Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Kuźnia bohaterów

Witajcie! Moim celem było napisanie czegoś lekkiego oraz humorystycznego :) Oto fragment opowiadania, które z czasem będę dopieszczać. Nie ukrywam, że liczę na Wasze komentarze, które pomogą ulepszyć mój warsztat!

Deiro ścigał się z czasem. Pędził na złamanie karku przez podmokły bór. Przypominał nieco lamentującą niewiastę, biegnącą z rozchełstanym dekoltem za kochankiem, który ją porzucił. Krągłe piersi rytmicznie podskakiwały, gdy zawiązywał rzemień koszuli. Niewprawiony obserwator mógłby wziąć chłopaka za szczodrze obdarzoną piętnastolatkę, jednak basowy głos rozwiewał wszelkie wątpliwości.
- Kurwa!- ryknął, gdy niedbale przywiązany pas od miecza zsunął się z jego gaciami do kolan, by nieznacznie, ale skutecznie zachwiać solidną konstrukcją chłopaka. Czas na chwilę zamarł, powietrze zgęstniało. Ciało Deira leniwie parło ku przodowi przecinając atmosferę. Pucułowata twarz zmieniała wyraz niczym ciasto urabiane na stolnicy, by ostatecznie przybrać zatrwożoną minę i przyrżnąć z precyzją w sam środek omszałego głazu. Gdyby zawody w strzelaniu do tarczy zastąpić skokiem w dal na twarz, Deiro długo nie miałby sobie równych.
W myśl przysłowia „ co nagle, to po diable” chłopak jeszcze chwilę leżał w bezruchu. Promienie przelewały się przez nasiąknięte słońcem korony drzew. W końcu, gdy energiczne trele zięby ustąpiły melodyjnym gwizdom wilgi, Deiro ostrożnie obrócił się na plecy. Młodzian nie przywykł do wczesnego wstawania, toteż myśląc, że budzi się dziś po raz pierwszy rzucił światu obojętne spojrzenie i zamknął oczy. Gdy już usypiał, nieprzyjemne przeczucie, że o czymś zapomniał szarpało się z resztkami świadomości, by ostatecznie grzmotnąć z siłą kowalskiego młota.
- Kurwa mać!- i byłby się znów potknął w nagłym zrywie, ale szybko złapał równowagę, podciągnął spodnie i popędził z puchnącą, zaczerwienioną twarzą na skraj lasu. Tym razem kroki stawiał ostrożnie, gorliwie omijając korzenie i głazy...

Gromżyj i Parżuja cierpliwie czekali na ławce. Siedzieli okrakiem, do cna zaabsorbowani partyjką w czaturanga. Z minuty na minutę z planszy ubywało czarnych figurek- gnomka ogrywała przyjaciela. Krasnolud uniósł lewą brew. Była to jedyna dostrzegalna emocja na mocno zarośniętej twarzy.
- Nie pojmuję, dziecino. Jak twój słoń mógł zablokować mojego ministra?
- Nie umiesz przegrywać, Gromżyj- odparła z zawadiackim uśmieszkiem Parżuja.
- A ty znowu oszukujesz...co chwilę zmieniasz zasady gry!
Gnomka zachichotała. Jej bose stópki dyndały rytmicznie to w przód to w tył. Wyglądała jak figlarne dziecko przekomarzające się ze starszym bratem. Zdmuchując z twarzy czarne pukle poklejonych włosów przyglądała się planszy. Palce ubrudzonej rączki nerwowo tańczyły nad białym pionkiem. W końcu kąciki ust zadrgały w złowieszczym uśmiechu.
- Szach i mat!- pisnęła z zachwytu.
- Zołza jesteś! Tak się nie robi!- Gromżyj skrzyżował ręce na piersi i westchnął ciężko. Parżuja często kantowała. Nikt nie był jednak w stanie stwierdzić kiedy to robi.
- No już! Nadymasz się jak przeżarte kocię. A kto wczoraj wygrał równowartość naszych półrocznych zysków?
- No ty- przyznał niechętnie krasnolud- Ale to nie TY dostajesz w ryjo, gdy wstawieni klienci orientują się, że coś nie gra.
Prawda. Ogromny talent małej gnomki przysporzył jej oraz jej towarzyszowi sławy godnej nie byle jakich oprychów z Zahuku- krótko mówiąc „złej sławy”. W karczmach „ Pod nieboszczką”, „U Zycha”, czy „Przy jaglanym stole” wprowadzono zakaz wstępu wszystkim gnomom i krasnoludom, co spowodowało falę protestów Ligi Obrony Mniejszości. Tłumy maluczkich wyszły wówczas na ulice, żeby pić i skandować niebanalne hasła wyzwoleńcze, takie jak: „Krasnolud też człowiek!” albo „Czy jest mały, czy jest duży alkoholem się odurzy!”.
W końcu ktoś spośród zgiełku huknął tubalnym głosem: „ Jedna pijąca brać nie zna rasowych granic, psia mać!”. I tak hasło podłapały zebrane wokół jegomościa miejskie baby, przekazując słowa prawdy dalszym rzędom protestujących. Po chwili jeden z krasnoludowych minstreli przybrał sentencję w skoczną melodię. Któryś z bardów dorzucił nowy wers, elegancki gnom wyryczał na całe gardło następną linijkę, by ostatecznie wstawiony już, schludnie przystrzyżony krasnolud wybełkotał krótki „protest song”:

„Jedna pijąca brać, nie zna granic...ot...psia mać!
Hej, ho! Psubraty! Spirytus łykam na raty!
Jak się komu nie podoba, niechaj beczkę piwa poda!
Hej, ho! Basiu ma, kielich wina albo dwa!”

Tygiel maluczkich zaczął wirować. Protestujący łapali się za ręce lub klaskali. Mieszkańcy Zahuku wyglądali z okien, a nieliczni dołączali do zbiegowiska. Karczmarze, jeszcze parę dni wcześniej przeciwni mniejszościom, teraz zwęszyli okazję do zarobku. Zakasawszy rękawy biegali w tę i we w tę, rugając pomocnice za podpieranie ścian. Alkohole różnej barwy, od intensywnego karmelu po złocistą pszenicę, przelewano z gąsiorów do kubków i kufli. Protesty przerodziły się w biesiadę, która trwała do późnej nocy.
Prawdopodobnie entuzjazm zebranych wygasłby spokojnie niczym świeca, a mieszkańcy poszliby spać, gdyby nie pojawienie się zahukańskich bojówek. Ich członków, zwykle ludzi w wieku młodzieńczym, charakteryzował ogromny zapał do działania i brak jakiejkolwiek wyobraźni. W zwęszeniu sposobności do upuszczenia krwi byli lepsi od posokowców. Aż dziw, że łowcy nie oswoili ich dla własnych potrzeb. Młodzianie również przygotowali własne hasła. Gdy dźwięk lutni, bębenków i kozłów ucichł, z dachu pobliskiej karczmy zdawało się słyszeć: „Krasnoludy do budy!”, „ Nie chce matka gnomów stadka!”, „Jaguś, kocham cię!”. A potem się zaczęło.
Jeden z chuliganów zjechał z mansardowego dachu i runął wprost na przysadzistego mężczyznę. Ten pod wpływem upojenia alkoholowego wyciągnął krótki miecz i wymachiwał nim, krzycząc jak wariat. Dziewczęta zapiszczały, gdy stary gnom doskoczył z bułatem do młodego chłopaczka. Baby szarpały za ubrania kogo popadnie, a kilku bojówkarzy wynosiło z placu beczki z trunkami.
Chaos. Zamieszki, jakie wywołała z pozoru niewinna gra Parżui, trwały do rana. Na szczęście, nim atmosfera zgęstniała niczym dziegieć, gnomka i jej przyjaciel ulotnili się z miasta. Musieli zdeponować taczkę oszczędności, a jak wiadomo wszelkie błyskotki pozostawione w zahukańskim banku ulegały sprzeniewierzeniu. Jedynym wyjściem była krótka podróż do Brzdżycy- rodzinnego miasteczka Gromżyja. Tamtejszego skarbca pilnował nie kto inny jak sam Gromżyj Senior.
Teraz wystarczyło złapać jakiś powóz na głównym trakcie. Pech chciał, że nieczęsto jeżdżono z Zahuku na południe. Tak więc Gromżyj i Parżuja czekali...