kopytkami, ale ból który przeszył lewą kończynę uświadomił mi, że to był zły pomysł. Następnie tajemnicza siła odwróciła mnie o 180 stopni w poziomie tak abym widział „atakującego”. A były to rozwścieczona Lyra i przerażona Bon Bon. W oczy wpatrywał mi się jasnoniebieski lub jak kto woli akwamarynowy jednorożec. Obok niej stała jasna, kremowa ziemska klacz z niebiesko różową grzywą. Poczułem, że oddalam się od drzewa tylko po to aby znów w nie uderzyć – tym razem plecami. Przygotowałem się na najgorsze, ale ku mojemu zdziwieniu ledwie je musnąłem.
-Kim ty jesteś i czego ode mnie chcesz? – pytała Lyra.
Każde słowo oznaczało jedno delikatne „uderzenie”. Ba, były całkiem przyjemne. Zastanawiałem się, czy nie mogła by w ten sposób rozmasować mi karku. Ale wolałem nie ryzykować. Rozzłoszczona mogła by go skręcić. Jedyne co mi przeszkadzało to, to że wiszę do góry nogami. Skoro Lyra chciała się bawić, nie miałem innego wyjścia. W końcu to ja wisiałem głową w dół.
-Jestem Shylitude. Szukałem cię. AŁA. Postawisz mnie na ziemię? Wiesz, że to boli? Albo chociaż odwrócisz?
Bon Bon była nieco przerażona zachowaniem przyjaciółki. 
-Lyra, jako twoja przyjaciółka proszę. Nie zrób mu krzywdy.
-Nikt mnie nigdy nie szukał, nigdy... Czego  chcesz? Gadaj. – nalegała Lyra
-Szukałem cię bo… AŁA!
-Wiem, że  mnie szukałeś! Całe Ponyville o tym wie. CAŁE!
-Chyba wiem komu za to podziękować… chciałem…
-Lyra, kochanie to go boli. Odwróć go chociaż.
Lyra usiadła na ziemi i po chwili wisiałem w normalnej pozycji. Nagle spostrzegłem, że jednorożec się rumieni. Bon Bon musiała zauważyć to dużo wcześniej. Kremowa klacz dla mojego dobra cały czas udawała swoje zmartwienie. Nawet ja się nabrałem. Najwidoczniej gdyby akwamarynowa jednorożka naprawdę się wściekła wyrządziłaby mi krzywdę. Ale z jakiegoś powodu udawała przed Bon Bon swoją złość. Cała nasza trójka brała udział w dziwnej grze. Lyra udawała, że wyrządza mi krzywdę, ja że jej uderzenia są bolesne, a Bon Bon, że jest przerażona i próbuje uspokoić przyjaciółkę.
-Po co mnie szukałeś? Co? Całe Ponyville mówi mi dzisiaj, że jakiś kucyk mnie szuka. A wiesz co mi powiedziała Sweetiebelle? Że chcesz mnie zaprosić na randkę, ale się wstydzisz – Zdziwione oczy i szeroko otwarty pyszczek Bon Bon mówiły wszystko. Była w szoku. I nie udawała. Sam miałem podobną minę. Wolałem nie myśleć, co rozbrykana trójka mogła powiedzieć Twilight.
-Lyra to prawda?
-Applebloom widziała ciebie jak chciałeś mi kupić róże, Sweetiebelle powiedziała mi, że chciałeś mnie zaprosić na kolację przy świecach... Scootaloo z kolei powiedziała, że nie stać cię na to wszystko, więc chciałeś zapracować na farmie u Applejack. – a jednak byłem śledzony. Przez ten cały czas dziewczynki ze Znaczkowej Ligi obserwowały moje bezowocne próby odnalezienia Lyry.
- Applejack tylko to potwierdziła. Na początku było mi miło. Dopóki nie usłyszałam o Fluttershy. 
 Bon Bon starała się uspokoić przyjaciółkę.
-Lyra, kochanie mówiłam, że nie można ufać tym dziewczynkom. Może coś pokręciły?
- Może i tak. Jedno jest pewne. Shylitude i Lyra desperatka. Całe miasto o tym mówi. Jesteś tu kilka godzin, a już wiesz o „szurniętej Lyrze”. Kto ci na mnie nagadał. NO KTO?
AŁĆ! To uderzenie było tak silne, że zrobiło mi się ciemno w oczach a z drzewa spadło kilkanaście jabłek i kupa liści. Musiałem to wyprostować.
- Lyra. Szukałem cię. Twój sąsiad chciał coś powiedzieć, ale nie dokończył. Szukałem Was. Ciebie i Bon Bon. Chciałem wam podziękować…
Lyra rzuciła mną o drzewo od niechcenia. Upadłem na bok, podniosłem się i usiadłem. Spojrzałem na zamyśloną klacz, która opuściła głowę i wpatrywała się w ziemię. Jej uszy opadły, a w kącikach oczu pojawiły się łzy.
-No tak, on! Snails, Snips i inni… SZALONA LYRA! LARIATKA. Mam dość bycia „tą zapomnianą”, „tą ostatnią proszoną do tańca” Dość przesiadywania w samotności w Dniu Serc i Podków gdy tym kimś wyjątkowym jest dla mnie mój cień... Miałam nadzieję, że po tym wszystkim będziesz drugim po Bon Bon kucykiem, z którym będę mogła porozmawiać. Ale nie, musiałeś to zrobić. Być taki jak inni. I wiesz co? Przebiłeś wszystkich. Co ja wam takiego zrobiłam? NO CO!? Czy nie mogę być nieco inna? Wyróżniać się spośród bandy uśmiechniętych kretynów? AŻ TAK BARDZO WAM TO PRZESZKADZA? W takim razie wyniosę się stąd… do lasu… tak jak Zecora…
Ton jej głosu z każdym wyrazem stawał się coraz bardziej płaczliwy. Nie znałem Ponyville z tej strony. Nie wiem, dlaczego, ale po części czułem się winny, chciałem ją przytulić, powiedzieć jak bardzo jest mi przykro, ale nie potrafiłem dobrać odpowiednich słów: 
-Lyra, ja nie…
-Ty już swoje powiedziałeś – weszła mi w słowo Bon Bon
Ale się porobiło. Marzyłem o taśmie klejącej – chciałbym zakleić usta każdemu plotkującemu kucykowi. Zaczynając od Applejack a na Znaczkowej Lidze kończąc. Ale z drugiej strony – co ja takiego zrobiłem? Z jednej strony to Applejack i reszta powinna przepraszać Lyrę, nie ja. Ale z drugiej strony nie mogłem zostawić w takim stanie kogoś, kto uratował mi życie. Nie mogłem też zignorować tego co zrobiła Liga, która powinna otrzymać wymarzone znaczki za głupotę, plotkarstwo i wścibskość. 
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że w naszą stronę biegnie kilka kucyków. Były to Twilight Sparkle, Applejack oraz pozostająca w tyle Fluttershy. Lyra ocierając łzy wstała i minęła bez słowa zbliżającą się trójkę. Powoli ruszyłem za nią dobierając w myślach słowa. Wytłumaczę się z tego, tu i teraz choćby Lyra miała mi połamać kręgosłup. Chyba że… Twilight i Applejack stanęły murem zagradzając mi przejście. Próbowałem je ominąć, ale farmerka zatrzymała mnie kopytkiem:
-Wybierasz się gdzieś? - zapytała
- Jesteś z siebie dumny? Jeśli chcesz usłyszeć gratulacje to porozmawiaj z sąsiadem Lyry. Od godziny mówi o „numerze stulecia”. – Applejack nie wytrzymała i weszła jej w słowo
-Czy ktoś mi wytłumaczy, dlaczego Fluttershy wybiegła z parku bijąc rekord Gonitwy Liści? – Fluttershy zarumieniła się, ale milczała.
-To część „wybitnego” żartu naszego nowego jednorożca. Przytulił ją, mimo jej woli, prawda Shylitude? – wyjaśniła ze złością w głosie lawendowa klacz
-Trzymajcie mnie, bo potraktuję go jak starą jabłonkę – Twilight wiedziała, że Applejack nie wyrządziłaby mi aż takiej krzywdy, ale dla pewności stanęła między nami
-To nie tak… - wymamrotała coś zmieszana Fluttershy.
-Co takiego cukiereczku? – Applejack zmieniła ton na o wiele cieplejszy
-Powiedziałam, że to nie tak
-Co, nie tak Fluttershy – tym razem dopytywała Twilight
-On… on… Zemdlałijasiębałamionmniewtedyprzytuliłcomipomogło… - wydusiła z siebie z zamkniętymi oczyma, mówiąc tak szybko jak to tylko możliwe
- Aniołku, powoli bo nikt z nas nie zrozumiał. On co? – dopytywała Applejack wpatrując się w przyjaciółkę
- Gdy zobaczył Angela zemdlał. Nie wiedziałam, co mam robić, wołałam o pomoc, ale nikogo nie było w parku. Wpadłam w panikę. Gdy się obudził zobaczył, w jakim jestem stanie i przytulił mnie. Powiedział, że wszystko będzie dobrze…
- To, dlatego uciekłaś? Żeby wyrwać się z jego obleśnego uścisku? – pytała Twilight
- Ależ nie! To nie tak…
-Więc nie zrobił ci krzywdy? – próbowała dojść prawdy Applejack
-Wręcz przeciwnie. Poczułam się lepiej… - opuściła głowę i zaczęła oglądać swoje kopytko
-Chwila, skoro nie zrobił ci krzywdy i nie miałaś nic przeciwko przytuleniu to dlaczego uciekałaś biegnąc tak szybko jak potrafisz. A nawet szybciej?
-Bo… bo… nigdy nie przytulałam się z ogierem. I… i tak bardzo się zarumieniłam. Nie chciałam, żeby to zobaczył. – miałem wrażenie, że Fluttershy chce schować się pod ziemię. Maślana klacz zaczerwieniła się i wycofała powoli, dając do zrozumienia przyjaciółkom, że to wszystko, co miała do powiedzenia. Postanowiłem wykorzystać chwilę ciszy na swoją korzyść:
-Czy mogę coś w końcu powiedzieć? Coś co nie doprowadzi do kolejnych nieporozumień i katastrof? I mam prośbę, wysłuchajcie mnie do końca, bo przez cały czas ktoś wchodzi mi w słowo. Ja wysłucham was, umowa stoi? – milczenie oznaczało zgodę. Opowiedziałem im wszystko od momentu wyjścia ze szpitala, aż do spotkania z nimi. Widząc, że skończyłem pierwsza zaczęła Twilight:
-Słyszałam nieco inną wersję. Applejack, czy to co powiedział Shylitude to prawda? Pytał o pracę, za którą sfinansuje randkę dla Lyry czy o coś innego? – chwila, że co? RANDKĘ?
-Jaką znowu randkę? – musiałem to wiedzieć
-Mieliśmy nie wchodzić sobie w słowo, prawda? Teraz nasza kolej. To jak było naprawdę AJ?
-No dobrze, rozmawiał ze mną. Szukał Lyry i Bon Bon a także pytał o pracę, ale nie mówił na co przeznaczy pieniądze. – Twilight wyglądała jakby miała wybuchnąć ze złości
-Dlaczego od razu mi tego nie powiedziałaś? AJ musisz porozmawiać z Applebloom. Fluttershy – porozmawiasz ze wszystkimi trzema dziewczynkami. Chyba jako jedyna masz na nie jakikolwiek wpływ. Sama rozmawiałam już z Sweetiebelle.
Twilight odwróciła się w moją stronę i powiedziała spokojnym tonem:
-Shylitude, wiesz, dlaczego Lyra jest taka wściekła? Za trzy dni wypada Dzień Serc i Podków. Dziewczynki ze znaczkowej ligi podglądając twoje poczynania ubzdurały sobie, że chcesz zorganizować romantyczną kolację przy świecach dla jednej z klaczy, aby ta zgodziła się być „tym kimś wyjątkowym”. Już raz próbowały wyswatać Big Maca z ich nauczycielką. Nie pytaj o szczegóły.
-Nie mam zamiaru
-Miały kilka tropów: mnie, Rarity, Applejack, Fluttershy – gdy padło to imię maślany pegaz zarumienił się niczym na zawołanie
-Ojejciu… mnie?
-Spokojnie Fluttershy, to tylko wymysł dziewczynek. – Twilight z powrotem odwróciła się w moją stronę – Shylitude, sam rozwiałeś wszelkie wątpliwości pytając je o Lyrę. Co zrobiły dziewczęta? Porozmawiały, z kim trzeba i ci „pomogły”. Wraz z Pinkie Pie wynajęły stolik w restauracji a Rarity z dobroci serca i zamiłowania do swatania go udekorowała. Następnie dziewczynki rozdzieliły się w poszukiwaniu przyszłej pary młodej (jak to ujęła Sweetie Belle). Niestety znalazły tylko Lyrę. Gdy ta czekała w restauracji, tracąc cierpliwość Applebloom zauważyła ciebie i Fluttershy w parku. Wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy do biblioteki wbiegła zasapana Sweetie Belle pytając „czy jest u ciebie Shylitude?” i jeszcze większe, gdy po chwili do środka wpadła rozpędzona Fluttershy, która zatrzymała się dopiero na półce z książkami. Gdy myślałam, że to koniec niespodzianek nieco później do biblioteki przyszła wściekła Bon Bon pytając czy nie widziałam Shylitude. Była tak wściekła, że zrozumiałam, co najwyżej połowę z tego co mówiła. – Applejack słuchając tego „wykładu” z każdą sekundą wpadała w coraz większe osłupienie. Aż w końcu wydusiła z siebie:
-Ups… - farmerka miała dziwnie skwaszoną minę 
-Dla mnie to coś więcej niż „ups”, Applejack – miałem wrażenie, że coś ukrywa
-Applejack, znam tą minę. Chcesz coś powiedzieć? – pytała Twilight
-Bo widzisz… gdy moja siostra zapytała o ciebie, mówiąc o tej randce… powiedziałam jej „a to po to szuka tej pracy”, ale powiedziałam to w żartach. Nie wiedziałam, że będzie z tego taki bigos!
Twilight rzuciła wymowne spojrzenie na swoją przyjaciółkę, po czym spojrzała na mnie.
- Nie martw się Shylitude, skoro Applejack i Znaczkowa Liga cię w to wplątały, to teraz ci pomogą się z tego wyplątać, prawda? PRAWDA?
-Eee, jasne że tak. – odpowiedziała zmieszana farmerka uświadamiając sobie, że nie ma innego wyboru
-No dobrze. Pamiętasz, że prosiłam cię o spotkanie. Wiesz dlaczego? I nie, AJ to NIE randka!
