Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Babiniec. Czyli gdzie ci mężczyźni

Danuta Rinn, „Gdzie ci mężczyźni”

Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,
mmm, orły, sokoły, herosy!?
Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
gdzie te chłopy!? - Jeeeee!

Dookoła jeden z drugim jak nie nerwus, to histeryk,
drobny cwaniak, skrzętna mrówa, niepoważne to, nieszczere.
Jak bezwolne manekiny przestawiane i kopane,
gęby pełne wazeliny, oczka stale rozbiegane.
Bez godności, bez honoru, zakłamane swoje racje
wykrzykuje taki w domu śmiesznym szeptem po kolacji,
śmiesznym szeptem po kolacji, śmiesznym szeptem po kolacji...

Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,
mmm, orły, sokoły, herosy!?
Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
gdzie te chłopy!? - Jeeeee!

Bojownicy spraw ogromnych, owładnięci ideami
o znaczeniu wiekopomnym, i wejrzeniu, jak ze stali.
Gdzie umysły epokowe, protoplasci czynów większych,
niż pokątne, zarobkowe kombinacje tuż przed pierwszym.
Nieprzekupni, prości, zacni, wielkoduszni i szlachetni.
Gdzie zeoni, gdzie tytani woli, czynu, intelektu,
woli, czynu, intelektu, woli, czynu, intelektu...?

No właśnie? Moje drogie, gdzie CI mężczyźni?!
Opowiedzmy sobie o największych wpadkach z facetami, o najlepszych związkach, miłościach i ciągotach, jakie do nich mamy. Namiętność, śmiech, żal, czułość – jakie uczucia wywołują w was znani faceci – aktorzy, kumple ze szkolnej ławki czy piaskowniki, znajomy z Internetu?

Chcę, żeby było to coś w rodzaju konfesjonału, pamiętnika – piszmy nasze wszelkie przemyślenia oraz historie związane z mężczyznami/chłopcami. Macie jakieś problemy, pytania? Dalej, niech to będzie również poradnik!

Do boju kobiety – wykrzyczmy się o nich w końcu ! ^^ Razem damy im radę.

A co? Nie damy…?

Pierwszy raz zawsze nas czegoś uczy.
Auć… tak, zapamiętać – nie wolno wkładać ręki do wrzątku.
Auuć… tak, zapamiętaj – to czerwone czym mama maluje usta nie służy do malowania po ścianach.
Auuuć… ojej, najechanie na brata jest złe w skutkach(dla krocza brata i twojego tyłka, ale mówiłaś mu przecież, że nie żartujesz!)

Pierwszy facet nie nauczył mnie właściwie niczego. Któraś grupa przedszkola. Ja i Tomek. On był synem przedszkolanki. Nawet łapaliśmy razem chomika, kiedy uciekł za szafę i dał mi czekoladkę(Tomek, nie chomik). No i nie zapomnijmy o tym leżakowaniu – pani zawsze krzyczała. Najpierw, bo nie potrafiliśmy zasnąć, a potem, bo nie chcieliśmy wstać.
Tomek był synem tej przedszkolanki, która miała naszą grupę. Myślałam, że dzięki tej znajomości będę miała przywileje. Miałam. Myślałam, że nie będę musiała jeść tej wstrętnej owocowej zupy. Niestety - jego mama nalewała mi jej więcej, „bo ja i Tomuś tak się lubimy”, a Tomuś lubił zupę owocową! Więc jednak się czegoś nauczyłam. Jak już masz zamiar wykorzystać faceta, to niech chociaż ma podobne zainteresowania… i lubi te same zupy, koniecznie!

Wiecie, co jest tu dziwne? Tomek był blondynem ściętym na grzybka i miał niebieskie oczy. Cholera… może to coś znaczy? Ale szczerze mówiąc – dotąd nie znoszę blondynów o niebieskich oczkach. A mam takiego. I go kocham!

(Czy ktoś mi wyjaśni, o co chodzi z tymi blondynami?! To jakaś paranoja jest, ale prawda szczera… hehe…)

