Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Obyczajowe

Opis fabuły: Marika jest studentką na wydziale historycznym. Nie jest to kierunek, który sprawia jej jakąś szczególną radość, tak naprawdę uciekła z miasta po tym, jak jej ukochany ją potraktował. Zdradził ją ze swoją koleżanką i w dodatku obsmarował przed wspólnymi znajomymi. 

W Krakowie poznała swojego obecnego chłopaka, z którym jest już prawie dwa lata. Niestety coraz częściej czuje się przytłoczona tym związkiem. Kocha go, jednak nieświadomie robi wszystko, aby ich relacje się posypały.

Jej chłopak - Adrian - to z kolei student medycyny o naprawdę wielkiej cierpliwości. Znosi wszystko spokojnie, stara się rozwiązywać konflikty, ale powoli zaczyna zastanawiać się, czy warto w tym tkwić.

Narracja może być prowadzona zarówno z perspektywy Mariki, jak i Adriana. 

***

Już dawno nie byłam na tak nudnym wykładzie. Słowo daję, że jeszcze godzina i dostałabym na głowę. Najchętniej urwałabym się i wieczór spędziła na jakimś piwie. Niestety nie mogę sobie odpuścić, zbyt wiele razy nie było mnie już na ćwiczeniach, a jakoś nie uśmiecha mi się wylecieć na dwa tygodnie przez końcem roku. 

Może przynajmniej odpiszę Adrianowi na tego smsa, którego dostałam rano. Inaczej w domu znowu czekają mnie pytania w stylu "Dlaczego nie poświęcasz mi czasu?", "Zapomniałaś o mnie?". Ma chłopak trochę racji, jestem jakoś rozkojarzona i brakuje mi motywacji do czegokolwiek. Nawet do kontaktu z nim, a przecież wiem, że naprawdę wiele dla mnie znaczy. 

Pomysł na ten tekst wpadł mi gdzieś po napisaniu dopisu "Uświadomienie". Jakoś tak wyszło, że zapragnęłam stworzyć z tego samobieżną historię.

Nakropka to postać, która będzie się rozwijać przez całe opowiadanie. Miejsce akcji może się zmieniać, zazwyczaj powinno to być jednak jakieś opustoszałe, spokojne miejsce.

"Spotkania z Nakropką" widzę po prostu jako rozmowy trochę ze samym sobą, swoją ukrytą drugą stroną medalu, cichym głosem szepczącym z tyłu głowy.

Z Nakropką każdy się może spotkać.

W małym kraju Polską zwanym, w małym mieście, którego nazwa nikogo nie obchodzi stała sobie kawalerka. W kuchni natomiast – bo to luksusowa kawalerka była – w jednej z szuflad leżały posegregowane sztućce. Tak, jak łatwo się domyślić nie mieszkał tam żaden student, lecz samotny emeryt. Bo „posegregowany” i „student” wykluczają się wzajemnie. Pan Bogumił nie zdawał sobie sprawy, że co noc w niewielkiej szufladzie toczyły się życiowe dyskusje, filozoficzne debaty czy niezliczone partyjki gry marko – polo. Sztućce wiedziały, że wymaga ona basenu pełnego wody, ale w sytuacji w której się znajdowały musiała im wystarczyć plastikowa przegródka oddzielająca noże od widelców i łyżeczek. Dzięki słabemu słuchowi emeryta i głośnemu radiu tematów do rozmów nigdy nie brakowało. Nie musiały się też obawiać, że przyłapie je na pogawędkach. Niestety w dzień rozmowy kręciły się tylko i wyłącznie wokół jedzenia, a pierwsze skrzypce grały tu przygłupie noże, które wszyscy podejrzewali o przejawy choroby psychicznej. O szóstej rano czasu lokalnego rozpoczęła się codzienna rutyna. Dzwoniący donośnie budzik, obudził nie tylko Bogumiła, ale i noże, które od razu narzuciły temat:

-Co na śniadanie?
-Mięso.
-Mięso?
-Mięso!
-Mięso?
-Mięęęęskoooo….
-Mięso, mięso, mięso, MIĘSO!
-Mięsko!
-Mięsko! – powtarzały noże
-Ser
-Patrzcie dziwoląg się odezwał – nóż do sera, był jedynym który nie miał obsesji na punkcie mięsa.

W związku z tym żaden z noży go nie tolerował. Przez całe swoje życie był wyśmiewany. Od narodzin w fabryce gdzie inne ostrza widząc jego charakterystyczny kształt, poprzez sklep, aż do kuchni pana Bogumiła.

