Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Droga donikąd...

Kilka słów wstępu. Opowiadanie jest stosunkowo stare, widać to zarówno w stylu jak i po konstrukcji całości. Dlaczego więc zdecydowałem się je opublikować? Bo mam do niego ogromny sentyment. Byłem i nadal jestem z niego bardzo dumny, nawet pomimo faktu że nie jest doskonałe. Kilkukrotnie próbowałem je poprawiać, ale nie umiem. Może dzięki Wam uda się dodać mu ostatniego szlifu. Wrażeniami oczywiście dzielcie się w komentarzach. Pozdrawiam serdecznie.

Zauważyłem to już przy okazji poprzedniej publikacji, jak i u innych, że kopiując tutaj tekst, wszelki ślad po formatowaniu w magiczny sposób znika. Dlatego też nie przywiązujcie proszę większej uwagi do rozstrzelonych części tekstu, fruwających bękartów i sierot, albo wszelkich innych dziwnych przesunięć tekstu.

_____________

Pociąg do ciemności ruszył o świcie. Na wielkiej, położonej z dala od wielkomiejskiego ruchu stacji, wyczekiwali już pasażerowie. Sama stacja była niezwykle ogromna, wyłożona marmurem, usytuowana w samym środku dębowego lasu. Swoim rozmiarem przypominała bardziej centrum handlowe, z torami zamiast kolejnych miejsc parkingowych, poczekalnią w miejscu modnej cukierni i kolejnymi peronami, zamiast markowego ciucholandu, które w natłoku tych wszystkich liczb już dawno zgubiły właściwą numerację. Choć nikt nie wiedział o istnieniu tajemniczej stacji, to każdy, mając swój powód, podświadomie znajdywał drogę, choć może bardziej to ona sama go znajdywała. Stacja ta, oprócz tego, że była wielka, wyróżniała się jeszcze pod innymi względami. Nie było, na przykład, kas biletowych. Nie było konduktorów, maszynisty. Nie było nawet nieodłącznej pani, co raz na jakiś czas oznajmia nam przez megafon, że coś tam się na stacji dzieje. Nikt jednak nigdy nie wiem co, bo w harmonii napływających zewsząd hałasów, nigdy nic nie słychać. Oprócz tego nie było również biletów, ale za to droga tylko w jedną stronę…
Musiała to być najdziwniejsza stacja na świecie, a już na pewno magiczna.
Kiedy cały czarny i długi na kilkadziesiąt metrów pociąg wjechał na stację, wszyscy wyczekujący bez oporu wsiedli do niego. Jedni z bagażami i wielkimi torbami, drudzy z walizeczkami, czy też stylowym neseserkiem, a jeszcze inni zupełnie bez niczego. Wsiadali nadzwyczaj spokojnie i bez zbędnego pośpiechu. Kiedy wszedł już ostatni pasażer drzwi pociągu zamknęły się z ogromnym trzaskiem. Mniej więcej z takim: CIACH! Chociaż nie, to brzmiało bardziej jak: BACH! Hmm, a może to było: TRACH! W każdym bądź razie drzwi zahałasowały bardzo głośno.
Choć pociąg był długi na kilkadziesiąt metrów, to składał się ledwie z trzech wagonów, który każdy mieścił po siedem obszernych przedziałów. Każdy przystosowany do wygodnej i bezpiecznej podróży. Zawierał łóżka polowe, odpowiednio dobrane i dopasowane do każdego z pasażerów. Wyjść naprzeciw oczekiwaniom klienta, oto główna dewiza.
Nim nastał świt, pociąg z dymem i buchnięciem donośnej syreny ruszył z tajemniczej stacji, która zaraz potem zniknęła wśród dębowych lasów. Pociąg gnał szybko, mimo to nie trzęsło za bardzo. Z powodu tak dużej prędkości nawet przez okna patrzeć się nie dało, bowiem cały krajobraz zlewał się, aby później zniknąć całkowicie. W oknie widać było tylko ciemność.

