Podium

UżytkownikPoints
tess135
susie960
Adnaja55
Gotka50
Capricornus40
Irlay20
Serenicus20
Gotan20
Lorelay20
darth ithilnar20


Fantastyka

Uwaga: opowiadanie przeniesione z serwisu Piszmy.pl Tam również zostało zainicjowane przeze mnie, więc mam nadzieję, że kwestia praw autorskich jest oczywista.

(Tam nie wypaliło, ale może tutaj się uda)

Opis świata (dokładnie z poprzedniego portalu):

Opowieść o wolności.

Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonym Czasie. Wiemy, że Czas płynie tu bardzo wolno i jest obojętny na wszelkie prośby ludzi. Właściwie, każdy z Was może sobie wybrać Czas, w którym będzie żyła jego Postać. Warunkiem jest jednak, by dokładnie 24 czerwca spotkały się przy wodospadzie Leiloe.

Cała zabawa polega na tym, że każdy z nas tworzy jedną Postać i opowiada jej Historię. Historia Postaci zaczyna się wtedy, kiedy chcecie, a jedynym warunkiem jest to, że prowadzicie ją przez całą Krainę X do wodospadu zwanego Leiloe.

Dlaczego? Dlatego, że Kraina X od lat żyje sobie w spokoju, jednak pewnego Dnia wszystko ma się zmienić - ma się dopełnić pewien niezmierzony Czar. Nasze Postacie wyruszają do wodospadu Leiloe by zapobiec katastrofie. Mogą spotykać się po drodze, wędrować razem itd.

To od nich zależy, czy Kraina X zostanie uratowana, czy też w końcu upadnie. Postacie można opisywać w dopisach lub komentarzach. Można wprowadzać dialogi, jednak bez zbytniego naruszania praw osobistych innej Postaci.

Wszystkie Postacie muszą spotkać się przy wodospadzie Leiloe 24 czerwca, kiedy ma dopełnić się Czar. Od Was zależy, czy przejdą Krainę X w spokoju, czy też wciąż będą zmagały się z przeciwnościami losu. Oczywiście, można dodawać postacie epizodyczne, prosiłabym jednak, by ostatecznie odgrywać tylko jedną postać :)

Opis Krainy X, wodospadu Leiloe itd. zostawiam Wam. Ja napomknę coś od siebie w pierwszym dopisie, a potem razem prowadzimy Postacie do wodospadu. Pamiętajcie, że Postacie nie znają się i mogą wędrować nawet w różnych czasach.

Dostępne są wszelkie możliwości fantasy - magia, sztuczki, kosmiczny wygląd etc. Prosiłabym również, żeby postacie były różnorodne - od zwykłych ludzi do wampirów, elfów, nimf itd.

Jeśli chodzi o Krainę X, to mieszkają w niej głównie ludzie, choć zdarzają się różne magiczne stworzenia. Nie mają pojęcia o dopełniającym się Czarze - tylko nasze Postacie o tym wiedzą, dlatego - nie komunikując nikogo, lub za poleceniem zwierzchnika - pędzą na 24 czerwca do wodospadu.

Można pisać w pierwszej lub trzeciej osobie - zależnie od upodobań. Prosiłabym jednak, by pisanie było przejrzyste i w miarę jednorodne.

Mam nadzieję, że akcja będzie rozgrywać się bardzo żywo. Resztę pozostawiam Wam. Ogólny zarys Krainy X przedstawię w pierwszym dopisie i to jego należy przeczytać.

A teraz... Zapraszam do pisania :)

Pozwolę sobie zamieścić krótkie opowiadanie mojego autorstwa, które chętnie czytałyby dzieci? Odważne stwierdzenie i z nieukrywaną radością powiedziałbym, że bardzo fajnie by było, gdyby tak się faktycznie stało. To głównie z myślą o nich pisałem, ale może jest cień szansy, że dorosły, doświadczony czytelnik odnajdzie w nim coś dla siebie. Jeżeli chcecie, to sprawdźcie sami, a wrażeniami podzielcie się w komentarzach. Pozdrawiam serdecznie.