-A ja wam mówię, że herbata – łyżeczka wiedziała, że cokolwiek by nie zjadł sędziwy emeryt, musiał to popić ciepłą herbatą
Nagle szuflada otworzyła się szeroko. Wielka ręka sięgnęła po jeden z noży. Pozostałe rzuciły na niego zazdrosne spojrzenia. Pan Bogumił dotknął palcem ostrza i pokręcił głową. Sztućce wiedziały co to oznacza. Wszyscy współczuli biednemu nożowi, gdyż wiedzieli jak bolesne jest ostrzenie. Wszyscy oprócz innych noży, które rechotały ciesząc się, że nie będzie miał już tak długiego… ostrza. Emeryt wrócił się do szuflady. Śmiechy ustały.

-Chińskie gówno, tępi się co dwa dni. Bez szlifierki się nie obejdzie. – Chwycił w garść wszystkie noże z górnej półki i sapiąc wyszedł z mieszkania.
Sztućce nie rozumiały dlaczego ich Pan, oglądający na co dzień telewizję POtrwam i słuchający radia MAtwarz może być takim okrutnikiem. Dlaczego taki sympatyczny staruszek, tak bardzo może ranić noże, które być może były szalone, ale z całą pewnością nie zasłużyły na taki los. Same noże miały kilka teorii. Jedne mówiły, że to kara za grzechy, których się dopuściły – maniakalne pożądanie mięsa czy siarczyste przekleństwa. Inne wmawiały sobie, że to krzyż, który muszą nosić – a tak przynajmniej usłyszeli pewnego dnia w radiu. Nieliczne, przestarzałe noże mieszkające w szafce niżej uważały, że pan Bogumił nie istnieje i jest wymysłem chorych umysłów kolegów. Najrzadziej używany tasak – samozwańczy prorok, wykorzystywał sytuację wmawiając wszystkim, że został wybrany przez emeryta czego dowodem miała być jego nietykalność.

Na jego nieszczęście znalazł wyznawców jedynie wśród kilku pogiętych łyżeczek oraz dwóch starych widelców, które nie rozumiały, że zdaniem Bogumiła był po prostu bezużyteczny bo „ani tym chleba ukroić, ani po plecach się podrapać”.
Temu wszystkiemu przyglądały się matowa łyżka oraz widelec – jedyne sztućce z leżących tu odmieńców i wariatów, które tak bardzo pasowały do siebie. Nie mogły zrozumieć, dlaczego podstarzały brutal rozdzielił je chorymi psychicznie nożami, wśród których znajdowali się religijni fanatycy, ateiści czy prorok nauczający łyżeczki o istotach wyższych, które stworzyły sztućce.

Łyżka i widelec często wymieniali spojrzenia i uśmiechy. Pragnęli być bliżej siebie, ale było to niemożliwe. I choć było im żal noży, których jedynym życiowym celem było zatapianie się w mięsie to cenili te chwile gdy pan Bogumił zabierał je na spotkanie z tajemniczą szlifierką. Dzięki temu znikała jedyna fizyczna bariera dzieląca zakochanych. Widelec i łyżka mieli kilkanaście minut dla siebie, mogli spojrzeć sobie głęboko w oczy, pomarzyć jak cudownie byłoby znaleźć się w jednej przegródce. Nagle wszystkie sztućce usłyszały zgrzyt zamka. Podstarzały, zasapany emeryt wrócił do domu, zamknął za sobą drzwi na klucz. Był zadyszany jak nigdy.

Tasak słysząc kroki krzyknął uradowany:
-Chwalmy powrót pana!
-Chwalmy! – odpowiedziały stare widelce i łyżeczki.
Nagle stało się coś dziwnego. Pan Bogumił wciągnął głęboko powietrze, po czym sztućce mieszkające w szufladzie usłyszały głośne uderzenie, przeraźliwy jęk i odgłos upadających na ziemię noży. Tasak, widelce i łyżeczki nie przestawały krzyczeć:
-Chwalmy powrót pana!
-Chwalmy!
-Chwalmy pana!
-Chwalmy!

Noże ateiści nie wytrzymały:
- Żadnego Bogumiła nie ma, od tego mięsa macie zwidy!
-Mięso!
-Chwalmy pana!
-Chwalny!
-Mięso! – wołał zza szuflady jeden z noży
-Zamknąć mordy! Wszyscy!– krzyknął jeden z młodszych widelców – Noże, co się tam dzieje?