-Kurcze, Twilight, to był żart – Applejack próbowała się bronić, ale to było o jedno „żart” za dużo
-Limit żartów na dziś został wyczerpany, nie uważasz? – wycedziła przez zaciśnięte zęby Twilight.
-No dobrze Shylitude. Chciałam się z tobą spotkać, ponieważ, mam dla ciebie pewną propozycję. Wiem, że nie masz pieniędzy na wynajęcie domu dlatego, dopóki nie zapracujesz na Akrach Słodkich Jabłek możesz mieszkać w bibliotece tak długo jak tylko chcesz. W zamian będziesz mi pomagać i sprzątać a przy okazji być może przypomnisz sobie jak używać magii. Umowa stoi?
-To bardzo miłe z twojej strony, ale… - przerwała mi
-Żadnych, ale. Gdzie będziesz spał? Nie licząc Lyry i Bon Bon żaden kucyk nie pozwoli ci spać na zewnątrz. Noce są zbyt zimne by nocować na zewnątrz czy w stodole, a tylko w bibliotece zmieści się dodatkowe łóżko. Tak się składa, że po tej okropnej burzy do wczoraj mieszkała u mnie Fluttershy. Nie widzę problemu abyś zajął jej miejsce.
-Już podjęłaś decyzję? – najwidoczniej nie miałem wyboru. Mimo, że było jeszcze widno marzyłem o wygodnym łóżku i czymś do zjedzenia
-Bystry jesteś. Co prawda Fluttershy zdołała uratować zaledwie nieco większy kojec – dla niedźwiedzia, jeśli mnie pamięć nie myli, ale jest bardzo wygodny. To co idziemy? Resztę opowiesz mi na miejscu.
-Chwila, niedźwiedź w domu? – jak można bać się przytulenia, a trzymać w domu taką bestię?
-Nie, nie. To nie tak. Fluttershy zaopiekowała się małym niedźwiadkiem, który błąkał się po lesie. Nigdy nie dowiedziała się co stało się z jego mamą. Gdy podrósł zamieszkał w jaskini, ale odwiedza ją regularnie. Uwielbia jej masarze, prawda Fluttershy?
-Umm… tak – potwierdziła od niechcenia maślana klacz
-Ja też byłam w szoku, gdy ujrzałam ją w akcji po raz pierwszy. Byłam pewna, że skręciła mu kark. – Fluttershy natychmiast weszła jej w słowo
-Ale ja tylko masowałam mu plecy.
-Skoro niedźwiedź już z tobą nie mieszka, to dlaczego nadal trzymasz jego kojec? – chyba sama w nim nie spała?
-To pamiątka…
-W takim razie może nie powinienem go używać?
-Będzie mi miło, że ktoś jeszcze może z niego skorzystać – odpowiedziała ze śmiałością w głosie, kończąc zdanie uroczym uśmiechem
-W takim razie dziękuję
Po niezbyt długim spacerze pożegnaliśmy się z Applejack, która postanowiła odprowadzić Fluttershy. Gdy tylko zostaliśmy sami, Twilight dała mi jasno do zrozumienia:
-To, że oferuję ci nocleg, nic nie znaczy. Dotarło? – Po tym co się stało lawendowa klacz najwidoczniej chciała dać mi do zrozumienia, że chodzi tylko i wyłącznie o nocleg. Tym bardziej, że AJ i Fluttershy z pewnością usłyszały słowa przyjaciółki. – Twilight już o to zadbała.
Dość szybko dotarliśmy do „drzewa z oknami”. Gdy tylko Twilight otworzyła drzwi oniemiała. Tuż za nimi, od ściany do ściany rozpięta była siatka uniemożliwiająca wejście. Stał za nią Spike, jej smoczy towarzysz. Lawendowa klacz nie wytrzymała:
- Spike, co to na imię Celestii ma być? – dotknęła jej lekko kopytkiem
- Siatka do łapania wbiegających tu kucyków. Wymyśliłem ją po incydencie z Fluttershy. I co ty na to?
-Działa. Aż za dobrze – powiedziała z przekąsem Twilight – a teraz nas wpuść. 
-Was? Tego… tego „żartownisia” też? Po tym, co zrobił? – Spike był zniesmaczony tym co powiedziała jego lawendowa opiekunka.
- Tak, on też. Po pierwsze, nie mogę złamać złożonej obietnicy, po drugie on jest niewinny.
Spike wzruszył ramionami, podszedł do jednego z końców siatki i wyjął z ziemi duży metalowy szpikulec, do którego była przywiązana. Gdy tylko weszliśmy do środka zastawił kucykołapkę ponownie. Ku mojemu zdziwieniu biblioteka nie była po prostu „drzewem z oknami”. Wewnątrz nie stał ani jeden regał – wszystkie zaokrąglone ściany były jednocześnie wydrążonymi półkami na niezliczone ilości starannie poukładanych książek. Przy jednym z okien spała w klatce sowa. Wewnątrz pomieszczenia dominował zapach drewna, papieru i bliżej nieokreślonej potrawy przygotowywanej przez Spike’a. Moje posłanie, a raczej kojec dla niedźwiedzia ustawione było przy jednej ze ścian na piętrze. Ku mojemu zdziwieniu składało się z wielkiej zielonej poduszki włożonej do wydrążonego z drewna kosza. Jakimś cudem było w naprawdę dobrym stanie biorąc pod uwagę, że przez kilka lat spał na nim niedźwiedź. Miałem wrażenie, że Twilight chciałaby się go pozbyć, ale z jakiegoś powodu postanowiła pomęczyć się jeszcze kilka dni.
-Twilight, czy aby na pewno nie będę przeszkadzał? – zapytałem
-Nie. Gdy leżałeś nieprzytomny w szpitalu obiecałam, że się tobą zaopiekuję. Takich obietnic nie można łamać. No dobrze, twoja mina i mój nos mówią mi, że Spike kończy obiad. Nie martw się, jest świetnym kucharzem. Aha, wymieniłam poduszkę w twoim posłaniu.
Twilight miała rację. Nie wiem co takiego jedliśmy, ale było to przepyszne. Mając pełen żołądek poczułem się senny. Mimo, że było jeszcze wcześnie musiałem odespać cały ten wysiłek. Po prostu padałem z nóg…
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Rozdział 3 „Od lat nie bawiłam się tak dobrze jak dzisiaj.”

http://tinyurl.com/bj3jmq7
 
Czułem, że się budzę, zaczęły do mnie dobiegać różne odgłosy: kroki, rozmowy o pacjentach, prośby o wykonanie różnych czynności i odgłos dziesiątek świetlówek, których tak bardzo nienawidzę. Dlaczego? Jako osoba chora na epilepsję jestem „uczulony” na nie i ich białe światło, a buczenie tych lamp z piekła rodem sprawia, że po kilku minutach boli mnie głowa, co może, skończyć się źle. Zawsze zastanawiało mnie, jaki „geniusz” montuje je na oddziale neurologii? Natychmiast otworzyłem oczy, ale wokół mnie panowała absolutna ciemność. Leżałem na niewygodnym łóżku lub materacu w jakimś śmierdzącym miejscu, które najwyraźniej było szpitalem. Niestety. Ponyville było jedynie wymysłem mojej bujnej wyobraźni. Być może mój mózg walczył w ten sposób z urazem, jakiego doznało ciało? Cały ten sen musiał być po prostu naturalną narkozą, która koiła ból. Jedno było pewne. Zostałem porażony piorunem, trafiłem do szpitala i najwyraźniej straciłem wzrok. Jednak po chwili zacząłem żałować, że w ogóle się obudziłem. Chciałem dotknąć swojej twarzy, sprawdzić czy aby na pewno jestem człowiekiem, ale nie czułem rąk, nóg. Nic nie czułem. Nic oprócz bólu i smrodu, który panuje w szpitalach. Perspektywa utraty wzroku z każdą kolejną chwilą przerażała mnie coraz bardziej. Myślałem o tym jak będzie wyglądać moje nowe życie, wyobrażałem sobie jak trudne będzie chociażby wyjście na spacer, gdy nagle odpłynąłem. Usłyszałem jedynie kroki i:
-Panie doktorze, atak, pacjent z szóstki! - epilepsja to paskudna choroba. Czasami nie pamiętasz nic. Innym razem twój mózg tuż przed utratą przytomności pozwala ci usłyszeć ostatnie słowa – niczym ostatnie słowa przed śmiercią.
 
******
- Shylitude? Shylitude? Słyszysz mnie? Wszystko będzie dobrze. Jesteś bezpieczny. Spike. Znalazłeś coś? – dochodząc do siebie usłyszałem zmartwiony głos Twilight Sparkle. Poczułem jak okrywa mnie ciepłym kocem i delikatnie dotyka kopytkiem mojej głowy. Gdy otworzyłem oczy natychmiast się uśmiechnęła. Uświadomiłem sobie też, że nie jestem niczym nakryty – otaczała mnie zmieniająca barwy łuna światła, która pochodziła z rogu Twilight. 
-Spike! Masz coś? – ponagliła Asystenta Numer Jeden. Z dołu dobiegł zrzędliwy głos:
-Taa. „Wszystko co chcielibyście wiedzieć o flirtowaniu, a baliście się zapytać.” Twilight no wiesz co? Tego się…
-SPIKE! – przerwała mu lawendowa klacz.
-Po co ci ta książka? Wypisują w nich bzdury.
-Ponieważ to biblioteka publiczna? Po prostu szukaj dalej. – Twilight widząc, że otumaniony rozglądam się po bibliotece przestała czarować. Spojrzała mi prosto w oczy, obejrzała dokładnie twarz, po czym powiedziała:
-Shylitude jesteś w bibliotece w Ponyville. Czy wiesz, co ci się stało?
Chciałem coś powiedzieć, ale poczułem, że mam spuchnięty język. Musiałem go przygryźć podczas ataku. Doskonale pamiętałem poprzedni dzień: piosenkę Pinkie Pie, incydent z Lyrą, i wspaniałe pierwsze chwile w bibliotece: nieudolną próbę zmycia naczyń, śmiech Twilight gdy widziała jak zębami chwytałem brudne talerze czy rechot Spike’a gdy widział jak próbowałem wejść po stromych schodach zębami chwytając się barierki.
-Ne za baldzo. – wolałem skłamać.
-W nocy usłyszałam przeraźliwy krzyk, wybiegłam aby zobaczyć co się dzieje i ujrzałam ciebie. Cały dygotałeś. Byłam pewna, że śni ci się coś strasznego, próbowałam cię obudzić, ale byłeś sztywny jak kłoda, a twój oddech… rzężący. Po chwili z ust zaczęła ci płynąć krew. Rzucałam na ciebie różne zaklęcia: dziesiątki leczniczych, zdejmujące klątwy, uspokajające… Nigdy się tak nie bałam. Cokolwiek się z tobą działo nie trwało długo. Zasnąłeś ponownie, a ja próbowałam cię obudzić. Trochę to trwało, ale w końcu otworzyłeś oczy. Jak się czujesz? – tym razem mogłem powiedzieć prawdę
-Skolowany. Boli mnie glowa i mięsnie. - Usiadłem na swoim niedźwiedzim posłaniu i oparłem o ścianę.
-Akurat w tym mogę ci pomóc, daj mi kopytko – spełniłem prośbę - z jej rogu „wyrosły” zielone nici energii. Niczym pnącza zaczęły oplatać moje ciało zaczynając od lewej przedniej nogi, którą trzymała Twilight, a na ogonie kończąc. Czułem, że im bardziej ciepła, przyjemna, zielona łuna otaczała moje ciało tym lepsze było moje samopoczucie. Z każdą chwilą byłem bardziej zdrowy, rześki, pełen energii. Mogłem też normalnie mówić.
-Dziękuję. Czy ty mnie… uleczyłaś? To niesamowite. Jesteś bardzo utalentowana – klacz nadal trzymała moje kopytko. Po chwili nasze spojrzenia się spotkały.
-To… to nic takiego – odpowiedziała lekko onieśmielona komplementem Twilight. – To podstawowe zaklęcie, którego uczą…
Nagle usłyszeliśmy romantyczną muzykę płynącą z dołu, a obok nas wylądowała książka o flirtowaniu.
-Nie krępujcie się. Jakby, co, mnie tu nie ma. – krzyknął zniesmaczony sytuacją Spike
-Wybacz Shy. Zostawię cię na chwilę. Poczytaj sobie coś, w końcu jesteśmy w bibliotece. Muszę wyjaśnić coś z zazdrosnym smokiem.
Róg Twilight zaświecił się na niebiesko, a idący do swojego posłania, mamroczący coś pod nosem Spike został przyciągnięty z ogromną prędkością w półprzeźroczystej bańce do swojej właścicielki.
-Twiliiiiiiiiiight zwariowałaś? – zaspany, wyczerpany przeszukiwaniem książek i przerażony lotem asystent natychmiast doszedł do siebie  
-Spike. Rozmowa w cztery oczy. Natychmiast.
Twilight zeszła po schodach, odstawiła Spike’a i chciała coś powiedzieć, ale ten wtrącił:
-Dla jasności, w tej chwili to rozmowa w sześć oczu. Lawendowy jednorożec przewrócił oczami, chwycił kopytkiem smoka i po chwili dwójka teleportowała się do jednego z pomieszczeń. Słyszałem jedynie przytłumione odgłosy rozmowy:
-Chciałam mu pomóc, ale nie mogłam tego zrobić sama. Zawiodłam się na tobie Spike. Zawsze mogłam na ciebie liczyć, a teraz…
- A teraz nasz gość wpadł ci w oko.
-To tylko znajomy. 