*

Mannoriusz siedział w przedziale sam. Był wysokim i chudym brunetem z nad wyraz dużym nosem. Ubrany w czarne sztruksy i T-shirt z nadrukowaną na środku wielką, białą, ludzką czaszką. Na owłosionych rękach widniały okazałe tatuaże, z kolei na przegubie ręki, stary i zabytkowy zegarek. Na nogach zaś miał czarne glany.
On także wsiadł do tego pociągu na owej, dziwnej i magicznej stacji. Jak ją odnalazł i skąd o niej wiedział, do teraz nie może sobie przypomnieć. Po prostu, szedł i szedł, potem skręcił z dwa razy, postąpił kilkadziesiąt kroków naprzód i wylądował w lesie, gdzie idąc cały czas prosto, znalazł się w końcu na dziwnej stacji. Potem przyjechał pociąg, a on nie wiedzieć czemu wsiadł i postanowił dojechać do końca. Po prostu…

*

Po godzinie pociąg stanął na stacji podobnej do tej, na której wsiadł Mannoriusz. Choć była nieco mniejsza, niczym się nie różniła od poprzedniej. Była równie dziwna i magiczna. Na niej również wsiadło sporo pasażerów. Jednak ci, w odróżnieniu od swoich poprzedników, pchali się niemiłosiernie i niecierpliwili na wejście do pociągu. Kiedy weszli już wszyscy, pociąg ruszył nabierając coraz większej prędkości. Jestem prawie przekonany, że zamykające się drzwi pociągu tym razem zabrzmiały: BUM!
Do przedziału Mannoriusza zawitała pewna staruszka w poobdzieranej i poplamionej spódnicy.
- Wolne? – zapytała cichym i ciepłym głosem.
- Proszę… - burknął Mannoriusz
Staruszka oprócz postrzępionej spódnicy miała na sobie mocno zmechacony sweter. Włosy, białe, w kok uczesane i zniszczone paznokcie. Babcia zaraz po tym jak schowała swoje dość obszerne bagaże, usadowiła się naprzeciw Mannoriusza. Przez chwilę spoglądała w okno. Za nim zaś ciemność. Później natomiast zagadnęła do współtowarzysza podróży.
- Długo już pan jedzie? I bez bagaży? W taką podróż? – pytała, mocno zatroskana.
- Jakoś tak… nie wiem. Nie wiem co powiedzieć. Nie mam bagaży i już. A pani po co one? – odpowiedział dalej w gniewnym tonie.
- Po co mi bagaże? Ach chłopcze! Nie wiesz jak ja kocham rodzinę… - mówiła dalej ciepło i miło babcia, lecz z dziwnym błyskiem w oku. – Lubię nosić bagaże i rodzinę blisko serca. Zawsze o nich myślę i lubię ich mieć przy sobie.
Mannoriusz coraz uważniej wpatrywał się w babcię. Mówiła bowiem teraz bardzo dziwnie, jakby nosiła w tych bagażach jakieś pamiątki, czy inne rzeczy, przypominające jej rodzinę. Nie zastanawiał się nad tym dłużej, lecz babcia dalej chciała kontynuować dziwną rozmowę.
- Jadłeś coś chłopcze? W ogóle to jak masz na imię, bo ja jestem babcia Zeerefilia. To jak, głodny? – pytała dalej.
- Nazywam się Mannoriusz i chętnie bym coś zjadł – mówił już nieco obniżonym i spokojniejszym głosem.
Babcia Zeerefilia podała swojemu rozmówcy kanapkę w sreberku, a zaraz potem termos z plastikowym, jednorazowym kubeczkiem. Kanapka była z kotletem mielonym i pomidorami, natomiast w termosie była, ciepła jeszcze, herbata. Po konsumpcji staruszka dalej pytała Mannoriusza.
- Dlaczego znajdujesz się w tym pociągu? Bo nie trzeba kupować biletów co? Ja tam i tak wole PKSy, a Ty?
- Nie wiem dlaczego tu jestem i nie wiem co wolę, nie wiem też czego chcę i pragnę. Nic nie wiem. Nie wiem też jak żyć, pracować… Ja, ja nic nie pamiętam – Mannoriusz w dziwny sposób gubił słowa i myśli.
- Spokojnie chłopcze. Dopiero dorastasz i pewnie się jeszcze uczysz co? A gdzie? Pewnie w liceum, albo może już na studia chodzisz co? Albo wiem! Zapewne skończyłeś naukę i nie możesz dostać pracy i mieszkania. – pytała dalej staruszka, która widocznie zainteresowała się osobą Mannoriusza.