Pierwszy raz zakochałam się, mając lat cztery. On miał na imię Adrian i mieliśmy takie same inicjały. Był blondynem o niebieskich oczach. Nienawidzę blondynów o niebieskich oczach. Całowałam go w policzek w przedszkolu. Później zaczęłam tak całować też innych chłopaków, a z czasem nawet dziewczyny. Czyżby płeć nie robiła mi specjalnej różnicy? Ale to Adrian był moją prawdziwą miłością. Nie byłam mu jednak wierna. To Piotrusiowi powiedziałam: „Piotrusiu, ty zostaniesz moim mężem!”. Z Piotrem utrzymuję kontakty do dziś. Przenigdy bym za niego nie wyszła. Już prędzej wyobraziłabym sobie związek z jego dziewczyną. Są razem od kilku lat i życzę im jak najlepiej. Poza Piotrusiem i Adrianem był jeszcze McGyver. Też blondyn o niebieskich oczach. Nienawidzę takich. Uwielbiałam go i wpatrywałam się w ekran w czasie gimnastyki. Raz tata podstępnie wyłączył mi telewizor i schował pilota. Nie wróciłam do ćwiczeń, dopóki McGyver nie zaczął mnie znów obserwować. Mając siedem lat, ja i Adrian pocałowaliśmy się po raz pierwszy w usta. Dwa razy. Nadal cieszyliśmy się z takich samych inicjałów, mieliśmy podobne podpisy, siedzieliśmy razem w ławce i gadaliśmy na lekcjach. Nasz drugi pocałunek zobaczyła wychowawczyni i porozmawiała z naszymi rodzicami. Przestaliśmy się całować. Twierdziliśmy, że jesteśmy małżeństwem. Mając osiem lat, wzięliśmy rozwód, ale nadal siedzieliśmy razem. Dopóki nie przesiadłam się do Sandry. Adrian mnie nie porzucił, bo rozstaliśmy się za porozumieniem stron. Do dziś uśmiecha się do mnie znad papierosa, kiedy mijamy się na ulicy.

 

No tak, przyznaję – pierwszych miłości nie da się nie pamiętać.
Ale co z tymi, którzy chcieli nas, ale… bez wzajemności?
Miałyście kiedyś takiego natręta, a jeśli tak, to co się z nim stało?
Osobiście zdarzyło mi się to nie raz, a za każdym razem uciekali z innego powodu…
Któregoś razu facet nieziemsko natrętny zaciągnął mnie do parku i zaplanował całą trasę.
Nie znoszę nie mieć nic do powiedzenia, więc zaczęłam uparcie chodzić innymi ścieżkami. Siadałam co chwilę na jakiejś ławeczce i czekałam aż mnie znajdzie. Kiedy dzwonił z pytaniem, gdzie tym razem siedzę słyszał odpowiedzi typu: „na ławce”, „koło kwiatów”, „wśród drzew” – dziwiła mnie jego cierpliwość. Pierwszy raz trzasnął słuchawką, kiedy na pytanie „na jakiej ławce” odpowiedziałam „na tej, obok której właśnie przeszedł taki słodki jeż”.
Po zgubieniu się z nim trzy razy i potrójnym(niestety) odnalezieniu, udało mu się namówić mnie na pójście do baru. Doskonale wiedząc, że coś ostro kombinuje, próbowałam wejść do każdego innego baru po za tym, do którego tak mu zależało iść. Miałam słuszność. Kiedy weszliśmy gdzie chciał okazało się, że czeka tam na nas pokój dla zakochanych, a kelnerka wniosła różę. Wściekłam się i postanowiłam zaostrzyć zasady gry.
Biedny Rafał. Możliwe, że zapytacie, dlaczego po prostu nie powiedziałam „nie” i nie olałam go? Otóż odpowiedź jest prosta. Niektórzy nie znają takiego czegoś, jak odmowa. Rafał nie znał(blondyn swoją drogą, chociaż w oczy mu nigdy nie patrzyłam to nie wiem, czy były niebieskie) i musiał drogo zapłacić za tą niewiedzę. Nie mówię już o dosłownym znaczeniu tego słowa – wydoiłam z niego kasę na tyle Malibu, na ile było go stać i potem pożyczał ode mnie na bilet do domu! Byłam nieznośna, rozkapryszona, wredna, za inteligentna i przygłupia zarazem. Biedny, osaczony Rafał… więcej się nie spotkaliśmy.

Dochodzi czwarta nad ranem. Zgaszone światło, muzyka cicho sączy się z głośników. Facet ubrany tylko w dżinsy, ja w zielonej koszuli nocnej. Pościel w różyczki. Obok nas maliny, którymi się karmiliśmy i balsam do ciała. Robię mu masaż.
Nagle do pokoju wpada moja mama.
- Młoda, co ty ROBISZ?! - dociera do mnie przerażony jęk. Fakt, myślała, że on już dawno śpi, w dodatku w innym pokoju.
- No, masaż... - odpowiadam słabo.
- Ale przecież ty nie umiesz!
- Dobrze jej idzie... - nieśmiało wtrąca się facet, odwracając głowę w stronę drzwi.