Nagle drzwi, za którymi rozmawiali Spike i Twilight otoczyła błękitna łuna, która całkowicie wytłumiła rozmowę. Lawendowa klacz najwyraźniej doskonale wiedziała, co mogę usłyszeć, a co ma pozostać między nią, a smokiem. Nie mając nic innego do roboty odwróciłem książkę o flirtowaniu i zacząłem czytać:
„Dziękujemy za zakup XXIII tomu serii poradników „Wszystko co chcielibyście wiedzieć o… a baliście się zapytać”. Mamy nadzieję, że spisane tu porady będą przydatne” – miałem trudności z odwracaniem kolejnych stron. Już na pierwszy rzut oka widać było, że akurat ten tom był używany sporadycznie. Mimo to, mniej więcej w połowie, pomiędzy stronami leżało małe błękitne piórko, które najwyraźniej służyło za zakładkę –„Rozdział 20. Zaawansowane porady dla klaczy”. „Część pierwsza - Magia spojrzenia, czyli uwodzenie wzrokiem.Czy Twilight czytała takie rzeczy? Wróciłem do spisu treści, w którym zaciekawiło mnie jedynie „Dziesięć podstawowych zasad – strona 15”. Tu także znalazłem zakładkę – tym razem zieloną, smoczą łuskę. Kilka z nich przykuło moją uwagę. Z trudem tłumiłem śmiech:
-„Wskazana kąpiel częściej niż raz w miesiącu”
-„Wbrew pozorom uniwersalna szczoteczka nie istnieje. Warto zakupić oddzielne do mycia ubikacji, zębów czy szczotkowania piór (dotyczy pegazów)”
-„Jedzenie zapiekanki czosnkowo-cebulowej popitej cydrem tuż przed randką nie zakończy się pocałunkiem”
-„Bekanie usprawiedliwione żartami typu „z dwojga złego lepiej w tę stronę” nie jest zabawne”
-„NIE, to nie jest zabawne”
-„To, że klacz rzuca ci niewinne spojrzenia nie oznacza, że wyzywa cię na pojedynek na spojrzenia” – Miałem tego dość…
Odłożyłem książkę na bok, spojrzałem w górę i spróbowałem zębami wyciągnąć stare tomiszcze. Udało mi się, ale przy okazji do nosa dostała mi się odrobina kurzu. Starałem się nie kichnąć, ale po chwil: APSI…BOOOM! Wciągając powietrze do nosa mój róg zabłysł po raz pierwszy w moim kucykowym życiu - otoczyła mnie półprzeźroczysta kula białego światła, która przyciągnęła do siebie wszystkie rzeczy znajdujące się w pobliżu, a w chwili kichnięcia eksplodowała ciskając lewitującymi wokół mnie przedmiotami z ogromnym impetem na wszystkie strony. Siła uderzeniowa wybiła wszystkie okna, wywarzyła drzwi na zewnątrz, które wyleciały z ogromną prędkością razem z kucykołapką, wywróciła meble i porozrzucała książki. Gdy tak leżałem próbując zrozumieć, co się właściwie stało ujrzałem zszokowanych Twilight i Spike’a. Powoli wyszli z sypialni jednorożki patrząc to na siebie to na bałagan, do którego się przyczyniłem. W końcu lawendowa klacz rozglądając się po bibliotece zapytała:
-W imię Celestii... co tu się stało?
-Kichnąłem? – odpowiedziałem zmieszany
-Kichnąłeś… - Twilight zrobiła kilka kroków i wyjrzała przez dziurę w której jeszcze przed chwilą były drzwi – obudziłeś całe Ponyville.
-Nie chcę wiedzieć co zrobi gdy puści bąka – burknął Spike, który bez polecenia zaczął zbierać rozrzucone książki
-Spike, skoro nasz nowy przyjaciel przypomniał sobie jak używać magii to najwyższa pora by rozpocząć lekcje.
-Teraz?
-Oczywiście, że nie. Rano. Teraz musimy wymyślić w miarę sensowne wytłumaczenie.
-Wytłumaczenie. Dla niego? Mnie to byś ukarała – mamrotał Spike podnosząc kolejne książki
-Ehhh… Spike. Dla mieszkańców Ponyville. Wyczyn Shylitude postawił na nogi całe miasteczko.
Klacz miała rację. Już po chwili wokół biblioteki zebrał się tłum kucyków żądających odpowiedzi. Każdy coś mówił, krzyczał, narzekał, zadawał pytania. W końcu przed wszystkich wystąpiła Applejack, a tuż za nią wyszła Pinkie Pie trzymająca w zębach drzwi.
-CIIISZAAA do stu kucyków! – krzyknęła Applejack. – Twilight, co się stało?
-Łajłajt. Łajłajt! TFU! –wypluła drzwi Pinkie – Twilight, twoje drzwi wpadły mnie odwiedzić. Przez okno. A może chciały odwiedzić moje drzwi? W każdym razie, to miło z ich strony, ale nie mogą tego robić przez drzwi? Hihihi – zaśmiała się – drzwi pukające do drzwi, żeby odwiedzić drzwiiiii. Drzwi… do drzwi – różowy kucyk po chwili tarzał się na ziemi ze śmiechu.    
- Pinkie rozumiemy – odpowiedział Spike.
-Twilight, usłyszałam wybuch, a Pinkie widziała oślepiające światło. Wszyscy cali? Jak do tego doszło? – nalegała farmerka
- No cóż, nowy „tylko znajomy” Twilight kichnął i…
-Wystraszył mnie w momencie, gdy ćwiczyłam zaklęcie… przywoływania… hmm… fajerwerków. Eksplodowały w bibliotece – wtrąciła się lawendowa klacz spoglądając wymownie na mnie i Spike’a. Dała nam jasno do zrozumienia, że ta z trudem wymyślona historia jest „oficjalną wersją”.
Kucyki stojące wokół biblioteki spoglądały na siebie, padały pierwsze komentarze – „co za bezmyślność”, „rozum jej odebrało?” Nagle usłyszałem głos starego pegaza: „kolejna Lyriatka!”. Coś się we mnie zagotowało. Nawet nie wiem, kiedy wstałem, bez żadnych problemów zszedłem ze schodów i siłą odepchnąłem Twilight, która z trudem utrzymała równowagę. Gdy tylko wyszedłem z biblioteki krzyknąłem w stronę tłumu:
-A może wyjdziesz tu na środek i powiesz to przed wszystkimi, co? No chodź! Tylko mi nie mów, że się boisz? – na początku nie było żadnej reakcji, ale po chwili ujrzałem nad tłumem skrzydła, którymi starzec gestykulował, gubiąc przy okazji masę piór. Oddalał się klnąc pod nosem - Tak myślałem… I nie rzucaj się tak, bo wyliniejesz.
Wróciłem do środka słysząc za sobą śmiechy i stanąłem tuż przy wejściu obok lawendowej klaczy. Byłem pewien, że to co powiedziałem poprawi mi humor, ale było wręcz przeciwnie. Po chwili zacząłem żałować swoich słów. Z tłumu wyłoniła się jasnobeżowa klacz z szarą grzywą i zwojem jako uroczym znaczkiem.
-Cisza! Twilight Sparkle, jako burmistrz tego miasta proszę cię o rozwagę. Fajerwerki? W bibliotece zbudowanej w drzewie? Czy zdajesz sobie sprawę jak mogło się to skończyć? – czymkolwiek kierowała się Twi, zastanawiałem się, czy nie lepiej było powiedzieć prawdy.
-Spokojnie pani burmistrz, te na których ćwiczę są bezogniowe. To tylko iluzja magiczna, inaczej wszystko wokół było by popalone, a my poparzeni.
-Racja, mimo to, tego typu czary ćwicz na polanie. No już, proszę się rozejść – powiedziała do wszystkich zgromadzonych kucyków.
Wszyscy powoli się rozchodzili. Applejack przez chwilę stała w miejscu zamyślona, jakby wahała się czy ma zostać i coś powiedzieć, ale w końcu ruszyła w kierunku Akrów Słodkich Jabłek. Nagle wśród przerzedzającego się tłumu zauważyłem Lyrę i Bon Bon. Akwamarynowa klacz patrzyła w moją stronę. Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, uśmiechnąłem się mimowolnie, ale ta natychmiast się odwróciła. Gdy Bon Bon to zauważyła pokręciła głową. Nie wiedziałem, że całej sytuacji przygląda się Twilight.
-Wybaczy ci szybciej niż myślałam – powiedziała kopiąc mnie lekko kopytkiem
-Co? – chciałem zapytać, dlaczego wzięła winę na siebie, ale to stwierdzenie zbiło mnie z tropu
-Lyra. Widziałam jak na ciebie patrzyła. 
-Twilight, ty też będziesz mnie swatać? Po prostu na mnie spojrzała, przez chwilę. Wszyscy na nas patrzyli, bo się za nią wstawiłem.
Twilight ustawiła się w pozie typu „wykład”, co niosący oślinione przez Pinkie drzwi Spike skomentował krótkim „oj bracie, zaczyna się”. Byłem niemal pewien, że nawet reprezentacyjna straż królewska nie potrafi utrzymać tak idealnej postawy, jaką miała w tej chwili klacz. Jej głos brzmiał równie dostojnie, niczym wykładowcy na elitarnej uczelni:
-Shylitude. Tylko ona spoglądała na ciebie „w ten wyjątkowy sposób”. Niczym Spike na Rarity. Z fascynacją i…– była z siebie dumna, że mogła powiedzieć coś, w ten sposób, ale niestety musiałem się wtrącić
-O czym ty mówisz?
-Eeech… 
Twi, rozluźniła się niczym opona, z której spuszczono połowę powietrza. Najwyraźniej doszła do wniosku, że ten temat wymaga rozmowy, a nie wykładu i stania na baczność. Podeszła do okna, spojrzała w górę i kontynuowała spokojnym, miłym głosem patrząc na gwiazdy:
-Mówię o czymś, co Lyra w przeciwieństwie do Spike’a stara się ukryć. Próbuje z tym walczyć, wmówić sobie i Bon Bon, że nie istnieje. – odwróciła się w moją stronę, spojrzała mi w oczy i dokończyła myśl jeszcze spokojniejszym tonem - Zrobi wszystko, żebyś nie dowiedział się o kiełkujących w jej sercu uczuciach. Ale z tym nie da się wygrać. Nie po tym, co zrobiłeś.
-A co ja takiego zrobiłem?
-Stanąłeś w jej obronie, co tylko utrudni jej wewnętrzną walkę z tym, co do ciebie czuje. I na litość Celestii przestań wreszcie udawać, że niczego nie rozumiesz. To zaczyna być irytujące.
-Wyczytałaś to wszystko w swoim poradniku? Tym o flirtowaniu?
-Emm… Spike go czyta, nie ja. – Twilight zawahała się mówiąc te słowa
-A jako zakładki używa błękitnego piórka? – jednorożka zaczerwieniła się, wyglądała przy tym przeuroczo. Zaczęła szukać jakiegoś przedmiotu, w który mogłaby się wpatrywać, jakby ten miał ją uratować przed niewygodnym pytaniem. Ratunek przybył z najmniej oczekiwanej strony.
-Twilight otrzymała je w prezencie od Rainbow Dash – wtrącił się Spike – Pióro to wyjątkowy podarunek. Pegazy wierzą, że dając je dają ci część siebie. 
-Ale to tylko pióro – nie rozumiałem, całej tej wyjątkowości. Gdybym pozbierał to, co wypadło ze skrzydeł sąsiada Lyry przebiłbym wszystkich obdarowanych w całej Equestrii.
-Ech, to coś więcej niż „tylko pióro”. – kontynuował Spike - To młode pióro, wyrwane ze skrzydła, a nie takie, które wypadło samo ze starości. A musisz wiedzieć, że pegazy mają bzika na punkcie skrzydeł. Nie wierzysz? Spróbuj wyrwać piórko Rainbow Dash. – może nie wylądujesz w szpitalu.
-A może tak każdy z nas wyląduje w swoim łóżku? – wtrąciła się Twilight – Jutro posprzątamy ten bałagan.
-Masz rację – odpowiedział Spike ziewając
Nasza trójka rozłączyła się, każdy w swoją stronę. Byłem w połowie drogi do niedźwiedziego posłania, gdy usłyszałem głos lawendowej klaczy:
-Shylitude?
-Tak?
-Dobranoc. – powiedziała uśmiechając się do mnie
-Dobranoc - odpowiedziałem ziewając
-I jeszcze jedno… spojrzałeś na Lyrę w taki sam sposób. Jak Spike na Rarity. – spojrzenie lawendowej klaczy było dziwne. Na swój sposób uwodzicielskie i zalotne.
-Twilight? Czy mi się wydaje czy spojrzałaś na mnie, jak sama to powiedziałaś „w ten wyjątkowy sposób”?
-Masz rację, wydawało ci się. - odpowiedziała chichocząc 
Kładąc się spać zastanawiałem się, gdzie się obudzę. I co właściwie jest snem a co jawą? Starałem się pozbierać wszystkie myśli w jedną sensowną całość, ale byłem za bardzo zmęczony i po chwili zasnąłem.
Idąc przez park ujrzałem ją – maślanego pegaza, nieśmiałą klacz o pięknym, głębokim spojrzeniu. Stała tam sama, jakby czekając na mnie. Gdy tylko usłyszała, że się zbliżam opuściła głowę, wycofała się i zarumieniła.
-Fluttershy? Przepraszam, jeśli cię wystraszyłem. Potrzebuję pomocy. – klacz uniosła głowę, po czym powiedziała:
-Pomocy? Nie wiem czy… - i po raz kolejny się wycofała
-Szukam Lyry, nie widziałaś jej?
-Lyry? Powinieneś poszukać kogoś innego. – i wybiegła z parku
-Fluttershy! Zaczekaj. – Zacząłem za nią biec, ale była dla mnie zbyt szybka. Mijałem kolejne domy, rozglądałem się na wszystkie strony. Zgubiłem ją.
-FLUTTERSHY? – Zero reakcji, ale nagle…
******
-SHYLITUDE! – obudził mnie głos Twilight. – Wstawaj śpiochu, Spike naprawił drzwi, a teraz przyrządza śniadanie. Ja poukładałam książki. A to wszystko, gdy spałeś. Zejdź na dół. Przygotowałam coś. Mamy trochę czasu, więc możemy poćwiczyć proste zaklęcia. Tylko błagam… nie wysadź nic w powietrze, dobrze? Swoją drogą nie wiedziałam, że mówisz przez sen.
-Postaram się.
Było mi trochę głupio, dlatego postanowiłem podporządkować się Twilight i słuchać jej rad. W końcu, jeśli chodzi o magię to nie ma sobie równych.
-Sprzątając bibliotekę i układając książki zastanawiałam się jak wytłumaczyć ci coś tak podstawowego. Wybacz, ale nie wpadłam na żaden sensowny pomysł. Powiem ci jak ja to robię. Po prostu czytam opis zaklęcia i staram się je sobie wyobrazić. Pokazanie go ułatwi sprawę.
-Aha, czyli wystarczy o czymś pomyśleć i samo się zrobi? – zaczynałem to rozumieć
-Nie do końca, musisz się na tym skupić. „Widzieć oczyma wyobraźni” dane zaklęcie. Magia nie wymaga używania tylko i wyłącznie rogu, ale pracy całego ciała. 
Z kuchni dobiegł głos Spike’a:
-Twilight próbuje powiedzieć, że z magią jest jak z zatwardzeniem i stawianiem klocka – musisz się skupić na robocie i napiąć wszystkie mięśnie! – wytłumaczenie Spike’a może i było prostackie, ale bardzo sensowne.