- Nie… To znaczy, powinienem teraz chodzić do liceum, ale…, pani, to znaczy, babcia Zeerefilia wie jak to jest. Narkotyki, papierosy, alkohol, złe towarzystwo. Wszyscy mi to powtarzają. Wszyscy dookoła. Już się słuchać ich nie dało. Dlatego opuściłem szkołę i uciekłem z domu. Dlatego też chyba teraz siedzę w tym pociągu, ale nie jestem pewien. Nie wiem, po prostu nie pamiętam – kontynuował, teraz już trochę rozdrażniony.
Babcia słuchała go bardzo uważnie, a długimi na, co najmniej, 5 centymetrów paznokciami, wystukiwała o kolano bliżej nieokreślony rytm. Tym razem już nic nie powiedziała, a Mannoriusz głowę przekręcił w bok, spoglądając w ciemność za oknem. Po dłuższej chwili jednak staruszka znowu się odezwała:
- Zaraz kolejny przystanek. Wysiądź! Wysiądź nim będzie za późno. Poznaj życie, naucz się z niego korzystać, a już zawsze będziesz wszystkiego pewien. Posłuchaj starej Zeerefili. Posłuchaj tej, która jest pewna… - Babcia tym razem mówiła głośno i dość szorstko, a jej słowa brzmiały bardziej jak groźby niż ostrzeżenia.
Mannoriusz ponownie spojrzał w okno, jednocześnie w myślach analizując słowa staruszki. Nie wiedział dlaczego wsiadł do pociągu i nie wiedział też dlaczego ma z niego wysiąść. Nic nie wiedział i niczego nie był pewien. Wszystko jest takie niestabilne. Czego by się tylko nie złapał, najpierw pochłania go całkowicie, a później zdradza i odrzuca. Teraz nie może nikomu już ufać. Dlaczego miałby w takim razie zaufać staruszce? Dlaczego właśnie jej?
Pociąg zwolnił nagle, a ciemność za oknem powoli zmieniała się w kolejną magiczną stację. Kolejne marmurowe dziwadło z nowymi podróżnymi. Oni również wsiedli, po czym pociąg ruszył dalej w trasę, a stacja za oknem ponownie zmieniła się w ciemność. Mannoriuszowi wydawała się ona tak ciemna, jak nigdy w życiu.
Po chwili do przedziału zawitał jakiś przygrubawy dżentelmen z melonikiem na głowie i skórzanymi butami na nogach. Ubrany w elegancki garnitur i gustowny, pasujący do całości, krawat. Nie pytając się o zgodę wszedł do przedziału i usadowił się w niewielkiej odległości od staruszki. Był bez żadnych bagaży. Staruszka zaś, zostawiając swoje walizki, przysiadła się do Mannoriusza.
- Może jeszcze herbatki? – spytała, znów tym samym milutkim i ciepłym głosem.
Babcia zachowywała się tak, jakby nie pamiętała zdarzeń sprzed kilku chwil.
„Może to jakaś choroba, czy coś, w jej wieku to w końcu możliwe”. – myślał sobie Mannoriusz, którego oprócz staruszki zaniepokoił również dziwny jegomość. Jakoś nie miał odwagi go zaczepić, a z jego oczu błyskały gniew i nienawiść. Dobrze znał te uczucia. Aż za często oddawał się ich woli.
- To jak, może jednak po kubeczku? – pytała dalej rozochocona staruszka.
- Tak, poproszę – odpowiedział Mannoriusz dość nieoczekiwanie, wyrwany z zamyślenia.
Babcia nalała mu herbatki, po czym zwróciła się w stronę nowego gościa.
- Może pan też chce herbatki?
- Jestem Biggi i powinnaś kobieto wiedzieć, że Biggi pije tylko whisky. I to z lodem – szczeknął jak buldog uwiązany na łańcuchu.
Staruszka popatrzała na niego zdziwiona i ponownie skierowała wzrok w stronę Mannoriusza.
- To musimy napić się sami! – stwierdziła dalej z ciepłem w głosie.
Zaraz potem nalała sobie do kubeczka herbaty i dolała jeszcze Mannoriuszowi. Następnie w ciszy i spokoju wypili herbatę wpatrując się raz to w okno i ciemność za nim, a raz w przygrubego dżentelmena w meloniku siedzącego prawie naprzeciw nich. Kiedy skończyli, staruszka wróciła na swoje miejsce i do swoich bagaży. Mannoriusz natomiast dalej wpatrywał się w grubego Biggiego.