Jacy mężczyźni podniecają? Jak wygląda nasz ideał?
To proste, żeby facet był ideałem czy też mnie jarał, musi:
Wygląd: Bruca Willisa
Chód: Charliego Hunnama
Tańczyć jak: Robert Hoffman
Śpiewać jak: Marek Grechuta
Rapować jak: Pezet i Fokus
Ale wiecie co? To wszystko jest nieważne, bo ja swój ideał już mam i nie mam zamiaru go zmieniać. Dodatkowo nazywa się tak, jak zawsze chciałam, żeby mój mąż się nazywał. Kiedy byłam mała z przyjaciółką stwierdziłyśmy, że kupimy jednorodzinny domek, ona na dole będzie mieszkała z Mirkiem i kotami, a ja na górze z Piotrkiem i psami… Mam Piotrka i będę się go trzymała. Teraz tylko domek i jakiś tuzin psów, a będę mogła powiedzieć, że moje szczeniackie marzenia się spełniły. Do tego ślicznie się wozi, ma krótkie włosy i słucha ze mną hip-hopu… żyć nie umierać! A wiecie co jest w nim najlepsze? Że ma wady. Mogę go kochać „nie za coś, ale mimo wszystko, nie za zalety, ale mimo wad” a to jest cudowne. Ludzie bez wad są tacy monotonni!

Gdzie Ci mężczyźni? Pojawiają się zwykle, gdy traci się nadzieję, że cokolwiek wartościowego płeć przeciwna sobą prezentuje. Pojawiają i z miejsca z ziemią równają wszelkie dotychczasowe przekonania, na bok odsuwają smutki i serce zamykają w szklanej gablotce, do której tylko oni mają kluczyk. Tak było i ze mną. Gdy już zupełnie straciłam nadzieję, pojawił się on. Wysoki, przystojny o duszy romantyka. Po prostu ideał który sprawił, że z miejsca zapragnęłam się z kimś na poważnie związać. Przestały mnie interesować luźne znajomości i spotkania niezobowiązujące do niczego. To właśnie przy nim poznałam, czym jest głębokie uczucie, którym chce się obdarzyć tą jedyną na świecie osobę. Nie wierzyłam, że coś takiego w ogóle istnieje.

Samotne poranki wypełnił aromat kawy, popołudnia choć dalej milczące, to jednak o wiele piękniejsze, bo z Nim u boku i wieczory, które istniały tylko dla nas i noce, które przesypialiśmy tylko po to, aby od rana ujrzeć swoje spojrzenia. Trwało to pół roku, nim się we mnie coś wypaliło. Być może za dużo pracy, za mało czasu miałam dla "nas". On znajdował go prawie zawsze, gdy byłam w potrzebie, ja sobie tłumaczyłam, że wszystko przed nami, a teraz trzeba zadbać o jak najlepszy start w przyszłość.

Dni mijały, coraz częściej i my się mijaliśmy. Dalej go kochałam, wiedziałam, że on mnie też. Zaczęłam czuć do siebie odrazę za każdym razem, gdy moja rosnąca oziębłość uderzała w Niego, coś kradła z jego dotychczasowego charakteru. Widziałam, jak się wypala, jak marnieje w oczach. Choroba? Fizycznie wyglądał dobrze, jedynie z psychiką bywało gorzej. Zrzucałam to na barki tęsknoty i kolejnych samotnych wieczorów, gdy ja siedziałam do późna w biurze.

Zaczął mi wypominać brak czasu, raniło to mnie, w końcu robiłam to dla Nas. Zaczął się odsuwać, aż w końcu odszedł, opuścił mnie i już nigdy nie wróci. Trafił w objęcia innej, która związała go ze sobą. Kobiety, z którą nie jestem w stanie wygrać, dla której rozbicie czyjegoś związku jest naturalną koleją rzeczy.

To już rok, gdy żyję ze świadomością, że nie znamy dnia, ani godziny. Że dopiero brak tej bliskiej nam osoby uświadamia, jak wiele błędów popełniliśmy, ile okazji zmarnowaliśmy i jak mało tak naprawdę mamy z tego życia. Szklana gablotka rozbiła się w kontakcie z rzeczywistością. Nie potrzeba już klucza, bo i nie ma czego do niej schować.

Widuję go często i toczę swój monolog. Nigdy nie był rozmowny, a teraz to już zupełnie zamilkł. Mimo to robię wszystko, aby wiedział, że jestem i jeszcze kiedyś nadejdzie nasz czas, gdy kobieta, która mi go odebrała przyjdzie i po mnie.

Tak w temacie: https://www.youtube.com/watch?v=obvizJRnezA