Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Konkurs

- Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc – rozpoczęła wiedźma, po czym skierowała się w stronę kominka. – Eliksir, którego ode mnie oczekujesz jest zbyt niebezpieczny, w dodatku zdobycie składników będzie nie lada wyzwaniem.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby je dostarczyć. Błagam, zrozum, że bez tego nie dam rady!
- Królewski syn chce być wiecznie młody, by sprawować władzę przez pokolenia. Ok, to jestem w stanie zrozumieć, ale nie problemu, z którym do mnie przychodzisz. Daruj książę, ale coś takiego, jeśli się wyda, raczej nie przysporzy ci sympatyków, zwłaszcza po tym romansie z wieśniaczką.
- Romans to moja sprawa! – Oburzył się książę, jednak szybko powrócił do łagodnego tonu. Najwyraźniej zdał sobie sprawę z tego, że wiedźmy z równowagi wyprowadzać nie można. Kobieta przyglądała mu się przez chwilę, po czym postanowiła się poddać. W końcu lepiej nie kłócić się z przyszłym władcą tej ziemi.

- Dobrze – zaczęła po chwili zastanowienia. – Będę potrzebowała kilku rzeczy, listę ingrediencji spisałam na pergaminie.

Książę przejrzał pośpiesznie dość obszerną listę. Krew jelenia zdobyta o północy przy świetle księżyca? Da się załatwić. Oczy węża zamieszkującego grotę na południe od zamku? Wyzwanie, bo bydle wielkie i chyba od lat niekarmione, ale armia powinna dać radę. Wątroba dzika, krystalicznie czysta woda ze stawu Arasiel i ostatnia pozycja – język obcego…

- Wybacz, że wtrącę dobra kobieto, ale nie bardzo rozumiem, czym jest język obcego? Czy mowa tutaj o człowieku, którego nie znam?
- Gdyby to było takie proste, to przygotowanie eliksiru nie sprawiałoby kłopotu. Gdy spojrzysz nocą w niebo, to co widzisz?
- Takie dziwne światełka, które czasami migają, jak je tatulo zwał? Gwizdy… gwiazdy!

Wiedźma załamała ręce, starała się nie dać po sobie poznać, że zaskakująca błyskotliwość przyszłego monarchy rozłożyła ją na łopatki. Dostrzegła jednak w tym wszystkim szansę dla siebie. Język obcego? A to wymyśliła. Zwykły język wołowy jak najbardziej by wystarczył, ale późniejsze spędzanie trzech miesięcy na intensywnym mieszaniu w kotle jakoś do niej nie przemawiało, zwłaszcza, że jedynym efektem tego miałbyś środek na potencję.

- Tak książę, gwiazdy, a pośród nich żyją obcy. Aby eliksir się udał, potrzebny mi język jednego z nich.
- Da się załatwić! – Odparł niezwykle entuzjastycznie, po czym pogładził się po delikatnym zaroście na brodzie. – Czy ci obcy są niebezpieczni?
- O tak, potrzeba sporej armii, aby stawić im czoła.
- Wyślę doborową jednostkę, będziemy potrzebowali tylko bardzo długich drabin. Mamy taką jedną na wieży, myślisz, że wystarczy?
- Drabina to za mało. Gwiazdy są naprawdę wysoko, trzeba tam polecieć.
- Cholera, a nie dalej, jak tydzień temu ukatrupiliśmy ostatniego smoka. Bestia mogłaby nas tam zanieść, a przy okazji byłaby niezłą bronią, o ile oczywiście chciałaby okazać posłuszeństwo.  No cóż dobra kobieto, muszę opracować odpowiedni sposób, by wyruszyć w gwiazdy. Z pewnością uda mi się odnaleźć kogoś, kto już tam był.