- Spike… – Twilight przyłożyła kopytko do czoła, po czym kontynuowała
– Najpierw nauczę cię magii lewitacji. To proste, widzisz to jabłko? – kiwnęła głową w stronę niewielkiego, drewnianego okrągłego stolika – wyobraź sobie, zobrazuj, że powoli unosi się w powietrze… - nagle wtrącił się Spike
-Zatwardzenie stary, zatwardzenie! – lawendowa klacz miała dość. Wystrzeliła w stronę Asystenta Numer Jeden niewielki pocisk – błyskawicę, która ugodziła go w zadek. Reakcja była natychmiastowa
-Ała! Wystarczyło powiedzieć żebym siedział cicho! – krzyknął z kuchni Spike
-Ekhm… Na czym to skończyliśmy? A tak, nie myśl o niczym innym jak o tym, że jabłko ma unieść się w powietrze. O tak – jej róg zaświecił się na fioletowo, po czym owoc zaczął lewitować. – Twoja kolej.
Wpatrywałem się w jabłko jakby od tego zależało moje życie. Starałem się „zobaczyć oczyma wyobraźni” jak się unosi, gdy nagle cała moja uwaga uciekła w stronę Twilight i jej wczorajszych słów: „Widziałam jak na ciebie patrzyła”, „w ten wyjątkowy sposób”, „jak Spike na Rarity”. Po chwili stało się coś dziwnego. Mój róg zabłysł, a ja znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Spadłem z pod sufitu na podłogę. Rozejrzałem się – byłem w pięknym pokoju pomalowanym maślaną, pastelową farbą. Tuż obok okna przesłoniętego jasno zielonymi zasłonami stało niepościelone jeszcze łóżko, a zaraz obok niego, w rogu – niewielkie biurko, obok którego upadłem. Gdy tylko się podniosłem zauważyłem na nim stos notatek zatytułowanych: „Ludzie - Mit Czy Zapomniana Historia? Lyra Heartstrings” Dotarło do mnie, gdzie jestem. Chciałem jak najszybciej wrócić do Twilight, ale było już za późno.
Do pokoju wbiegła przemoczona Lyra rozglądając się na wszystkie strony. Jej róg świecił się na czerwono, tak jakby trzymała w gotowości zaklęcie, obronne. Była tak samo zdziwiona jak ja. Uświadomiłem sobie, że nie umiem podnieść jabłka, ale potrafię się teleportować. Nie miałem jednak czasu na gratulowanie sobie sukcesu. Łuna wokół rogu Lyry zmieniła kolor na fioletowy i otoczyła jej ciało. Najwyraźniej w ten sposób chciała się osuszyć. Po chwili korzystając z magii uniosła w powietrze grzebień i zaczęła się czesać spoglądając w niewielkie lusterko stojące na biurku. W czasie poprawiania włosów zapytała ze złością w glosie:
- Co ty tu robisz? Nie możesz tu tak wpadać… dosłownie. Wynoś się!
-Przepraszam… Ja tylko ćwiczyłem z Twilight zaklęcia. I jakoś tak… zamiast o jabłku niechcący pomyślałem o tobie. Sam nie wiem, co tu robię. A skoro już tu jestem to chciałbym cię przeprosić. Przeprosić za wszystko. Lyra, posłuchaj… - jednak ta nie chciała słuchać. Swoją drogą do dziś nie wiem, dlaczego zacząłem ją przepraszać, zamiast sobie pójść tak jak prosiła.
-Robisz mi coś takiego, teleportujesz się do mojego domu, gdy biorę kąpiel, oglądasz moje notatki, wygadujesz jakieś bzdury i masz czelność prosić, żebym cię wysłuchała? Ciesz się, że nie ma Bon Bon. Dobrze ci radzę, idź sobie zanim nie wróci z zakupów.
-Lyra, wiem, że po tej aferze z randką mnie nienawidzisz, ale mam prośbę. Spotkajmy się. Wszystko ci wytłumaczę. Muszę ci powiedzieć jak było naprawdę. Daj mi szansę.
- Chwila… prosisz mnie o spotkanie? Po raz drugi? Wiesz co? Jeśli ja jestem Lyriatką, to ty jesteś Shybnięty. I to mocno. Nic z tego. A teraz wyjdź stąd, zanim cię wyniosę. Głową w dół. – kopytkiem wskazała mi drzwi
- Lyra, pomyśl. Czy ktoś, komu uratowałaś życie mógłby tak okrutnie zażartować? Daj mi szansę. Ostatnią. – Lyra przez chwilę milczała, ale po chwili powiedziała nieco spokojniejszym tonem:
-No tak. Mogłam się domyślić. Bon Bon cię tu przysłała. Ciągle powtarza „on nie mógłby czegoś takiego zrobić” Aż tak ci na tym zależy, że wkręcasz w to wszystko moją jedyną przyjaciółkę i teleportujesz się tu z rana?
-Tak… to znaczy nie – po raz kolejny mi przerwała, na szczęście łagodnym głosem
-No dobrze. Zgadzam się. Przyjdę do ciebie za kilka godzin. A teraz mógłbyś stąd iść? Póki jestem miła?
-Dziękuję – pomyślałem o Twilight i po chwili pojawiłem się w bibliotece. 
-Na Celestię, coś ty najlepszego zrobił? Myślałam, że stało ci się coś złego? Wiesz jak się martwiłam? Miałeś podnieść jabłko, a nie użyć teleportacji! Gdzieś ty był?
-Wybacz, ale niechcący pomyślałem o naszej wczorajszej rozmowie i po chwili wpadłem na Lyrę. Dosłownie.
-No tak, byłeś u Lyry. Mogłam się domyślić. – zmarszczyła czoło Twilight – tylko, dlaczego użyłeś teleportacji po raz drugi? Wiesz, jakie to niebezpieczne dla takiego amatora jak ty?
-Phi, też mi coś. Wystarczy pomyśleć o miejscu, albo osobie i już. Spike miał rację. To jak z zatwardzeniem.
-DOŚĆ! Nie chcę słyszeć tego ohydnego porównania. Nie przed śniadaniem. – lawendowa klacz używając magii uniosła jabłko do góry – wiesz co mogło się stać gdybyś pomyślał o Lyrze i o mnie jednocześnie? To! – zmiażdżyła owoc, którego szczątki upadły na podłogę, co dało mi wiele do myślenia.
-Ups…
Od tej pory postanowiłem być pilnym uczniem. Po zjedzeniu przepysznego śniadania wróciliśmy do teorii, to znaczy czytania. O dziwo rozumiałem to, co było tam napisane. O wiele trudniej przychodziło mi samo zrozumienie tekstu. Opisy zaklęć były długie, skomplikowane i niewiele pomagały w wyobrażeniu sobie ostatecznego efektu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie ogranicza mnie wiedza z książek. Wystarczy przecież „ujrzeć efekt końcowy oczyma wyobraźni”! Przypomniałem sobie coś z życia ludzkiego, coś co mógłbym wypróbować tutaj. Kto wie? Może zadziała.
Skupiłem się tak bardzo jak to tylko możliwe, mój róg zabłysł na niebiesko i nagle wystrzeliła z niego wiązka energii, która utworzyła na ścianie owalny, błękitny kształt. Wyglądał jak namalowany farbą. Do czasu. Gdy tylko wyczarowałem identyczny, tym razem pomarańczowy na drugiej ścianie tuż za plecami Twilight powstało między nimi przejście. Patrząc przez niebieski widziałem plecy klaczy czytającej książkę o „Gwiazdozbiorach Equestrii”. Była tak pochłonięta lekturą, że nie zauważyła portalu na ścianie. Owale wyglądały identycznie jak te znane mi z pewnej gry komputerowej, w którą grałem, jako człowiek, ale czy działały dokładnie tak samo? Włożyłem głowę w niebieski, aby się upewnić, a ta natychmiast zaczęła wystawać z pomarańczowego. Sukces!
-Co czytasz Twilight? – klacz uniosła powoli głowę z nad książki, ale ujrzała tylko kucyka, który wkłada głowę w ścianę.
-Aaaaaa! –Z góry natychmiast przybiegł Spike, który stanął jak wryty na widok kucyka bez głowy. Zrobił kilka kroków i ujrzał, że ta wystaje z dziury w ścianie. Po przeciwnej stronie biblioteki
-Shylitude… co to ma być? – pytała patrząc to na głowę to na resztę ciała
-Możesz to nazywać portalem – odpowiedziałem z dumą w głosie
-No dobrze, ale do czego to służy? – Twilight powoli dochodziła do siebie
-Tworzy magiczne przejście, dzięki któremu można – przeszedłem z pomiędzy portalami i dokończyłem – na przykład ominąć przepaść.
-Faktycznie przydatne – powiedziała po chwili namysłu – ale czy nie jest niebezpieczne?
-Żadne z zaklęć, nie jest do końca bezpieczne. Kichnięciem można wysadzić bibliotekę.
-Masz rację – zaśmiała się odpowiadając.
Z góry wpatrywał się na nas Spike, który widząc jak działa portal wyraźnie chciał spróbować. Przeniosłem pomarańczowy owal na podłogę, stworzyłem niebieski na ścianę pod samym sufitem, naprzeciwko wyjścia z biblioteki, a następnie otworzyłem drzwi za pomocą magii.
-Shy, co ty kombinujesz? I jakim cudem ot tak nauczyłeś się używać magii – pytała zaciekawiona Twilight
-Spike miał rację z tym porównaniem. I chcę coś sprawdzić. Spike czy mógłbyś wrzucić z góry książkę do tej pomarańczowej dziury, tylko sam nie wska… - zanim zdążyłem dokończyć mały smok stanął na barierce i dał susa do pomarańczowego portalu.
-Na bombę!
-NIE! – krzyknęliśmy jednocześnie
Spike trafił idealnie. Wskoczył z dużą prędkością do portalu na ziemi, po czym wyleciał niczym wystrzelony z procy z drugiego znajdującego się na ścianie, przeleciał przez całą bibliotekę i wylądował na twarzy za drzwiami biblioteki. Dopiero po chwili podniósł się mamrocząc coś pod nosem. Twilight pobiegła, aby sprawdzić czy nic mu nie jest. Gdyby tylko wiedział, że to co wleci z dużą prędkością w jedną dziur z drugiej wylatuje z taką samą i leci dalej wysłuchał by mojej prośby do końca.
-Mówiłam, że to niebezpieczne! Oszalałeś? – pytała wściekła klacz
-Poprosiłem, żeby wrzucił z góry książkę, ale ten nie dał mi dokończyć i wskoczył… „na bombę”.
-To pławda… ała… - potwierdził obolały Spike niesiony za pomocą magii przez Twilight – Tłajłajt, napłaf mi łęba, chyba się połamał.
-Otwieraj paszczę - Twilight użyła magii aby rzucić więcej światła na uzębienie smoka po czym dodała – przykro mi, ale masz wizytę u Colgate. I myj częściej zęby.
-A jego to wyłeczyłaś! – protestował Asystent #1
-Ło nie miał łołamanych łębóf. I ciesz się, że nie połamałeś sobie kości, bo leżałbyś w szpitalu tydzień – odpowiedziała przedrzeźniając Spike’a Twilight. 
-No dobrze Shylitude. Od tej pory żadnych wygłupów! Bo będziesz nocował w stodole u Applejack.
Przez kilka następnych godzin ćwiczyliśmy proste zaklęcia. Ku mojemu zdziwieniu Twilight przygotowała nie tylko jabłka, ale i drewniane klocki wielkości książek. Samo użycie magii było bardzo proste, ale precyzja wymagała wielu ćwiczeń. Na szczęście pewnym czasie zaczynałem nabierać wprawy. Jednorożka zaufała mi do tego stopnia, że mogłem ćwiczyć na prawdziwej książce. Co prawda, poradniku do flirtowania i pustej półce, ale zawsze to coś. Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. To musiała być Lyra. Cóż. W towarzystwie kogoś takiego jak Twilight czas mija błyskawicznie nawet na patrzeniu jak trawa rośnie.
-To pewnie do mnie, byłem umówiony. – lawendowa klacz była zdziwiona, ale nie miała nic przeciwko zakończeniu lekcji.
-Dziękuję, że przyszłaś. Lyra chciałem cię przep… - delikatnie przyłożyła mi kopytko do ust i powiedziała.
-Nie. To ja przepraszam. Chodź ze mną, musimy porozmawiać na osobności.
Dzień dobiegał końca, a Słońce chyliło się ku zachodowi. Zastanawiałem się gdzie pójdziemy. Minęliśmy Cukrowy Kącik, restaurację i skierowaliśmy się w stronę parku. Cały czas czułem na sobie spojrzenia, ale tym razem nie były to ukrywające się dziewczyny ze Znaczkowej Ligi. Kucyki z Ponyville obserwowały każdy nasz ruch, szeptały coś między sobą. Z jakiegoś powodu Lyra nie była mile widziana, uznawano ją za odmieńca. „Lyriatkę”.
Dotarło do mnie, co przeżywała każdego dnia, jak wiele musiała znieść. Ogarniała mnie coraz większa frustracja, miałem ochotę coś z tym zrobić, każdej klaczy powiedzieć, co o tym myślę, a każdemu ogierowi dać w pysk. Jednak Lyra jakby wyczuwając moje zamiary wyszeptała „nie warto, zignoruj ich”. Przez całą dalszą drogę klacz milczała. Za każdym razem, gdy próbowałem coś powiedzieć uciszała mnie mówiąc „nie teraz”, „gdy będziemy na miejscu”. Po kilku minutach dotarliśmy na niewielkie wzniesienie, na którym rosła wielka jabłoń. Z pagórka rozciągał się najpiękniejszy widok, jaki w życiu widziałem. Złote promienie zachodzącego Słońca przebijały się przez jesienne liście setek drzew rosnących na Akrach Słodkich Jabłek. Stałem jak wryty wpatrując się w to cudo stworzone przez naturę. Po chwili Lyra powiedziała:
-Wiedziałam, że ci się spodoba. Często przychodzimy tu z Bon Bon.
Lyra usiadła opierając o drzewo, po czym uderzyła kilka razy o ziemię kopytkiem
-Zapraszam. Nie ciągnęłam cię tu tyle drogi, żebyś tak stał. Wystarczy miejsca dla nas dwojga
-A nie zawisnę głową w dół?
-Zawiśniesz, jeśli nie usiądziesz. – gdy tylko usiadłem, Lyra wpatrując się w zachodzące Słońce powiedziała
-Niedługo po twojej niespodziewanej… wizycie spotkałam Applejack. Wyjaśniła mi wszystko. Powiedziała mi o Znaczkowej Lidze, która tak a nie inaczej odebrała twoje poszukiwania, Pinkie Pie i Rarity, które nie pytając o zdanie przygotowały kolację w restauracji oraz o tym jak przyczyniła się do tego… nieporozumienia. Shylitude, przepraszam. Bon Bon mnie ostrzegała, a mimo to uwierzyłam w to wszystko. Jak mogłam im zaufać?