*

Na następnej stacji wsiadło o wiele mniej podróżnych niż zwykle. Stacja była doskonale oświetlona, choć bardzo malutka, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi. Kiedy pociąg ruszył, do przedziału Mannoriusza wsiadł kolejny pasażer. Jakiś młodzieniec ze stylową, czarną i krzaczastą bródką. Usiadł zaraz koło Mannoriusza, szturchając go przy tym w ramię. Po chwili ręce założył za głowę i oparł się o siedzenie. Zamknął oczy i wydawało się, że odpłynął w krainę snu. Nikt, prócz Mannoriusza, nie zwrócił na niego większej uwagi. Pasażer jak każdy inny. Mannoriusz jednak czuł w nim jakiś dziwny chłód i dużą pewność siebie, co wprawiło go to w lekki niepokój.
Pociąg w jednej chwili mocno przyspieszył, co potrząsnęło nieco wszystkimi wagonami po kolei. Jechał teraz ze zdwojoną szybkością. Podczas kiedy pociąg sunął jak szalony, Mannoriusz poczuł dziwny ucisk w głowie. W jednym momencie przypomniał sobie prawie wszystko. Jak się tu znalazł, jak odnalazł stację i co robił przedtem… Nie wiedział tylko dokąd jedzie ten pociąg! Im bardziej próbował się skupić, tym coraz mocniejszy ucisk czuł w swojej głowie. I kiedy już myślał, że uda mu się odzyskać brakujące fragmenty pamięci, w drzwiach przedziału pojawił się malutki chłopiec z pokrwawionym nożem w ręku.
- Szukam mamusi! Czy ją widzieliście? – zapytał płaczliwym głosem chłopiec.
W przedziale nastała chwila ciszy. Chłopiec postąpił nieśmiało do przodu, zamknął drzwi przedziału i zlizując krew z noża powiedział już całkiem męskim głosem, z widocznym zadowoleniem w powiększających się oczach.
- Oczywiście, że nie… BO JĄ ZABIŁEM! – krzyczał w przedziale, wymachując pokrwawionym nożem.
Na jego krzyki zareagował nawet gruby Biggi, przekręcając głowę w jego stronę, a człowiek z krzaczastą brodą obudził się, by zbadać źródło hałasu. Nagle chłopiec schował nóż za plecy, usiadł pomiędzy babcią Zeerefilią, a dżentelmenem w meloniku i przybierając minę niewiniątka zapytał cichutkim głosikiem:
- Dokąd jedzie ten pociąg? Jestem taki samotny.
- Ten pociąg jedzie do piekła – mówiła z uśmieszkiem na twarzy staruszka.
- A dlaczego babciu jedziesz tym pociągiem? Bo do piekła idą tylko źli ludzie, co zrobiłaś? – wciąż mówił nieśmiałym i przestraszonym tonem.
- Ja kochałam tylko swoją rodzinę – prawie łkała staruszka. – Ale mnie zdradzili, chcieli oddać do domu starców, zdradzili mnie! – krzyczała, nie ukrywając emocji.
- Ale ja, ja im wybaczyłam… - skończyła, sięgając po walizkę bagażową.
Otworzyła ją i pokazała wszystkim. W środku znajdowało się sześć obszernych woreczków. Każdy z nich miał inną karteczkę z imieniem. Zaś w samych woreczkach były przemielone szczątki członków rodziny staruszki. Mannoriusz teraz już wiedział, co babcia miała na myśli mówiąc, że chce mieć rodzinę blisko siebie.
- Złe, bardzo złe, babciu. S-e-t-h m-ó-w-i że: odpadasz! Siedź gdzie siedzisz starucho, to odpowiednie miejsce dla ciebie – mówił chłopiec męskim, ochrypniętym głosem.