Następne cztery lata były dla królestwa epoką gwałtownego rozwoju technologicznego. Miejski skarbiec powoli zaczynał świecić pustkami, gdyż każdego dnia zjawiali się nowi wizjonerzy, których dzieła coraz bardziej przybliżały podróż w kosmos. Oczywiście twórcy nie mieli zamiaru robić niczego za darmo, a ich gaża nie raz przyprawiała o zawał miejskiego księgowego. Było jednak warto, gdyż w końcu udało się wysłać człowieka w kosmos, a przynajmniej tak to z powierzchni ziemi wyglądało. Ten niezwykły bohater, który na zawsze zapisał się w historii – lub też nieszczęśnik, jak zwykli mawiać świadkowie – odbił się od powierzchni dzięki ładunkowi, którego mniejsze dawki stosowano w petardach. Poleciał na krześle, po czym jakby rozpłynął się w powietrzu w towarzystwie głośnej eksplozji.
- Prawdopodobnie przekroczył barierę dźwięku! – Odezwał się niezwykle podekscytowany książę, po czym zasiadł na fotelu, z którego obserwował wszystkie poprzednie próby. – Teraz trzeba tylko skonstruować coś podobnego, ale przeznaczonego dla kilku osób. Tak, dzięki temu wynalazkowi uda mi się zdobyć język obcego.

 

Piaszczysta plaża rozlewała się w słonecznym blasku niczym złoty impast aż po nieskończoność. Tu i ówdzie znaczyła ją swoją zielenią dziko rozrastająca się kępa traw czy krzewów. Samotne drzewa zdawały się niknąć na otwartej przestrzeni w niewytłumaczalny dla zdrowego rozsądku sposób. Cicho rozgaszczała się impresja chłodnej barwy morza. Złudzenie jeszcze milsze przy pierwszym zanurzeniu się po pierś w wodzie. Woda tak ciepła, iż wspomnienie rodzimego Bałtyku niknęło wobec sielankowej panoramy. Muszle niezwykłych kształtów i barw konkurowały z pierwszy raz widzianymi krabami. Kraby maleńkie, kraby wielkości zaciśniętej dłoni, kraby olbrzymy. Białe, czerwone, czarne. Opowieści o bułgarskich złocistych plażach potwierdzały swój urok na każdym kroku.
  Dwunasta w południe. Bułgarskie upały ustępują o kilka stopni pustynnym morderczym skwarom ale kilkugodzinne plażowanie to spory wysiłek dla organizmu. Leniwym krokiem człapiemy przez kurort. Dominuje prostota socrealistycznej architektury wyróżniana przez miejscowych światowym słowem:  - Bungalow - Akanie przypominające do złudzenia język rosyjski ma szczery uśmiech, rękę na sercu i zaprasza do jednego z niezliczonych domków. Kręcimy głowami, odwzajemniamy uśmiech. Bułgar rozkłada ręce i staje się jeszcze bardziej uprzejmy. Stara się nas zatrzymać i przekonać do zakupu arbuzów. Prostym rosyjskim wymigujemy się. Długa wycieczka na zachwalany bazar to kolejne przeżycie. Obrazek jakie zna się z filmów. Mamy wrażenia jakby miejsce zastygnęło przed stuleciem. Smagli kuchmistrze gotujący na wolnym ogniu, egzotyczna muzyka, tragarze i transport na osłach. Piramidy arbuzów na każdym kroku są po prostu soczyste. Ryby, owoce, stroje nikną za arbuzowymi murami.Wszystko zdaje się być tutaj otaczane arbuzowym wałem. Decydujemy się na zakup owocu. Znajdujemy mikroskopijny gościniec w niecodziennym zgiełku. Nie mamy zamiaru przebierać w kulistych słodyczach. Wszystkie są świeże, olbrzymie, apetyczne. Odróżniamy się od miejscowych. Straganiarz z zainteresowaniem wskazuje na owoce i coś mówi. Podchodzimy bliżej by zapytać: - Skolko? Straganiarz zachwala towar przepoławiając trzy czy cztery kolejne owoce wprawnym ruchem. Ostrze podobne do maczety błyskawicznie zatapia się w miąższu. Starszy człowiek wprawną ręką dzieli arbuza na mniejsze plastry i zachwala podając nam na zachętę. Skojarzenie z wiejskim jedzeniem, które bije na głowę marketowe oferty jest natychmiastowe. Owoc jest nadzwyczajnie słodki. Miąższ o intensywnie czerwonej barwie koi pragnienie. Decydujemy się na większy zakup. Żartujemy: - Adin czeławiek, tri arbuzy - Handlarz staje się przyjacielski i rozkłada ręce. Pyta jakby retorycznie: - Dinia? - Śmiejemy się: - Da, da. Dinia adin, dinia dwa, dinia tri - Na wszelki wypadek pokazujemy na palcach ilość arbuzów jakie każdy z nas chce kupić. Mężczyzna zwraca moją uwagę i wskazuje palcem na owoc jaki w jego mniemaniu jest dorodniejszy od pozostałych. Kiwam głową z aprobatą. Nie zauważam różnicy ale atmosfera stała się sympatyczna. Mężczyzna wskazuje palcem następny owoc. Znów przytaknąłem i mówię: - Da - Handlarz patrzy na mnie badawczo i wskazuje kolejnego arbuza. Kiwam głową i mówię: - Da, da. Tri - Handlarz bez przekonania podaje trzy zielone kule inkasując należność. Kolega, który stoi za mną postępuje podobnie oczekując porady straganiarza. Sytuacja staje się cośkolwiek dziwna. Każdy z nas akceptuje ofertę sprzedawcy bez szemrania jednak on sam zachowuje się jakby wątpił w nasze dobre intencje. Koleżanka wspomniała coś o ośle, który może stanąć na jej miejscu. Szczęściem mężczyzna nie rozumie języka polskiego. Podziękowaliśmy dziwnie przyglądającemu się handlarzowi i odeszliśmy komentując zachowanie. Fałszywie przyjazny obcym czy może niezrównoważony. Nie wytworzyliśmy bariery językowej nie do pokonania, ani takowej nie napotkaliśmy.