___________

"Kiedy gaszę światło w moim pokoju pojawiają się potwory. Jest wielki, włochaty pająk Cezary, który normalnie chowa się za biurkiem, ale nie dajcie się oszukać, tak naprawdę mieszka na parapecie i karniszach. Dziwnie upodobał sobie wietrzne okno
i zwariował do reszty myśląc, że firana to utkana przez niego ogromna pajęczyna. Poza nim, po parkiecie biega karaluch Eustachy. Wczoraj z radości stracił głowę, ale pomimo tego nadal żywo biega po pokoju. Czasem zastanawiam się, jak ja bym szybko biegał po pokoju bez głowy.
To wszystko to jednak nic. Po zgaszeniu światła ożywają w moim pokoju przede wszystkim cienie. A dokładniej, Filip, najmłodszy z cieni, który musi się jeszcze wiele nauczyć. Na razie tylko gwiżdże, czasem świśnie jak wiatr i hula od okna do drzwi i z powrotem. Szczerze mówiąc kiepsko mu to wychodzi, ale żeby nie sprawić mu przykrości czasem pisnę, ni to ze strachu, ni z radości, ot tak, by myślał sobie jaki to jest potwornie zły i niedobry.
W sumie najgorszy z nich jest Stefan, średni cień. Ten już umie więcej. Czasami trzaśnie niedomkniętymi drzwiami albo oknem, zawyje jak wilk, ześle mi kilka koszmarów albo złapie we śnie za kostkę swoimi lodowatymi rękami. Z nim już trzeba uważać, bo złośliwy jest bardzo a do tego pamiętliwy jak mało kto. No i jest jeszcze trzeci, ostatni, cień - Staszek. Najstarszy z nich i najgrubszy. Jemu już nic się nie chce, całymi dniami leży pod łóżkiem
i jedyne co słychać to rzęsiste chrapanie. No ale kogo ono przestraszy?"
Drzwi do pokoju nagle otworzyły się. Na ich progu stanął rosły mężczyzna
w rogowatych okularach.
- To ty nie śpisz jeszcze? – odezwał się głos postaci.
- Ciii! – odpowiedział mu chłopiec siedzący na łóżku z na wpół otwartą wielką książką, przytykając jednocześnie palec do maleńkich ust. – nie mów tak głośno dziadku, bo obudzisz Staszka!
Dziadek nic nie mówiąc wszedł dalej do pokoju, przymknął za sobą drzwi i przysiadł na skraju łóżka chłopca.
- A ty znowu o tych swoich duchach…
- Cieniach! – krzyczał szczerze oburzony. – To nie żadne jakieś tam pospolite duchy, to najprawdziwsze cienie, z innego wymiaru. O popatrz, tutaj masz obrazki!
- Z innego wymiaru hm? – dziadek zmrużył oczy, ledwo powstrzymując się by nie parsknąć śmiechem. – Chcesz to ci opowiem historię z innego wymiaru. O czarach, podróżach, potężnych czarodziejach i ich spiczastych zamkach?
Chłopiec w jednej chwili wypuścił z rąk książkę, wskoczył na łóżko z radości i zaczął skakać po nim, w takt wypowiadając:
- Będzie bajka! Będzie bajka!
- No, no już przestań, kładź się ładnie i uspokój na chwilę, to ci opowiem… – dziadek zrobił chwilę przerwy. – prawdziwą historię, nie żadną bajkę. Bajki są dla dzieci, a ty przecież już jesteś dorosły facet.
Chłopiec zrobił zadumaną minę i na znak zgody pokiwał poważnie głową. Ułożył się grzecznie w łóżku, przykrył kołdrą i wyczekująco wpatrywał się w dziadka. Dziadek z kolei usiadł wygodniej, odchrząknął lekko i zaczął snuć swoją opowieść:
- Dawno, dawno temu, za trzema jeziorami, lasem i samotną górą, za opuszczonym bagnem
i trupim trzęsawiskiem, za skrajem elfiej puszczy…
- Zaczyna się jak bajka… - przerwał dziadkowi chłopiec.
- Co? – zapytał dziadek, wyrwany z pantałyku. – Żadna bajka! Słuchaj dalej.