Prowadząc jakąś zabawę, odwrócił się teraz do grubego Biggiego. Nożem udając mikrofon zapytał.
- A ty? Kogo przemieliłeś? – pytał z wyszczerzonymi oczami i wielką rozkoszą.
- Ja, Biggi, jestem szefem wielkiej mafii, handlującej bronią i narkotykami. Sterroryzowałem kilkadziesiąt miast, zabiłem tysiące ludzi i otrułem, swoją kiepską mieszanką kokainy, drugie tyle – szczekał jeszcze głośniej.
- Uuu, źle robiłeś! Krzyż na plecy i przez wieś! ODPADASZ! – złowrogi śmiech chłopca niósł się po całym przedziale.
Następnie mały Seth skierował swe oczy na człowieka z krzaczastą brodą. Podskakując i śmiejąc się cały czas podszedł do mężczyzny.
- A co ty, kochasiu, nawyrabiałeś? Bo ja zarżnąłem swoją matkę. Dziwka z niej była! – mówił nie mogąc kontrolować już chorobliwego śmiechu.
Wszystko to, co wydarzyło się przed chwilą, mocno wstrząsnęło Mannoriuszem. Spokojna i miła babcia okazała się sadystyczną zabójczynią, a on przecież wcale nie tak dawno pił z nią herbatkę, jak gdyby nigdy nic. Potem wzrokiem zmierzył grubasa, siedzącego prawie zaraz koło staruszki. Choć wyczuwał w nim złość i wrogość, to nie spodziewał się, że jest tym, kim jest. Szef mafii. A ten chłopiec? Nie dość, że napawał go zarówno wstrętem, strachem jak i odrazą, to jeszcze to jego zachowanie. Nie potrafił przewidzieć co się wydarzy za moment. Sytuacja stanowczo wymknęła się spod kontroli. Przez chwilę nawet przemknęła mu myśl, gdzie on się zjawił. Wśród seryjnych morderców? Nie po to tutaj wsiadł. Teraz bardzo dobrze to pamiętał.
W momencie, kiedy mały Seth, bawiąc się w pseudo wywiad, podszedł do człowieka z krzaczastą brodą, pociąg po raz kolejny stanął na dziwacznej stacji. Mannoriusz podświadomie przeczuwał, że podróż powoli dobiega końca. Okazało się, że ów człowiek jest informatykiem, który nie dość, że hakował komputery najważniejszych administracji rządowych i publicznych, wyrządzając tym niewyobrażalne straty pieniężne, to jeszcze, przy pomocy swojego laptopa, detonował ładunki wybuchowe w najbardziej tłocznych miejscach w kraju. Był takim samym fanatykiem, jak mały chłopczyk.
- Dobrze, dobrze! Niech cierpią! – skwitował Seth, zadzierając nos do góry i skacząc z radości. – Niech się dzieje źle, bo malutki Seth tego chce!
Chłopiec kątek oka spojrzał na Mannoriusza. Nie widział w jego oczach ani zaciętości, ani krwi, czy bólu. Widział za to spokój i czystość serca. Choć go to mocno zaintrygowało, wiedział, że popsuje sobie świetną zabawę. Fatygując się jednak, odwrócił głowę i przytykając sobie swój pokrwawiony nóż do warg, wymamrotał:
- A co kulfon przeskrobał, że zaszczycił nasz pociąg donikąd…? – gdy mówił, wyciągając i leniwie przeciągając sylaby, jego oczy tym razem zapłonęły żywym ogniem.