 Wieczorny posiłek jednoczy polską grupę. Wszyscy stawiają się na stołówce. Duszą towarzystwa jest nasz przewodnik i jedyny globtrotter z prawdziwego zdarzenia. Kobieta w średnim wieku jest naszym Zygmuntem Broniarkiem i Tony Halikiem w spódnicy. Staramy się zrelacjonować nasze wrażenia i zaciekawić na miarę anegdoty wspominając zakupy arbuzów na bazarze. Nasz obieżyświat promienieje i śmieje się jakby spłatał nam figla: - Bułgarskie źródło nieporozumień, którym upijają się przybysze z zagranicy - Podkreśla żart dowcipną metaforą wypijając kieliszek miejscowej "Sangrii". - W Bułgarii mówiąc "tak", czyli "da" należy kręcić głową jak przy przeczeniu, zaś wyrażając emocje na "nie" kiwamy głową przytakując. Niecodzienna mowa gestów, która jest swoistym problemem lingwistycznym.

Wydawnictwo "Fabryka Słów" przedstawiło kolejną pozycję książkową, której autorem jest Andrzej Pilipiuk."Szewc z Lichtenrade" zwraca uwagę już choćby pięknym wydaniem do czego "FS" zdążyła przyzwyczaić Czytelników. Nie tak dawno Andrzeja Pilipiuka "Rzeźnik drzew" przyniósł wydawcy laur za najpiękniejszą książkę wydaną na papierze Ecco Book. "Szewc z Lichtenrade" jest również godzien uwagi z racji, iż dostarcza poczuciu estetyki wrażeń ponadprzeciętnych. Zatrzymując wzrok na księgarskiej czy bibliotecznej półce zauważamy wpierw plamę barwną o piaskowej dominancie zanurzającej w sobie harmonię nasycenia od oranżu po sepię za czym chwilowe zapatrzenie konstatuje, iż nawiązano kontakt wzrokowy z bryłą zwaną książką. Liternictwo, logotyp wydawnictwa, sznurkowa zakładka zwana przez niektórych kapitałką, a całość jest w miękkiej i trwałej zarazem oprawie. Książka spełnia swoje zadanie wywołując wrażenie pamięci dni minionych za sprawą nienachalnej stylizacji retro. 

Światy Pilipiuka przedstawiły się tym razem jako po części przystające do oczekiwań Czytelników oczekujących pewnej kontynuacji. Miłośnicy poprzednich zbiorów opowiadań odnajdą znajome postacie doktora Skórzewskiego czy antykwariusza Storma. Dziesięć opowiadań stanowi w ogólności historie nie będące wspólnym ciągiem. Podobieństwa tematyczne lub w warstwie narracyjnej wynikają z całokształtu osobowości autora, który przedkłada Czytelnikowi materię z jaką zżył się przez lata. Dostajemy więc archeologię z dalej rozumianą historią i niejedną garść filozoficznej zadumy. Napotykamy znajomą mądrość ludową, podania, wierzenia. Wszystko to co swojskie wykładane niczym chlebem i solą, a zaprawione okowitą i mądrym dowcipem. Zaprawdę takie są światy Andrzeja Pilipiuka. Twórczość, która w pierwszym czytaniu pozwala myśleć jako o literaturze nieprzeciętnej. Takież samo wrażenie wywoływał Andrzej Sapkowski, że wspomnę nie stawiając przedwcześnie znaków równości.