- Dawno, dawno temu, za trzema jeziorami, lasem i samotną górą, za opuszczonym bagnem
i trupim trzęsawiskiem, za skrajem elfiej puszczy i obok posępnej kniei stał piękny spiczasty zamek. Cudo tamtejszej architektury, wyłożony białym marmurem, ze świecącym dachem
z czerwonych płytek. Z lewitującymi balkonami dookoła i równo skoszonym trawnikiem.
W zamku zaś mieszkała prawdziwa szycha - cudowny czarodziej, czyli cudodziej. Czego się tylko nie dotknął, sprawiał że było to weselsze, lepsze, ciekawsze i miało w sobie więcej dobra. Cudodziej był bardzo mądry i dobrze wiedział jak wykorzystać swoje talenty, aby czynić dobro i przeciwstawiać się złu, dlatego też każdy kto potrzebował rady, albo pomocy, zwracał się z prośbą właśnie do niego. A wszystko to działo się w krainie zwanej przez wszystkich – Magią.
I tak właśnie, pewnego razu do Cudodzieja przybył, na wspaniałym białym rumaku, królewski posłaniec.
- Cudodzieju, ach Cudodzieju! – tak rzekł właśnie do niego. – Złe, ach bardzo złe się rzeczy na naszym zamku dzieją, ach dzieją…
- Opowiadaj więc…
- Razu pewnego, ach jaki to straszny był dzień, na zamek nasz przybyła pewna kobieta.
W czerń obleczona, na audiencję do króla naszego dostać się chciała, ach chciała i dostała się. Stanęła przed obliczem Jego Najwyższej Mości i w twarz, ach jego śniadą twarz, zaklęciem mu potwornym rzuciła. – posłaniec ukrył swoje oblicze w rękach, nie mogąc już powstrzymać napływających łez.
- I co dalej się wydarzyło? Co to za zaklęcie było? – dopytywał zaciekawiony Cudodziej.
- Zaklęcie, ach co to za zaklęcie potworne było. Istotnie, potworne! Albowiem twarz naszego króla powykręcało, poskręcało, wykrzywiło i w jaszczurzą paszczę zamieniło!
- Król Paszczur! – wykrzyknął chłopiec zaaferowany opowiadaną historią.
Dziadek uśmiechnął się do chłopca i wrócił dalej do swojej opowieści:
- I tak oto mieszkańcy Magii, króla swojego, Królem Paszczurem nazywać zaczęli.
- Ratuj, ach ratuj, Cudodzieju wspaniały, odczaruj naszego Pana i ukarz przykładnie ową Wrędzę, co to czary swoje na nim próbowała. – ciągnął dalej królewski posłaniec.
Chłopiec znowu przerwał dziadkowi opowieść, nieśmiało ciągnąc go za rękaw:
- Dziadku! A co to jest wrędza?
- To przecież nic innego jak wredna jędza – odpowiedział dziadek z szerokim uśmiechem.
Chłopiec z wyraźną aprobatą przyjął wytłumaczenie i na nowo ułożył się w łóżku
w oczekiwaniu na ciąg dalszy opowieści.
- Hmm – Cudodziej złapał się za swoją spiczastą, gęstą bródkę. – Hmm
Ktoś z mało wprawnym okiem, mógłby naszego Cudodzieja wziąć za bardzo realistyczny posąg, tak bardzo się on zamyślił. Przybrał do tego wielce zabawną pozę, bowiem zgarbił się nieco, jedną ręką trzymał się za bródkę, drugą zaś złapał swoją pierwszą w łokciu, zmrużył w szelmowskim stylu swoje małe, zielone oczka i wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki, które zapewne były czymś na kształt jęków namysłu. Tylko głośniejsze i bardziej złowieszcze.
- Cóż poczniemy teraz, ach cóż poczniemy? – martwił się królewski posłaniec.
- Nie ma innej opcji, niż skrzyżować swoje drogi z ową czarownicą, Wrędzą zwaną. Do odwrócenia czaru przekonać ją starać się będę, lecz obiecać niczego nie mogę. Potężne czary stosuje i sama pewnie równie silna i zła siła przez nią przemawia – ciągnął w zamyśleniu Cudodziej. – Czy wiesz, gdzie ostatnio ją może widziano?