Przedział nagle zawirował. Stał się mniej ostry, przybierając bardziej pastelowych kolorów. Chłopiec z kolei przewracając głowę na obie strony, czekał na swoją odpowiedz. Coraz mniej przypominał on jednak chłopca. Twarz stawała się bardziej pociągła, wargi spuchły, twarz zapłonęła, a uszy sczerniały całkowicie. Pokazały się dotąd skrzętnie skrywane różki, wyrastające zaraz nad łukami brwiowymi. Nos nieznacznie zaostrzył się, wprawiając twarz w niezwykle piekielny grymas.
„No właśnie! Co ja takiego właściwie złego zrobiłem? Ani nikogo nie poćwiartowałem, ani nie zabiłem, czy nawet otrułem. Wysadzać budynków, też nie wysadzałem. Ja po prostu uciekłem od wszystkich tych, których uważałem za złych. Lecz teraz, kiedy poznałem zło… Prawdziwe zło, jego wysłanników i skutki, czy dobrze zrobiłem? Tego, gdybym nawet chciał, nigdy w życiu już nie cofnę. A chciałbym! Chciałbym, jak nigdy niczego w życiu. Poświęciłbym wszystko” – myślał nieustannie, odrywając się od rzeczywistości Mannoriusz.
- MÓW ŻE WRESZCIE!!! – wrzeszczał Seth, mocno zdenerwowany, przytykając jednocześnie nóż Mannoriuszowi tym razem nie do ust, lecz do gardła.
Ponownie wróciła postać chłopca.
- Nic – wymamrotał Mannoriusz.
- Co nic? – zapytał pieszczotliwym i dziecięcym głosikiem Seth.
- Nic złego nie zrobiłem, jestem tu przypadkiem!
- BŁĄD!!! JESZCZE JEDNA SZANSA!!! – chłopiec znowu wrzeszczał, wymachując przy tym nożem.
Pociąg zaczął powoli zwalniać. Mannoriusz wiedział, że to jego ostatnia szansa na to by się wydostać z niego. Wiedział też, że dalsza rozmowa z chłopcem nie ma najmniejszego sensu. Choć czuł dziwne ciepło i mrowienie w klatce piersiowej, szybkim ruchem prawej ręki wytrącił Sethowi nóż, a następnie zamachując się lewą zahaczył o jego młodziutki jeszcze policzek. Seth w jednej chwili znalazł się na ziemi. Następnie, nie czekając na reakcję współpasażerów, Mannoriusz wstał i wybiegł z przedziału, by w korytarzu skręcić w prawo, cały czas kierując się do wyjścia. W międzyczasie pociąg stanął. Widniejąca dotychczas za oknem ciemność, ponownie zmieniła się w piękną, dziwną i magiczną stację. Mannoriusz, ku zdziwieniu wszystkich wsiadających, wyskoczył z pociągu, cały czas nie mogąc się odpędzić od przenikliwego kłucia i bólu w mostku. Pomimo tego jednak cieszył się, że wreszcie uciekł przed prawdziwym złem.
Choć droga przed nim jeszcze daleka…

*

Reanimacja cały czas trwała.
Lekarz pochylony nad jakimś chłopcem co chwile reanimował go. Jak dotąd bezskutecznie, a wszystko trwało jakieś półtorej minuty.
- Jest, mam puls! Chwyciłem go! – krzyczał rozradowany lekarz, który zaraz wstał i krzyknął do jakiejś starszej kobiety. – Jest! Mariusz znowu z nami jest!
Kobiecie momentalnie popłynęły po policzkach krople łez. Podbiegła zaraz do syna i chwyciwszy go pod głowę płakała wciąż nad nim, wylewając łzy szczęścia.
- Powróciłeś synku. Proszę nie bierz więcej narkotyków, bo znowu to się tak skończy – cały czas łkając, kobieta mówiła do swojego syna.
Zły sen minął. Lecz czy zostawił po sobie jakiś ślad? Tego już nie wiemy…