Warto zwrócić uwagę na opowiadanie zatytułowane "Wunderwaffe". Problem równoległych światów ostał się ramowym założeniem w alternatywnej wizji zmagań Trzeciej Rzeszy z resztą świata. Nie mamy do czynienia z zasadniczym pokładem o naleciałościach science - fiction, a więc mniej lub bardziej prawdziwe opisy technologii oraz innych wynalazków nie mają tutaj większego znaczenia. Sam pomysł opowiadania zamyślony jest mistrzowsko i z humorem. Dość wspomnieć, że doktor Mengele jest zaledwie marnym dealerem specyfików wiadomego przeznaczenia, Goering aby przeżyć zajmuje się zbieraniem surowców wtórnych, a Hitler ledwie wiążąc koniec z końcem zdaje się dostrzegać wyższość rasy ale słowiańskiej. Taki stan rzeczy zastaje Heinz będący wysłannikiem z innego wymiaru i jest to niejako kolejną okazją do śmiechu.

Nie będę opisywał każdego z opowiadań z osobna. Wystarczy, że napomknę, iż "Szewc z Lichtenrade" ma też swoje słabsze strony. Przede wszystkim, "Wunderwaffe", "Ślady stóp w wykopie" czy "Parowóz" dają pojęcie o możliwościach drzemiących w geniuszu pisarza ale skłaniają do jęków zawodu z uwagi na pewien niedostatek jakim odznaczają się owe literackie utwory. Niedosyt zasadza się w przykładowym nazbyt pobieżnym potraktowaniu tematu i problematyki. Co prawda krótka forma nie zawsze sprzyja zamierzonej kompozycji ale brak w tych opowiadaniach wyraźnego clou, zakończenia, namiastki morału jaki czuje się przez skórę. O wiele lepiej pod tym względem prezentuje się tytułowy "Szewc z Lichtenrade" gdzie epilog nie zmusza do zastanowienia czy aby autorowi nie starczyło konceptu na finisz, gdyż pewne urwanie wątku głównego nie odnajduje u Czytelnika zasadności w momencie kiedy spotyka zaledwie wskazówkę zdążającą do zbioru wyjaśnień nieosiągalnych pozostających w jakimś zawieszeniu. Poza tym proza Pilipiuka jest miłym i czytelnym poletkiem, któremu zarzucać brak wielowarstwowości na miarę Prousta to nieporozumienie jakieś i zwyczajne grubiaństwo. Warstwa językowo-brzmieniowa na miarę żyznej gleby pozwoliła Pilipiukowi dokonać udatnego przedstawienia historii, które odznaczają się nerwem i pewnym uporządkowaniem. Twórcza wyobraźnia i znajomość pewnych realiów rozrastają się bujnie nie sprawiając wrażenia dzikości kołaczącej się tygodniami w czytelniczej głowie znakami zapytania. Opowiadania w znakomitej większości mieszczą się w kategoriach przypominających o klasykach romantyki grozy z silnym oparciem w subtelnej strukturze historii alternatywnej z wyraźnym dążeniem do ucieczki od stereotypu. Samo opatrywanie autora tytułami pisarza fantasy winno być rozpatrywane w kontekście założeń racji dla jakości metafizycznych jakie zdają się warunkować pierwiastek fantastyczny występujący w kolejnych opowiadaniach. Nie można pominąć przy tym wspomnianej romantyczności i klimatów bliskich pozytywistom co skłania w tym przypadku do poszukiwań na "terenach" takich, a nie innych. Znajdując miejsce dla reminiscencji peerelowskich popada Pilipiuk w manierę, która bywa, że plasuje go wśród słabszych literacko "antyków" z serii "Ewa wzywa 07" i tym podobnych. O wiele lepiej od kilku opisowych niedociągnięć prezentuje się dialog, któremu stara się autor nadać pozór "brudnego" kolokwializmu co w efekcie udaje się i przydaje niektórym kwestiom autentyczności bez wzmacniania wypowiedzi wulgaryzmem.

Nazwa użytkownika

Najnowsze wpisy

Ostatnie komentarze