- Znaczkowej Lidze? To tylko dzieci – sam nie wiem, dlaczego ich broniłem
-Nie, nie Lidze. Im wszystkim. Jak myślisz, dlaczego unikam większości mieszkańców miasta?   
-Nie mam pojęcia. Jestem tu nowy. – Lyra spojrzała na mnie
-I naiwny. Też taka byłam, ale szybko nauczyłam się jak jest naprawdę. Nie ufaj nikomu. Wszyscy w tym mieście mają swoje drugie oblicze. Weźmy taką Rarity. Przyjaciółki powiedzą o niej, że jest bardzo romantyczna i wrażliwa, ale nikt nie zliczy ile rodzin ucierpiało przez jej chore, urojone historie o romansach. Swoją drogą wiesz, że „coś cię łączy” z Twilight? A Fluttershy coś do ciebie czuje i jest bardzo zazdrosna?
-Przecież jestem tu… A cała reszta nic z tym nie robi?
-Przywykły do jej „bujnej wyobraźni”. Większość mieszkańców ją ignoruje. Nie dziwi cię to, że tak atrakcyjna klacz jest sama? Żaden ogier nie chce zadawać się z taką plotkarą. A propo Fluttershy. Czy wiesz, dlaczego mieszka poza miasteczkiem? Nie dlatego, że chciała być bliżej natury. Gdy miejscowi dowiedzieli się o „pegazie z lękiem wysokości” jej życie zamieniło się w koszmar. Zniszczyli ją, dobili psychicznie. Innymi słowy, witaj w Ponyville.
Nie mogłem uwierzyć w jej słowa. Ponyville wydawało się być oazą spokoju, miejscem, w którym zawsze chciałem mieszkać. Ale to?
-Skoro nikomu nie ufasz to, dlaczego rozmawiasz ze mną? I dlaczego ot tak uwierzyłaś w wersję Applejack?
-Fluttershy potwierdziła słowa Applejack, a Applejack, Fluttershy i Twilight to jedyne kucyki w tym mieście, na których można polegać. Dla jasności, tobie też nie ufam, ale wydajesz się być inny. I bardzo tajemniczy. Nie wiesz skąd jesteś, nie masz znaczka, ale mimo to masz talent do magii. Kim ty właściwie jesteś? – spojrzała na mnie podejrzliwie
-Wiem tylko tyle, że uratowałaś mi życie. W szpitalu poznałem swoje imię, a u Twilight nauczyłem się kilku czarów. To wszystko.
-Wiele przed tobą. Shylitude, dziękuję, że się za mną wstawiłeś. To było bardzo miłe. I wiele dla mnie znaczy. Nikt nigdy czegoś takiego nie zrobił. Nie dla mnie, ale chyba muszę już iść. – zaskoczyła mnie ta nagła zmiana zachowania
-Nie mogłem znieść tych porównań. Miałem ochotę dać w pysk każdemu, kto wygaduje takie rzeczy.
-Myślisz, że to by pomogło? Tylko pogorszyłbyś i tak złą sytuację.
-Masz rację. Lyra. Zostań. Muszę to w końcu powiedzieć. Dziękuję za uratowanie mi życia. Tobie i Bon Bon. Gdyby nie wy już bym… - jednocześnie spojrzeliśmy sobie w oczy
Wpatrywaliśmy się w siebie przez dłuższą chwilę. Miałem wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Akwamarynowa klacz wiedziała jak wiele dla mnie zrobiła, ale chyba dopiero teraz to do niej dotarło. Słońce już prawie zaszło. Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Temperatura powoli spadała, jesienny chłód zaczął dawać się we znaki. 
-Shy… wiem – Odwróciła głowę wpatrując się przed siebie. - I rozumiem ile to dla ciebie znaczy. Robi się zimno.
-Usiądźmy bliżej siebie, będzie nam cieplej – powiedziałem odruchowo. Klacz bez słowa przysunęła się bliżej i przytuliła. Poczułem ciepło jej ciała, zapach perfum. Po chwili spojrzała na mnie uśmiechnięta mówiąc:
-Ej, sprytny jesteś. No dobrze zostaniemy chwilę. Ale jeśli się przeziębię…
-Wiem, będę wisiał głową w dół.
-Nie to miałam na myśli, ale skoro chcesz… 
-A co miałaś na myśli?
-Nie ważne. Chciałeś pooglądać gwiazdy, prawda?
-To też, ale nie to miałem na myśli.
-A co takiego?
-Nie ważne. – postanowiłem zmienić temat chcąc wybrnąć z tej sytuacji
-Piękny widok – spojrzałem na chwilę przed siebie by znów spojrzeć jej w oczy
-Gwiazdy? – zapytała uśmiechnięta
-Między innymi
-Ach tak?
-Miałem na myśli Akry Słodkich Jabłek
-Osz ty… Jabłek? Proszę bardzo – używając magii zatrzęsła kilkoma gałęziami, z drzewa spadło mi na głowę kilka dorodnych owoców Jedno z nich nadziało mi się na róg, na co Lyra zareagowała śmiechem, ale po chwili zamilkła. Nieudolnie zdjąłem owoc z rogu. Oboje skierowaliśmy wzrok na siebie. Temperatura spadała, ale atmosfera robiła się coraz gorętsza. Powoli gubiłem się w jej oszałamiającym, głębokim spojrzeniu. Miałem ochotę ją pocałować. Powoli zbliżyłem się do niej, ale spotkało mnie rozczarowanie. 
-Hej, nie tak szybko. Co powiesz na to?
Lyra używając magii uniosła dużą kupę liści i zrzuciła mi ją na głowę. Po chwili korzystając z magii rzucaliśmy w siebie liśćmi niczym małe dzieci. I tak też się czuliśmy. Jedno było pewne. Cokolwiek się stało poprzedniego, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Udało mi się – wybaczyła mi. Mógłbym tam zostać do rana, ale coś nie dawało mi spokoju. Musiałem zadać to pytanie teraz, bo nie wiedziałem gdzie obudzę się następnego ranka.
-Poddaję się, poddaję się! – powiedziałem wygrzebując się z niewielkiej lawiny liści, którą zrzuciła na mnie roześmiana i zarumieniona klacz:
-Lyra, czy mogę zadać ci osobiste pytanie? – spojrzała na mnie podekscytowana:
-To zależy jak bardzo osobiste, ale uprzedzam – nie rozpędzaj się za bardzo. To nie randka.
-Dlaczego kucyki traktują cię tak, a nie inaczej? – entuzjazm opadł, Lyra zamyśliła się i spojrzała w niebo
-To długa historia. Nie zrozumiałbyś
-Zaryzykuj, kto wie, czym cię jeszcze zaskoczę – natychmiast utkwiła we mnie swój wzrok
-Shy, od lat nie bawiłam się tak dobrze jak dzisiaj. Proszę. Nie psuj tego. Dlaczego chcesz to wiedzieć? – ponownie usiedliśmy pod jabłonią
-Gdy tylko opuściłem szpital postanowiłem podziękować kucykom, które mnie znalazły. W trakcie poszukiwań dowiedziałem się wielu rzeczy. O Bon Bon mówiono w samych superlatywach. Gdy pytałem o Lyrę kazano mi ciebie unikać, nikt ciebie nie znał, nazywano cię Lyriatką.
-Może mają rację? – odpowiedziała patrząc się na wprost – Shy… a co mi tam. Jeśli nie powiem ci tego ja, to zrobi to jakiś „przyjaciel” przekręcając połowę, a drugą zmyślając. Mają mnie za szaloną, ponieważ od dziecka mam nietypowe zainteresowania.
-I to przez nie mają cię za…
-Śmiało, powiedz to - Lyriatkę. Tak.
-Nie rozumiem, co może być złego w posiadaniu zainteresowań. – mogłem jej powiedzieć tak wiele, ale nie chciałem. Nie teraz
-Nie w moich. To co mnie interesuje jest uznawane za tabu. Jest gorsze niż czarna magia. Czy mówi ci coś słowo antropologia?
-Obiło mi się o uszy. Kiedyś – studiowałem ten przedmiot gdy byłem człowiekiem
-Przeglądałeś moje notatki? Jak mogłeś… - opuściła głowę, twarz jej posmutniała
-Czy mógłbym przejrzeć cokolwiek w kilka sekund? Upadłem na podłogę z hukiem. Poza tym nie mógłbym ci tego zrobić.
-Niby dlaczego? – odpowiedziała niepewnym głosem
-Uratowałaś mi życie. Pamiętaj o tym. A po dzisiejszym spotkaniu wiem, że jesteś inna niż mówią: wspaniała, urocza, zabawna, masz cudowny śmiech, piękne oczy, używasz fantastycznych perfum, ślicznie się rumienisz i jesteś przeurocza, gdy próbujesz udawać złość. – Lyra milczała, ale po chwili odpowiedziała niepewnym głosem.
-Naprawdę tak myślisz?
-Tak
Spojrzała do góry. Zrobiłem to samo. Wpatrywaliśmy się bez słowa w niebo usłane gwiazdami, gdy nagle:
-Spadająca gwiazda, pomyśl życzenie! – powiedziała klacz
Pomyślałem o czymś bardzo miłym, czymś, czego bardzo pragnąłem…
-Myślisz, że się spełni? – zapytałem chcąc wznowić rozmowę
-A czego sobie życzyłeś? – nie mógłbym jej tego powiedzieć
-Powiem ci, gdy się spełni. Zrobisz to samo?
-Hmm… no dobrze. Ale dopiero, gdy się spełni. Shylitude nie obraź się, chciałabym jeszcze zostać, ale zmarzłam na kość a poza tym muszę nad czymś popracować.
-Rozumiem. Może mógłbym cię, chociaż odprowadzić?
-Spróbował byś tego nie zrobić – odpowiedziała szturchając mnie kopytkiem. – Aha, wiesz o tym, że jesteśmy umówieni? Będę jutro po dziesiątej. Porozmawiamy o antropologii.
-Nie mogę się doczekać. To co? Wracamy? Bez pośpiechu?
-Shy, a czy ktoś nas goni? – odpowiedziała uśmiechnięta
Gdy wracaliśmy miasteczko było już puste. Dopiero teraz mogliśmy docenić jego urok. Szliśmy bardzo blisko siebie. Tak jak chciałem, bez pośpiechu. Nikt nie wpatrywał się w nas jak w grupę odmieńców, nie wymyślał plotek, nie obmawiał za plecami. Niestety dom akwamarynowej klaczy był coraz bliżej. Po chwili zatrzymaliśmy się tuż przed wejściem i przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie. 
-Lyra?
-Tak, Shy?
-Czy po dzisiejszym spotkaniu mi wybaczyłaś? – klacz uśmiechnęła się i spojrzała na mnie
-Może tak… ale chyba nie do końca – odpowiedziała spoglądając mi w oczy
-A na ile?
-Na tyle by dać ci całusa na dobranoc – zbliżyła się powoli i delikatnie pocałowała mnie w policzek. – No dobrze a teraz sio. Zobaczymy się jutro.
Skierowałem się w stronę biblioteki, ale nie usłyszałem odgłosu zamykających się drzwi wejściowych domu Bon Bon. Odwróciłem się i powiedziałem do zarumienionej klaczy spoglądającej na mnie w progu.
-Lyra?
-Tak Shy?
-Moje życzenie się spełniło.
Akwamarynowa klacz podeszła do mnie, wpatrując mi się prosto w oczy.
-Moje również.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Rozdział 4 Dzień Serc i Podków

http://tinyurl.com/bfcgwun
 
Siedziałem na pagórku pod wielką jabłonią i wpatrywałem się w niebo usłane gwiazdami. Czekałem tylko na nią, aż zjawi się, usiądzie obok i przytuli do mnie. Niczego nie pragnąłem bardziej niż kolejnej chwili spędzonej z nią. Po chwili usłyszałem za sobą kroki. Ktoś zbliżał się powoli i niepewnie. Odwróciłem głowę i ujrzałem zarumienionego, uśmiechniętego pegaza o maślanym umaszczeniu.
-Fluttershy? – spojrzała mi w oczy z każdą chwilą rumieniąc się coraz bardziej.
Nagle poczułem delikatne ukłucie, a scena rozpłynęła się. To był sen… Gdy tylko otworzyłem oczy ujrzałem Spike’a, siedzącego obok mnie, który wyszeptał:
-Psst… Shy, na pewno zapomniałeś, więc proszę. Zawsze możesz odmówić.
Rozejrzałem się po bibliotece. Było bardzo wcześnie. Pierwsze promienie Słońca przebijały się przez magicznie naprawione szyby okien tworząc długie cienie. Mały smok podsunął mi pod nos prostokątną, rozkładaną kartkę, która przypominała ziemską walentynkę. Kolorem odpowiadała umaszczeniu Twilight. Na górze znajdowały się dwie podkowy: biała oraz różowa, a pod spodem czerwone serduszko. Sama kartka miała fioletową obwódkę. Poczułem się dziwnie. Bardzo dziwnie. Postanowiłem zmienić temat.
-Eeem… Dzięki Spike– używając magii położyłem ją obok siebie - O! Widzę i słyszę, że uzębienie w porządku - odpowiedziałem wpatrując się w oślepiający blask wschodzącego Słońca wpadającego przez okno. Wolałem to niż spojrzenie małego smoka, który przyniósł mi kartkę. Walentynki wręczają sobie nawzajem zakochani! Ale żeby Skok kucykowi?
-Zęby w porządku, ale swoje wycierpiałem. Chwila! Chyba nie pomyślałeś, że… PLASK! – Spike z całej siły uderzył się łapą w czoło - Z kim ja muszę mieszkać? – zapytał sam siebie.
–Posłuchaj no. Dziś jest Dzień Serc i Podków, o którym oczywiście zapomniałeś. Ta kartka jest dla Twilight. Od ciebie. Powiedz mi, co mam na niej napisać – dopiero teraz zauważyłem, że obok niego stoi niewielki kałamarz z atramentem i piórem
-Czyście wszyscy powariowali? – powiedziałem stanowczym, ale przyciszonym głosem – jeśli będę chciał coś napisać do Twi, to sam to zrobię, dobrze? Żadnego swatania nie będzie.
- Chciałbyś, co? Nie musisz wyznawać jej uczuć. Tu w Ponyville prawie każdy wręcza sobie kucykowe kartki. To taka tradycja. No to jak będzie? Podyktujesz? – wyjął pióro, otrząchnął nadmiar atramentu i spojrzał na mnie w oczekiwaniu na odpowiedź.