Wszystkie zdrowe na umyśle sztućce dziwiły się dlaczego emeryt nie otworzył jeszcze szuflady, nie poukładał noży, nie włączył radia i nie przygotował śniadania. Bez względu na to czy będzie to mięso czy obrażająca dumę i uczucia religijne noży pasztetowa. W małym mieszkaniu panowała cisza. Czekały cały dzień i noc. W milczeniu. Nikt nie odważył się powiedzieć ani słowa. Nie padło ani jedno „marko” czy „polo”. Nikt nie miał ochoty na grę. Nawet nóż, który przez kilka godzin powtarzał „mięso!”, znudził się i zaczął pytać „czy ktoś mógłby mnie umyć?”. Wszyscy nasłuchiwali mając nadzieję na powrót rutyny do której przyzwyczaili się mieszkając w szufladzie Bogumiła przez te wszystkie lata, ale jedyne co słyszeli to tykanie zegara i coraz bardziej żałosne prośby noża, który domagał się czyszczenia.
Nagle usłyszeli stukanie do drzwi, głosy nieznanych im osób wołające „Panie Bogumile?”.

Pukanie przerodziło się w dziwne nie znane nikomu skrzypiące odgłosy. „Łomem panowie, łomem”. Drzwi otworzyły, do mieszkania weszło kilka osób.
-„O Boże” – odezwał się kobiecy głos
-„Centrala - Drzwi zamknięte od środka, martwy starszy mężczyzna w kuchni. Skaleczenie na brzuchu. Rana jest zbyt płytka, aby mogła być przyczyną śmierci. Prawdopodobnie zawał. Sąsiadka widziała go kilka dni temu jak niósł noże do piwnicy. Pewnie przewrócił się na jeden z nich” – powiedział jakiś mężczyzna
Sztućce nie rozumiały ani słowa z tego bełkotu. Zastanawiały się jedynie czy pan Bogumił wróci. Brakowało im wszystkiego co związane było z emerytem: radia, narzekania na jakość noży, bycia używanym, czyszczonym. Nawet noże tęskniły za szlifierką:

-Czuję się taki tępy… - powiedział z tęsknotą w głosie jeden z ateistów
-Zawsze byłeś – odpowiedział próbując ukryć żal nóż do sera
Sztućce straciły poczucie czasu. Przestały ze sobą rozmawiać. Jedynie wyróżniające się z reszty łyżka i widelec potrafiły znaleźć wspólny język.

Wspominali dawne czasy, gdy budzik oznaczał zakończenie rozmów, śmieli się z żałosnych prób spojrzenia sobie w oczy. Teraz mogli to robić do woli, ale nie sprawiało im to takiej przyjemności jak kiedyś. Pan Bogumił nie wracał, a noże leżały porozrzucane na ziemi i nie wiedzieć dlaczego nikt ich nie podnosił, nie umył ani nie odłożył do szuflady w środkowej przegródce, gdzie było ich miejsce. Sztućce nie wiedziały jak długo leżały nie używane gdy do mieszkania weszło kilka osób. Szuflada po raz pierwszy od wielu dni została otwarta, ale nie patrzył na nie Bogumił.

Była to młoda kobieta oraz dziecko.
-„Mamusiu, co my tu robimy?” – zapytało
-„Dziadek zapisał to mieszkanie na nas, ale my mamy już dom. Przeszukamy je dokładnie i jeśli nie znajdziemy nic cennego wynajmiemy je komuś”

Dziecko spojrzało ze zdziwieniem na wyróżniającą się łyżkę, wzięło ją do ręki i powiedziało:
-„Mamusiu, spójrz jaka stara i brzydka łyżka” – sam jesteś brzydki – miał ochotę odpowiedzieć widelec
-„Kochanie to łyżka z kompletu, którą dziadek otrzymał, od swojej mamy na ślub! Jest bezcenna. Popatrz, a tu jest widelec do kompletu. Musimy je zabrać. Położymy je w honorowym miejscu”

W nowym domu widelec i łyżka nie były „wyróżniające się” ani „inne”. Były „wyjątkowe”. Nie musiały znosić obecności samozwańczego proroka, chorego psychicznie ateisty czy religijnych fanatyków, a po dokładnym czyszczeniu okazało się, że są ze srebra. Miały siebie, swoje własne miejsce i piękne zdjęcie pana Bogumiła na które mogli patrzeć gdy było im smutno. Najszczęśliwszy widelec na świecie nie mógł narzekać na nic… nie licząc dnia w którym na przyjęciu urodzinowym zabrakło jednej łyżki. Do podania flaków.
-Mmm…
-Mmiii…
-MIĘĘĘĘSO! –krzyknęła srebrna łyżka po powrocie
-Kurrrwa mać… - przeklął siarczyście widelec

Nazwa użytkownika

Najnowsze wpisy

Ostatnie komentarze