-Wybacz Spike, za bardzo zależy mi na Lyrze – smok odłożył pióro i usiadł bliżej mnie
-I to mnie martwi. – mówiąc to wskazał palcem prawej łapy
W tym momencie z sypialni wyszła zaspana Twilight. Jej grzywa była rozczochrana, uszy oklapnięte a głowa opuszczona. Szła przez bibliotekę powoli, mijając nas rzuciła jakby od niechcenia:
-Cześć chłopaki – i skierowała się do łazienki. Spike kontynuował:
-Widzisz? Od czasu, gdy się tu przenieśliśmy z Canterlotu, co roku tego dnia Twilight chodzi przygnębiona. Nic nie mówi, ale chciałaby dostać kartkę od kucyka, który mówi więcej niż „a nie” i „a no”.
-Mówiłem ci już, że za bardzo zależy mi na Lyrze – mówiąc to nie byłem tego taki pewien, przemawiał przeze mnie mój upór a nie rozsądek. 
-Shylitude… To tylko kartka. Zrób jej tą przyjemność. Nawet Babunia Smith ma kogoś wyjątkowego. Twilight ma przyjaciółki, ale jest osamotniona - Spike mówił niemal błagalnym tonem
Tym bardziej nie chciałem jej nic wręczać. Sam, jako człowiek dostałem kiedyś taką „przyjacielską” walentynkę. Poczułem się jak ktoś gorszy, ktoś, komu trzeba wysłać kartkę, bo nikt inny na świecie tego nie zrobi. Człowiek gorszej kategorii. Intencje słuszne, ale to tylko pogarsza sprawę. Jednak z drugiej strony, byłby to znakomity sposób na podziękowanie za to wszystko, co dla mnie zrobiła. A zrobiła wiele. Po chwili namysłu przygotowałem się do użycia magii i powiedziałem:
-Daj mi to pióro Spike.
-Bez obrazy, ale ty nie potrafisz pisać. To wyjątkowo trudna magia, wymaga ogromnej precyzji. No chyba, że chcesz wiedzieć jak wygląda pismo ziemnych kucyków… albo nie. Nie chcesz.
-Pomyśl. Co ją bardziej ucieszy? MOJE bazgroły czy twoja kaligrafia. – zrezygnowany smok tylko machnął łapą
Uśmiechnąłem się i wymyśliłem proste zdanie, które z pewnością ucieszy Twilight. Skupiłem się, mój róg zabłysł. Pióro uniosło się w powietrze, dotknęło kartki. Zacząłem pisać pierwsze słowa… Spike miał rację. To było potwornie trudne. Czułem się jak człowiek, który ma podpisać się wkładem w rękawicach bokserskich. Efekt końcowy był niezbyt imponujący, ale na szczęście czytelny. Dla lekarza. Gigantyczne kleksy dodawały uroku dowodząc zaangażowania i włożonego wysiłku. Zamknąłem kartkę, na co Spike zareagował jak poparzony:
-Jeszcze nie! 
-Co nie? – czego chciał tym razem?
-Otwórz i zobacz sam… - odpowiedział z grobową miną
-Ups. – Ledwie czytelny napis rozmazał się i odbił na drugiej stronie.
Nagle z łazienki dobiegł śpiew lawendowej klaczy:
-„Jestem Te do Wu I eL I Ge Ha Te i żaden kucyk w śpiewaniu nie po-ko-na mnie! Jestem TWILIGHT!”
Spojrzałem zszokowany na Spike’a, a ten machnął tylko łapą i powiedział:
-Przyzwyczaj się. Jak bardzo nie była by smutna zawsze to śpiewa. To… i tylko to. Mimo, że ma wszystkie tomy Encyklopedii pieśni imprezowych, żałobnych – wymieniając je zaczął liczyć na palcach- ludowych, rytualnych, kołysanek, plemiennych, smoczych, ogólno - okolicznościowych i Celestia wie, jakich jeszcze. A wracając do ciebie. To już oficjalne. Pod względem ekhm, czytelności przebiłeś Applejack. A to wielkie osiągnięcie. Zawsze możesz powiedzieć, że narysowałeś jej… eee test psychologiczny? – zabrał mi kartkę i zaczął obracać w różne strony, po czym powiedział – O! Ja tu widzę grzywę Pinkie Pie. A ty?
–Smoka z poparzonym dupskiem…   
-Dobra, dobra. Widzę, że twoje poczucie humoru jeszcze śpi. Sprawdzę pocztę. Aha. Weź kąpiel. Bez obrazy, ale śmierdzisz koniem. – powąchałem się pod pachą….
Smok miał rację. Nie zanurzyłem się w wodzie od czasu wyjścia ze szpitala. Musiałem poczekać na swoją kolej.  Asystent numer jeden po wyjściu na zewnątrz podszedł do drewnianej, nieco przechylonej na bok skrzynki na listy, włożył łapę do środka, wyciągnął kilka kartek, po czym powiedział:
-Oho, w tym roku przyszło: raz, dwa… trzy? Aż trzy kartki z okazji Dnia Serc i Podków! Chwila, ta trzecia to list. Dziwne, bez podpisu – mały smok spojrzał w niebo - O! Hej Rainbow! Masz chwilkę?
Wyjrzałem przez okno. Tęczowy pegaz rozbijał chmury kopytami jakby ćwiczył na nich ciosy karate.  Sprawiało jej to mnóstwo satysfakcji. Po chwili klacz zrobiła w powietrzu kilka piruetów i wylądowała tuż obok małego smoka.
-Siema. O co chodzi Spike? – gdy tylko zbliżałem się do asystenta Twilight i pegaza, ta zaczęła wciągać powietrze nosem i rozglądać wokół siebie. Zrobiło mi się głupio.
-Czy mogłabyś zafundować naszemu nowemu koledze zimny prysznic? – wskazał palcem na mnie - Twilight zajęła łazienkę. Sama rozumiesz… -Rainbow wciągnęła powietrze jeszcze kilka razy, pomachała kopytkiem przed nosem, po czym powiedziała z niesmakiem w głosie:
-Uuu… faktycznie, sprawa nie cierpiąca zwłoki. – Nadstawiła uszu – Spike, Twilight nadal to śpiewa?
Faktycznie, do naszych uszu ciągle dobiegała ta sama piosenka wieńczona głośnym „jestem TWILIGHT!”. Kucyki, które miały bibliotekę ze zdziwieniem odwracały głowę w kierunku szeroko otwartych drzwi. Rainbow spojrzała na mnie i powiedziała:
-Shy, to dla mnie żaden problem, ale nie myśl sobie, że jestem latającą myjnią. Następnym razem będziesz musiał uprzedzić Twi. Swoją drogą Twilight jeszcze nigdy tak głośno nie… śpiewała.
 Spike podrapał się po podbródku, po czym odpowiedział:
-Racja. Ostatnio dziwnie się zachowuje, ale zajmijmy się teraz naszym aromatycznym przyjacielem. 
Tęczowa klacz uniosła się w górę, chwyciła jedną z chmur, ustawiła ją nade mną, po czym delikatnie kopnęła. Unoszący się nad moją głową obłok zmienił kolor z białego na ciemny. Popłynęła z niego lodowato zimna woda. Gdy Rainbow unosiła się w powietrzu niemal w bezruchu pogwizdując, Spike wbiegł do biblioteki. Po chwili usłyszeliśmy krzyk Twilight – „Jestem… Spike! Wyjdź… jak to pożyczasz? Co słychać na ulicy?”. Po chwili mały smok wrócił przemoknięty i zadyszany trzymając w jednej łapie mydło, w drugiej szczotkę z dość długą rączką.
-Załatwiłem ci mydło i szczotkę narażając się na karę. Doceń to i porządnie wyszoruj zadek.
Używając magii zabrałem się za doprowadzenie się do porządku.
-Rarity byś namydlił tymi zwinnymi łapkami, co Spike? Nie wspominając już o masażu – powiedziała zalotnym głosem Rainbow, ale ten milczał – A właśnie, musimy się spotkać tam gdzie zawsze. Po ostatnim upadku trzeba mi rozmasować kilka mięśni.
-Jesteś masażystą? Twilight o tym wie?
-Szoruj, co masz szorować! – odpowiedział zażenowany
Po chwili czułem się o wiele lepiej, ale każdy powiew wiatru przyprawiał mnie o dreszcze. Spike chyba nie myślał, że będę tak stał aż wyschnę? Na szczęście moje wątpliwości szybko rozwiała – dosłownie – Rainbow. Rozbiła chmurę unoszącą się nad moją głową, po czym zaczęła latać w kółko tak szybko dopóki nie wytworzyła niewielkiego tornado. Przez chwilę byłem pewien, że siła wiatru rzuci mną o ścianę biblioteki, ale po kilku sekundach byłem całkowicie suchy, cały i zdrowy. Niestety po tym zabiegu miałem grzywę w stylu Pinkie Pie – każdy włos w inną stronę. Pożegnaliśmy się z Rainbow i wróciliśmy do biblioteki. Spike śmiejąc się z mojego nowego stylu wbiegł do sypialni Twilight i przyniósł mi niewielkie lustro oraz grzebień.
-No dobra, zrób coś z tym… czymś na głowie a ja posprzątam w bibliotece. Fluttershy byłaby zachwycona. W tej szopie mógłbyś… hodować ptaka – i padł na ziemię głośno rechocząc. Po chwili podniósł się, otarł łzy i chwycił miotłę. Aha. Ani słowa o mojej pracy na boku.
-To jak ty to wszystko ogarniasz? Biblioteka, listy no i te… ekhm masaże.
-Ech… następny. Pewnego dnia znalazłem książkę, poradnik dla jednorożców o „magicznych masażach”, czy jakoś tak. Pomyślałem, że mogę wykorzystać do tego moje łapy. W końcu to tylko uciskanie konkretnych partii mięśni. To był strzał w dziesiątkę! – odpowiedział uradowany - Masuję kucyki, które mi za to płacą. I tak… Twilight wie. – ostatnie zdanie Spike powiedział dość niepewnie, jakby coś ukrywał
-Dziwnie to powiedziałeś. Chyba niczego nie ukrywasz? Twilight to toleruje?
-Tak, ale dowiedziała się o masażach w… po co ja ci to mówię… dość dziwny sposób. W wielkim skrócie. Pewnego dnia przyłapała mnie jak masowałem Derpie. Chcąc poznać szczegóły popytała w okolicy i co? Dowiedziała się, że obsłużyłem wszystkie jej przyjaciółki. Nie wspominając o trójkącie pomiędzy mną, Applejack i Rainbow Dash. I mówię o masażach!
-No dobra… co w tym złego? To tylko masaż?
-To, że miała na myśli coś bardzo intymnego. Miała mnie za jakiegoś alfonsa. Dobra, biblioteka sama się nie wysprząta.  
W czasie, gdy asystent numer jeden zamiatał bibliotekę ja nieudolnie próbowałem zrobić cokolwiek z poplątanymi włosami. Zaczynałem zastanawiać się, dlaczego obudziłem się z taką, a nie inną fryzurą skoro na Ziemi przez całe życie miałem krótkie włosy. Po około dziesięciu minutach bezowocnych prób dałem sobie spokój. Cóż… chodzenie, magia, czesanie. Czego jeszcze nie umiałem? W pewnym momencie drzwi łazienki otworzyły się. Wychodząca z niej Twilight - idealna jak zawsze - początkowo była wściekła i najwidoczniej chciała ukarać Spike’a, ale gdy tylko ujrzała mnie od razu parsknęła śmiechem. 
-Co ty masz na głowie?  - Spike odpowiedział błyskawicznie
-Zajęłaś łazienkę, a Shylitude nalegał na szybki prysznic. Rainbow rozbijała w pobliżu chmury, więc mu pomogła. – odłożył miotłę i podszedł do stołu, na którym leżały kartki z okazji dnia Serc i Podków
-No tak, tęczo-suszarka. Wiem coś o tym. Nie ruszaj się. Podeszła bliżej – jej róg zaświecił się na lawendowo, a moją grzywę otoczyła fioletowa chmura. Poczułem jak włosy przemieszczają się w różne strony. Nie mogłem nie unikać jej spojrzenia. Stała pół metra ode mnie. Co chwilę spoglądaliśmy sobie w oczy uśmiechając się. Po chwili wszystko było tak jak dawniej.  Zawstydzona klacz powiedziała po cichu „na przyszłość używaj grzebienia”. Znudzony smok postanowił się wtrącić.
-Poczta przyszła… o ile was to interesuje. – Twilight odwróciła głowę w jego stronę i podeszła do stolika.
-Jak zwykle dwie? Aha, zaraz wracam. – Teleportowała się i po chwili stała obok mnie unosząc przed sobą kartkę.
-Shy, to… dla ciebie – korzystając z magii przejąłem od niej walentynkę. Była to jasnozielona pocztówka z nadrukiem przypominającym „chropowatą” okładkę książki. W środku znalazłem krótki, gotowy napis: „Jesteś moją lekturą obowiązkową” (cóż za oryginalność), oraz odręczny, staranny dopisek: „ Dla Shylitude -  Twilight”. Lawendowa klacz od razu wyjaśniła sprawę:
-To prezent, żebyś nie czuł się taki wyalienowany. W końcu jesteś tu nowy. To znaczy, miałam na myśli sam, że nikt cię nie… ech żebyś nie czuł się osamotniony. Tak jak ja się czułam gdy tu zamieszkałam… - Spike, po raz kolejny postanowił wytłumaczyć zawiłe tłumaczenia klaczy w najprostszy możliwy sposób.
-Shy, po prostu – to taka koleżeńska kartka na poprawę humoru. W Canterlocie wysyła się takie największym desperatom, którzy nie mają szans na otrzymanie prawdziwego wyznania.
CHLAST! Twilight uderzyła Spike’a ogonem tak mocno, że przypominało to smagnięcie biczem. Gdy tylko uświadomiła sobie o sile uderzenia przytuliła go i zaczęła przepraszać. Tracący oddech smok zdołał wydusić z siebie jedynie „nic… mi… nie jest”.  Korzystając z magii przyciągnąłem swoją walentynkę leżącą tuż obok niedźwiedziego posłania. Udało mi się, ale przy okazji spadło na nas kilka książek. Wręczyłem niewyraźnie podpisany kartonik Twilight, która doszła do porozumienia ze swoim pomocnikiem. Otworzyła go i przeczytała na głos:
-„Dziękuję za pomoc, za opiekę… za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Dziękuję za to, że jesteś. Dla Twilight - Shylitude”. Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony. – odpowiedziała uśmiechnięta – Sprawdźmy pozostałe.  Spike, otwieraj.
Smok zasalutował, chwycił pierwszą lepszą kartkę, spojrzał na nadruk, po czym bez namysłu oddał ją Twilight mówiąc:
-Dla ciebie, od Big Maca – asekuracyjnie stanął za mną, aby uniknąć kolejnego uderzenia ogonem – czy ona się nad nim znęcała?
-Skąd ta pewność? Już raz Applebloom wysłała ci dla żartów anonim od „cichej wielbicielki”. Pół dnia sterczałeś pod fontanną. W deszczu. Dwa tygodnie miałeś zapalenie płuc, 60 stopni gorączki i kaszlałeś ogniem…
-Twilight – spojrzał na opiekunkę z politowaniem - Tylko Big Mac wysyła pocztówkę z wielkim jabłkiem i podpisem „Powiedz Ano!” – Klacz milczała.
Drugi kartonik był kremowo biały z czerwoną obwódką i diamentowym, czerwonym sercem na środku. Spike otworzył ją bez wahania, przeczytał notkę i powiedział:
-Dla mnie, od Rarity… - powąchał, po czym upadł jakby perfumy, których użyła klacz zawierały dawkę środka usypiającego zdolną powalić samego Discorda. 
Gdy Spike czule tuląc walentynkę nie reagował na prośby opiekunki, Twilight korzystając z magii otworzyła tajemniczą kopertę. O dziwo w środku znajdowała się jeszcze jedna kartka z okazji dnia serc i podków. Oglądaliśmy ją we dwoje. Po chwili dołączył do nas Spike, który najwidoczniej miał dość perfum Rarity (o ile w jego przypadku to w ogóle możliwe). Tak jak pozostałe była prostokątna, „waniliowo biała”, z żółtą obwódką i motylem na środku. Jego skrzydła złożone były z dwóch błękitnych serc.  Tuż po otworzeniu walentynki zauważyliśmy niewielką dziurę w wewnętrznej stronie oraz podpis „Dla Shy…”
-To pewnie od Lyry. Tylko, po co dziurawiłaby kartkę? Z drugiej strony, można się po niej spodziewać absolutnie wszystkiego, prawda? Twilight?
Lawendowa klacz nie odpowiedziała. Odłożyła kartkę na stół i uniosła kopertę. Zajrzała do środka, wciągnęła głośno powietrz i powiedziała sama do siebie „o nie, nie, nie… tylko nie to”. Używając magii delikatnie wyciągnęła ze środka niewielkie pióro. Spojrzała na mnie i dodała:
- Shylitude. To pióro pegaza. Młode. Wiesz, co to oznacza? – klacz miała zmartwioną minę, piórko nadal unosiło się delikatnie w powietrzu otoczone lawendową łuną. 
-Tak. Pegaz podarował mi je, jako znak przyjaźni czy coś w tym stylu. To miłe z jego… jej strony. Kimkolwiek by nie był. – Twilight stała jak zamurowana. Jej kamienna mina i zamknięte do połowy oczy mówiły mi, że moją odpowiedź należało umieścić w katalogu pomiędzy głupimi, a idiotycznymi.
 - Twi, ty też dostałaś pióro. Od Rainbow – Spike spojrzał na mnie z politowaniem i pokręcił głową. Pięknie. Po raz kolejny wszyscy przeciwko mnie. Twilight przełamała się i starała wytłumaczyć kwestię piór:
- No właśnie, od Rainbow. Mojej przyjaciółki. Od klaczy dla klaczy. Mówiąc krótko – przyjaźń na zawsze. Jednak, gdy klacz wręcza pióro ogierowi to zmienia postać rzeczy. Coś więcej niż przyjaźń: poświęcenie, oddanie, wierność… miłość. Na zawsze. Pegazy nie robią tego ot tak. Muszą być pewne swojej decyzji.  
-A jeśli to pióro kurczaka? Żart? Nie będę sterczał pod fontanną tak jak Spike – brałem pod uwagę każdą możliwość.
-Nie. Ten kształt jest charakterystyczny dla pegazów. Poza tym spójrz na TO – podsunęła mi kopertę pod same oczy. Dopiero teraz to ujrzałem – błotnisty ślad króliczej łapki odciśnięty na kopercie.
– Już wiesz, kto ją wysłał? Podpowiem. Która maślana klacz - pegazka mieszka z królikiem i jest tak nieśmiała, że wstydziła się podpisać?
-Fluttershy… – odpowiedziałem sam sobie łamiącym się, nerwowym głosem.
Rozsądek podpowiadał mi, że to niemożliwe, ale serce tak bardzo pragnęło, aby to była ona. Ale dlaczego? Dlaczego tego chciałem? Może to te sny… Byłem w kropce. Z jednej strony Lyra. Wspólne zainteresowania, zakręcona wariatka, jedyna w swoim rodzaju. Ktoś, kto uratował mi życie. Ciekawe jak by zareagowała na to, że nie jestem kucykiem. Jak by to przyjęła? A może powinienem to ukrywać?  Dziwiło mnie też to, że nie potrafiłem dostrzec tego, co ona widziała. Ponyville nie było takie złe, jak mówiła. Może żyłem w jakimś transie uniemożliwiającym dostrzeżenie mrocznej strony miasteczka? A może to ona wmawiała sobie i innym te rzeczy? Co jeśli zasłużyła na tytuł Lyriatki?
A co z Fluttershy? Od spotkania w parku coraz częściej o niej myślę. Wyobrażam sobie jak powinienem przeprowadzić tą „rozmowę”. Obiecuję sobie, że ją odwiedzę, ale się wstydzę. Teraz mam dobry powód. Otrzymałem od niej coś wyjątkowego. Piórko pegaza. Jak mógłbym jej odmówić? Ale na spotkaniu z Lyrą musiałem dokonać wyboru pomiędzy nią a Fluttershy i… Twilight. Mogłem wmawiać sobie, co chciałem, ale między mną a Twi iskrzyło. Od początku naszej znajomości spoglądaliśmy na siebie „w ten wyjątkowy sposób”. Teraz pojawiało się coraz częściej. A ja nie chciałem unikać tego spojrzenia. Obserwowałem jej pracę i czułem się obserwowany. A gdy odwracałem głowę w jej kierunku widziałem jak speszona i zarumieniona spogląda w innym kierunku. Z dnia na dzień wpadałem w coraz głębsze bagno… Lyra, urzekła mnie swoim uporem i siłą ducha. Fluttershy delikatnością. Twilight… wszystkim. Myślałem, że życie kucyka jest proste a tym czasem musiałem zranić uczucia dwóch klaczy. Ja… człowiek, zakochany w kucyku. Czy zatraciłem swoje człowieczeństwo na dobre?
-Haaaalo, jest tam kto? – Twilight machała mi przed oczyma kopytkiem
-Co… a tak. O co chodzi? – zamyśliłem się do tego stopnia, że straciłem kontakt z rzeczywistością
-Pytałam, co zamierzasz z tym zrobić? – sam chciałbym znać odpowiedź…
-Nie martw się, coś wymyślę. Nie z takich opresji wychodziłem!
-Shylitude!  Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać! Fluttershy to najbardziej wrażliwa istota, jaką kiedykolwiek widziałam. Jeśli ten list i podarunek są faktycznie od niej… Ech… Czeka cię trudna rozmowa.
-Ale już jestem umów… – ugryzłem się w język
-Z Lyrą, tak? Posłuchaj. Do tej pory nie chciałam się wtrącać, ale niestety muszę. Zrobisz, co uważasz za stosowne, ale błagam. – położyła mi kopytko na ramieniu i spojrzała prosto w oczy… czy chciała coś tym ugrać? Jeśli tak to była na dobrej drodze - Bądź ostrożny. Nie wiem, dlaczego, ale nie bez powodu wszyscy jej unikają. Tobie też radzę to zrobić. Unikaj jej. Po prostu… martwię się o ciebie.
-Wiesz ile razy to słyszałem? – zepchnąłem jej kopytko z dużą siłą z mego ramienia
-O jeden raz za mało? Shy, proszę… - powiedziała, delikatnym błagalnym tonem, ale jej przerwałem
-Jesteś po prostu o mnie zazdrosna! Żal ci, że od kilku lat interesuje się tobą jedynie przygłupi Big Mac. Gdy pojawiłem się w mieście pomyślałaś, że może coś z tego będzie. Podpowiedź. Nie, NIE BĘDZIE!  Nigdy! – nie zdążyłem wypowiedzieć ostatniego słowa, a widząc jej reakcję już żałowałem. Stała jak wryta. Chciałem podejść do niej i przeprosić za swoją głupotę. Ale było już za późno. Łamiącym się głosem odpowiedziała:
-Będziesz pasował do Lyry. Stworzycie idealną… parę - po jej policzku popłynęły łzy.  Klacz odwróciła się powoli, opuściła głowę i odeszła na górę, w stronę swojej sypialni.
-Twilight. Nie chciałem tego powiedzieć!
-Ale miałeś to na myśli – odpowiedziała tuż przy swoim pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Spike ze stoickim spokojem podszedł do mnie i powiedział:
-Shylitude. Czy mógłbyś opuścić głowę niżej? Powiem ci coś w sekrecie. O Twilight. Przyda ci się na przyszłość – wykonałem jego prośbę. Moja twarz znalazła się na wysokości jego łba.
-NIKT NIE TRAKTUJE TWILIGHT W TEN SPOSÓB!– po czym zdzielił mnie w pysk z taką siłą, że upadłem na bok – Następnym razem potraktuję cię jak na smoka przystało. Ogniem! 
Asystent numer jeden masując łapę poszedł na górę do swojej opiekunki, aby spróbować, choć trochę poprawić jej humor. Ruszyłem w jego stronę, ale ten grożąc pięścią dał mi znać, że to zły pomysł. Poza tym zbliżała się dziesiąta. Godzina spotkania z Lyrą. Godzina decyzji. Decyzji, której nie chciałem podejmować.
***Nieco później***
Idąc pod wielką jabłoń starałem się dokonać wyboru. Analizowałem wszelkie za i przeciw. Na kim mi bardziej zależało? A może po prostu uciec, biegnąc przed siebie? Może znajdę inny dom? Myślałem też o swoim dawnym życiu. Dlaczego nie mam już przebłysków, ludzkich snów ani nic związanego z dawnym życiem? Urodziłem się, jako człowiek, miałem rodzinę, tyle planów, a teraz wszystko szlag trafił. Zestarzeję się, jako pokraka, dziwaczna, osamotniona istota.
Próbowałem pocieszać się pierwszymi małymi sukcesami. Nauczyłem się chodzić, czytać, czarować, ale teraz czekał mnie skok na głęboką wodę. Musiałem podjąć pierwszą tak ważną decyzję. Po dotarciu na miejsce usiadłem pod jabłonią i czekałem. Smutny, przygnębiony, przerażony. Marzyłem o przebłysku. Chciałbym spróbować wstać i powiedzieć „uff, to był tylko sen”. Nagle z błękitnego nieba zaczął padać ulewny deszcz, a obok mnie w ziemię uderzyło kilka niewielkich błyskawic. Uniosłem łeb do góry i ujrzałem Rainbow Dash, która wściekle kopała chmurę burzową znajdującą się nad moją głową. 
-Rainbow, oszalałaś? Co ty robisz? – pytałem cały przemoczony
-Skoro piorun odebrał ci rozum, to może kolejny ci go przywróci! – Błyskawica trafiła mnie w ramię. Uderzenie było bolesne, ale niegroźne. Może gdybym oberwał mocniej…
-Tylko na to cię stać Rainbow Crash? – Rainbow zacisnęła zęby ze złości i kopnęła chmurę, piorun uderzył w gałąź drzewa łamiąc ją. Ta upadła obok mnie
-Mogła bym – kopnęła chmurę z całej siły. Grom rozniósł się po całej okolicy, prawdziwa błyskawica uderzyła kilka metrów obok mnie wybijając w ziemi dziurę. – Mogła bym. Ale nie chcę!
-Ale ja chcę! Uderz! Poraź mnie tak mocno jak tylko potrafisz. I zniknę z tego przeklętego miejsca raz na zawsze! – dlaczego od razu na to nie wpadłem? Wystarczy porażenie piorunem. Rainbow była w szoku.
-CO? Ranisz uczucia moich najlepszych przyjaciółek, pogrywasz sobie z nimi, spotykając się z tą… a nie ważne! . I jeszcze prosisz mnie, żebym poraziła cię prądem? Ostrzegam. Uważaj na swoją ukochaną Lyrę. Idź stąd. Daj sobie spokój póki możesz. Nie jesteś pierwszy, ani ostatni na jej liście– rozbiła chmurę, odleciała mówiąc do siebie „przygłup”.
„Na jej liście…” Nie wiedziałem, komu mam ufać. Z jednej strony kucyki nie ufały Lyrze, ze względu na jej zainteresowania, które były tematem tabu. Wyróżniała się spośród innych. Nie chciała przyjaźni z każdym napotkanym kucykiem. Przez te wszystkie lata tak wiele wycierpiała. Ale może to inni mieli rację? Może faktycznie była niebezpieczna? Siedziałem tam, mokry, przemarznięty, pogrążony w myślach aż w końcu usłyszałem za sobą kroki. Początkowo pewne, ale po chwili kucyk się za trzymał i do mnie podbiegł. To była Lyra z torbą wiszącą na boku. Spojrzała na mnie zmartwiona, usiadła tuż obok mnie.
-Shy! – obejrzała mnie dokładnie -  Spike powiedział mi, że już wyszedłeś. Co się u licha stało? Dlaczego jesteś przemoknięty? Kto ci to zrobił? Poczekaj – róg zalśnił, otoczyła mnie łuna ciepła. Po chwili byłem suchy, czułem się o wiele lepiej. Twoje oko… - powiedziała zmartwionym głosem
-Spike mi przyłożył, bo powiedziałem kilka paskudnych rzeczy Twilight. – myślami wróciłem do tej rozmowy.
-A może powiedziałeś prawdę? – kopytkiem dotknęła mojego ramienia
-Powiedziałem, że od lat otrzymuje walentynki jedynie od przygłupiego Big Maca. I bardzo tego żałuję. Chciałbym to jakoś odwrócić. – Lyra spojrzała na mnie i powiedziała bardzo miłym tonem
-Shy… po raz pierwszy usłyszała prawdę. A to boli, ale z czasem można do tego przywyknąć. Ja jestem Lyriatką, ty Shybusem. – spojrzałem na nią – Zdziwiony? Po incydencie w bibliotece masz nowe imię. Przyzwyczaj się do niego.
-Spróbuję. Aha i dziękuję za wysuszenie. Lyra, skoro znasz takie zaklęcie to, dlaczego nie użyłaś go poprzednio? No wiesz, gdy powiedziałaś, że jest ci zimno? Moglibyśmy się ogrzać – klacz spojrzała na mnie zalotnym uśmiechem
-Owszem. Mogłam, ale znam lepsze sposoby na ogrzanie. Spodobają ci się – wtuliła się we mnie, ułożyła swoją głowę na moim ramieniu. Siedzieliśmy razem, wtuleni w siebie ogrzewając się nawzajem – Widzisz? Nie potrzeba magii by ocieplić atmosferę. Aha i mam coś dla ciebie.
Lyra wyjęła ze swojej torby pozłacaną lirę. Korzystając z magii uniosła instrument w powietrze i zaczęła grać nieznaną, ale przepiękną melodię. Zamknęła oczy i całkowicie skupiła się na grze. Wprowadziła ona nas w niesamowity, mistyczny, fantastyczny nastrój. Dzięki jej muzyce czas stanął w miejscu. Byłem tylko ja, ona i świat, który stworzyła jej muzyka. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że nie czuję się z tym komfortowo. Kocham muzykę, bardziej niż książki i opiekę nad zwierzętami. Lyra, ta jedyna? Czy aby na pewno? Jeszcze wczoraj zapomniałbym dla niej o całym świecie, ale dziś miałem zbyt wiele wątpliwości.
-Lyra… - myśli przychodziły mi łatwiej od słów
-Chcesz mi coś powiedzieć? – natychmiast przestała grać i spojrzała mi prosto w oczy
-Zależy mi na tobie. I to bardzo, ale… - rzuciła mi się w ramiona i pocałowała. Długo i namiętnie. Chciałem wyjaśnić moje wątpliwości, ale ten pocałunek rozwiał wszelkie wątpliwości. Dokonałem wyboru. Położyliśmy się obok siebie, wpatrzeni w siebie. Lyra uniosła lirę, która lewitowała nad nami i zaczęła grać:
-Zapamiętaj, to będzie nasza melodia. Nasze miejsce. Shy, wybacz, ale muszę cię o to zapytać. Czy moje zainteresowania nie będą ci przeszkadzać? – i romantyczną atmosferę szlag trafił…
-Nie. Nigdy nie przeszkadzały i nigdy nie będą przeszkadzać.
-A co wiesz o antropologii? – pytała ciągle grając.
-Cóż, to nauka o istotach zwanych ludźmi. Słyszałem, że byli w Equestrii przed kucykami i wymyślili niektóre przedmioty. Ale osobiście w to nie wierzę. – Lyra zrobiła wielkie oczy i szarpnęła jedną ze strun zbyt mocno, instrument upadł na ziemię
-Ale są na to dowody. Wszędzie! Weźmy taką klamkę. Po co kucykowi okrągła klamka? Człowiek, istota mająca dłonie może ją otworzyć. Kucyk nie. – musiałem się wtrącić
-Lyra, aniołku… czy jakiekolwiek drzwi w Ponyville mają zamek? Otwierają się w obie strony, wystarczy popchnąć, więc klamka to element dekoracyjny. Kształt nie ma znaczenia.
-A łopata? – kontynuowała – jest potwornie niewygodna dla kucyka, ale dla człowieka jak najbardziej. A ławka z oparciem? Na Equestrię, po co komu oparcie? Jako jedyna siedzę tak jak powinno się to robić i co? Uważają mnie za wariata! Mało? Młotek, schody, śrubokręt, żelazko, patelnia, świnie… po co kucyki hodują świnie? – tego było zbyt wiele… mózg mi parował
-Pewnie masz rację. Zajmujesz się tym od lat. – chciałem wrócić do poprzedniej atmosfery
-Shy… Ja, Lyra, jednorożec mogę grać na lirze. Ale jak miałby to robić kucyk ziemny? Językiem? Pegaz mógłby spróbować skrzydeł, ale pogubiłby pióra. A gitara, flet, skrzypce? I to coś, czego używa Vinyl Scratch? Tylko jednorożec obsłuży te wszystkie pokrętła i guziczki. Po co kucyk miałby projektować coś tak dziwacznego? – muszę przyznać, że miało to sens
-A naczynia? Kufel od cydru… tylko ja potrafię chwycić go nie korzystając z magii! I dlaczego ma takie małe ucho? I te widelce… – przerwać słowotok, przerwać słowotok…
-Vinyl Scratch? Ta DJka? Lyra! Chętnie bym wypróbował to urządzenie. – Klacz spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem, ale po chwili dodała
-Innym bym odmówiła, ale dla ciebie zrobię wyjątek, da się załatwić. Znam ją bardzo dobrze. Podobno ma kilka takich na sprzedaż, może odstąpi ci jeden komplet za rozsądną cenę? – chyba ją kocham…
-To było by… wspaniałe. Coś takiego na własność – rozmarzyłem się…
-No dobrze, Shy… Ale co wiesz o ludziach? Proszę, powiedz mi. – położyła się na brzuchu, głowę podparła przednimi kopytkami i  spojrzała mi prosto w oczy.
-No cóż, z tego, co wiem to tak jak kucyki żyli w dużych miastach, domach, rodzinach. Wyznawali różne religie, żyli w różnych kulturach. Mniej lub bardziej prymitywnych. Nie używali magii, nie potrafili latać. Nie byli też tak kolorowi jak my. Używali wielu rodzajów pojazdów. Na przykład pociągów, ale i latających machin zwanych samolotami. Mieli też swoje złe strony: bitwy, wojny… – Lyra słuchała mnie z fascynacją
-Niesamowite! A dłonie? Skąd się biorą? Proszę, powiedz, że wiesz!
-Podobno to cecha wrodzona. Tak jak skrzydła u pegaza. Wybacz, ale to wszystko, co wiem na tem…
Nagle usłyszeliśmy za nami biegnącego kucyka. Oboje wstaliśmy błyskawicznie, odwróciliśmy się i ujrzeliśmy zdyszaną Bon Bon trzymającą w zębach moją torbę, z którą trafiłem tutaj, do Ponyville!  Klacz zamachnęła się z całej siły i rzuciła ją w naszą stronę. Po chwili krzyknęła:
-Lyra! Mam tego dość! Nie pozwolę ci skrzywdzić kolejnego kucyka! – Lyra podeszła powoli, spojrzała mi w oczy i powiedziała uwodzicielskim głosem
-Shy, kochanie. Ona chce nas rozdzielić. Nie może sobie wybaczyć, że wybrałeś mnie. Kucyki zawsze wybierały ją, a teraz pojawiłeś się ty. I pokochałeś mnie. Ze wzajemnością. Nie pozwól, aby nas rozdzielono. Tak dzielnie walczyłeś o moje uczucia…
-Shylitude. Nie było, nie ma i nie będzie żadnych uczuć! – odpowiedziała Bon Bon – przez cały czas cię okłamywała!
-Bon Bon! Ty gnido! Mieliśmy umowę! – ryknęła Lyra i cisnęła w nią falą uderzeniową, która przewróciła klacz. Jej róg zaświecił się ponownie. Odruchowo stworzyłem magiczną tarczę i odbiłem zaklęcie, które uderzyło tuż obok Lyry. Błyskawicznie cisnąłem podobnym zaklęciem w kogoś, kogo przed chwilą uważałem za najbliższą osobę w moim nowym życiu. Siła uderzenia była tak wielka, że klacz stoczyła się z górki i uniosła w powietrze falę liści. Oszołomiony jednorożec powoli wstawał na cztery kopyta. Kierowała mną złość, chęć zemsty, ale powstrzymałem się pamiętając jej słowa: „pogorszyłbyś sytuację”. 
Teleportowałem się w stronę Bon Bon, błyskawicznie przyciągnąłem swoją torbę i złapałem ją w zęby. Uścisnąłem obolałą ziemną klacz i pomyślałem o miejscu, w którym wściekła, poobijana Lyra na pewno nas nie znajdzie. O Big Macu i jego farmie. Wylądowaliśmy w stodole, na Akrach Słodkich Jabłek dwa metry od kucyka, który wyładowywał jabłka z ciągniętej przez siebie przyczepki. Gdy nas zobaczył krzyknął tylko „anooooosz kur….!” i wybiegł na zewnątrz gubiąc owoce z przyczepki, która podskakiwała jak szalona.
Bon Bon podnosząc się z ziemi spojrzała na mnie i zirytowana zapytała:
-Co ty najlepszego wyrabiasz? – wyplułem torbę z ust i odpowiedziałem.
-Wybacz, ale to ja nie wiem, co tu się dzieje. Lyra opowiadała mi o tym, jakie złe i zepsute jest Ponyville. O jego mrocznej stronie, mieszkańcach, którzy tylko szukają okazji aby wbić sobie nóż w plecy.  Z drugiej strony widzę, że jest zupełnie inaczej. Później umawiała się ze mną. Czułem, że między nami coś jest. Ech… sama rozumiesz. A teraz widzę, że to jakaś gra. A ty bierzesz w niej udział.
-Shy, mogę ci powiedzieć, ale i tak nie uwierzysz. Przyjaźnię się z Lyrą od czasu, gdy pojawiła się w Ponyville. Nie miała gdzie mieszkać. Miałam pokój do wynajęcia, przygarnęłam ją. Zaprzyjaźniłyśmy się. A wracając do ciebie. Na początku myślałam, że Lyra chce się zemścić za twój „żart” z randką. Zgodziłam się bez wahania bo byłam wściekła. Uwierzyłam w jej oszustwa. Przy drugim spotkaniu wmówiła mi, że chodzi o wyjaśnienie sobie spraw między wami. Nie miałam nic przeciwko.  Ale dziś rano czytając jej notatki uświadomiłam sobie, co knuje. Nie mogłam na to pozwolić.
-Przykro mi, ale nadal nic nie rozumiem. - siedziałem ze spuszczoną głową
-Lyra interesuje się antropologią, człowiekami… czy jak im tam. Tak? A wiesz, dlaczego?
-To jej hobby. Tabu. To dlatego inni ją prześladują. – odpowiedziałem od niechcenia.
-Nie, Lyra tak jak ty pojawiła się w Ponyville znikąd. Pewnego dnia po prostu wyszła z lasu Everfree nie pamiętając jak tam trafiła. Nie znała swojego imienia, pochodzenia. Nic. Brzmi znajomo?
-Smutna historia - nagle dotarło do mnie…
-Nie umiesz kłamać. Lyra tak jak ty, jest człowiekiem, ale w przeciwieństwie do ciebie nie pamięta nic. Po przebudzeniu była pewna, że jest kucykiem. Gdy zaczęła się interesować antropologią pojawiły się pierwsze przebłyski. Z czasem uświadomiła sobie kim jest. Przez swoje maniakalne poszukiwania inne kucyki zaczęły jej unikać.
Bon Bon pogrzebała w mojej torbie i wyjęła małą karteczkę.
-Czytaj. W pośpiechu, w jej pracowni znalazłam tylko to. Lyra chowa swoje notatki.
Było to kilka pogniecionych kartek. Część zapisków była zamazana lub wyrwana. Na jednej z notatek był odcisk od kubka po gorącym napoju.
Obiekt badawczy #0 – Lyra Heartstrings – wynik pozytywny – nic nie pamiętam, ale na pewno jestem człowiekiem. Jestem pewna, że w Equestrii żyją ludzie, którzy trafili tu w nietypowych okolicznościach. Muszę ich odnaleźć. Być może pomogą mi odzyskać wspomnienia?
Obiekt badawczy #7– Jeff Letrowsky – wynik pozytywny – powiedział mi „spierdalaj”. Ciekawe co to znaczy?
Obiekt badawczy #10– Big Mac – wynik negatywny – to po prostu wyrośnięty przygłup
Obiekt badawczy # 14 – Vinyl Scratch – wynik pozytywny – fragmenty wspomnień – po latach bezowocnych poszukiwań znalazłam ją. Niestety myśli, że jest kucykiem. Nie pamięta nic ze swojego ludzkiego życia. Mimo to dzięki niej wiem, że w Manehattanie musi być kilka innych osób, bo właśnie od nich Vinyl kupiła swój sprzęt. Doszłam do wniosku, że jedyną ludzką pozostałością jest talent do muzyki
Obiekt badawczy #48 – Shylitude – wynik pozytywny – Nareszcie! Przełom! Poznałam kogoś wyjątkowego! Ma mnóstwo wspomnień, jest chodzącą encyklopedią. Posiada więcej informacji niż biblioteki Equestrii razem wzięte! Niestety nie powie mi nic ot tak. Muszę namówić Bon Bon, aby pomogła mi go uwieźć. To jedyny sposób. Rozkochany wyśpiewa wszystko. Skoro udało się z Big Mackiem to i z nim się uda. 
-Kto o nas wie? O ludziach? – zaczynałem o siebie bać.
-Tylko ja i Lyra. Twilight coś podejrzewa. Ale spokojnie. Jestem pewna, że jest was więcej. Shy… Przykro mi. Byłeś po prostu „obiektem badawczym numer 48” – Bon Bon sprawiała wrażenie jakby chciała schować się pod ziemię.
-Czym jest obiekt badawczy w jej chorym mniemaniu? – Lyra była Lyriatką. W pełni zasługiwała na ten tytuł.
-Lyra wierzy w istnienie ludzi tak? Myśli, że jest jednym z nich. Obiektem zero.  Jako pierwsza pojawiła się w Ponyville. Wmówiła sobie, że pochodzi od człowieka, ale w wyniku podróży straciła pamięć. Przedmioty należące do ludzi mogą przywrócić jej pamięć.  Niestety podczas „przejścia” nie miała przy sobie żadnych. Dopóki nie spotkała ciebie. 
-Żadnych przedmiotów, żadnych wspomnień. Myślała, że jeśli będzie rozmawiać ze mną i innymi to wrócą jej wspomnienia? – to wszystko zaczynało nabierać sensu
-Niestety, ale zawartość twojej torby, którą nawiasem mówiąc ukradła ci w szpitalu na niewiele się zdała. Wszystko uległo, jak to ona nazywa? Ponyfikacji. A właśnie. Dlaczego sam do niej nie zajrzysz?
Ciekawiło mnie jak będzie wyglądać pendrive, długopis, telefon komórkowy czy bilet MPK w wersji kucykowej. Powoli podszedłem do swojej torby. Gdy tylko na nią spojrzałem zaczęło mi się kręcić w głowie. Miałem wybór, odwrócić wzrok i pozostać w Ponyville czy zaryzykować i zajrzeć do środka? Ciekawość zwyciężyła. Używając magii otworzyłem ją, zajrzałem do środka i poczułem, że ogarniają mnie ciemności. Upadłem na ziemię. 
Rozdział 5 „Zwierciadła niebios…”