- Ach, na trupich trzęsawiskach nasz najlepszy łowczy jej ostatni ślad stracił… - dodał królewski posłaniec z wyraźnym poczuciem winy w głosie.
Cudodziej z przekąsem pokręcił głową z niezadowolenia.
- Niedobrze, bardzo niedobrze…
Nie chciał jednak tracić już ani chwili dłużej, szybkich ruchem zawinął długi, karmazynowy płaszcz i już niemal biegł w stronę swojej spiczastej wieży.
- Czekaj tu na mnie, zaraz ruszamy w drogę, spakuje tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy – rzucił na odchodnym.
- Ale ja? Jak to tak? – szczerze zdziwił się posłaniec. – Ach, czemu ja mam iść? Przecież ze mnie jeno zwykły posłaniec, ach…
Nikt już jednak go nie słuchał. Został sam zupełnie zmieszany i z całym wachlarzem niepewności.
*
Wspaniały Cudodziej i królewski posłaniec w wielkim pośpiechu przebyli elfią puszczę
i pognali na przełaj przez posępną knieję. Wielce forsowali swe konie, bo i czas odgrywał tutaj wielką rolę. Nim słońce zniknęło za linią horyzontu, wielcy podróżnicy postawili swe kroki na trupim trzęsawisku.
- No to i jesteśmy – zazgrzytał zębami posłaniec. – Ach, słyszałeś to, wspaniały Cudodzieju?
Bo w istocie po trzęsawisku poniósł się okropny hałas, coś jakby ktoś gwizdnął, świsnął albo zawył okrutnie. Zaraz po tym odezwały się i sowy i wilki, a w tym całym zamieszaniu i słońce schowało się przestraszone, pola oddając księżycowi, który wyjątkowo dziś świecił bardzo wyraźnie.
Cudodziej nic nie odpowiedział posłańcowi, jeno tylko cmoknął głośno i zeskoczył
z konia. Otrzepał swe szlachetne odzienie z kurzu, ujął konia za uzdę i nic nie mówiąc skierował się w głąb trupiego trzęsawiska.
- Ach, Cudodzieju, jak to tak? Nic nie odpowiesz? – jego głos co chwilę łamał się, przechodząc w pisk. – Nie znamy przecież drogi, może lepiej odpocząć do rana, niż błąkać się po omacku, w ciemnościach?
- Cicho – Cudodziej zbył posłańca niedbałym machnięciem ręki. – Kiedy używasz czarów przez jakiś czas zostawiasz po sobie ślad. W zależności od tego jak mroczne i jak bardzo złe były to czary, przybierają one różne bary i odcienie. Nasza Wrędza może i silna, ale mało ostrożna. Zostawiła po sobie tak śliczną pętelkę, że w zupełnych ciemnościach zobaczyłbym ją bez najmniejszego problemu.
Posłaniec rozejrzał się dokładnie raz, drugi, trzeci i żadnych kolorów, ani nawet innych odcieni niż barwy nocy, dojrzeć nie potrafił.
- Ty ich nie zobaczysz – pospieszył z wytłumaczeniem Cudodziej widząc zmieszaną minę towarzysza. – Tylko czarodzieje mogą ją zobaczyć i to też nie wszyscy. Po prostu chodź za mną i staraj się wydawać jak najmniej dźwięków.
Ruszyli więc w głąb trupiego trzęsawiska, po omacku, w kompletnych ciemnościach. Cudodziej kroczył pewnie, dostojnie, dokładnie wiedząc gdzie chce postawić swój kolejny krok. Posłaniec zaś szedł za nim niezdarnie, uderzając na przemian to w wystający konar, to w drzewo, które nagle wyrosło mu przed oczyma. Potykał się o kamienie, a raz nawet o mało co nie wpadł do małego bagienka, zręcznie ukrytego pod stertą spłowiałych liści.
Ciężko jest myśleć o skradaniu, brocząc po łydki w lepkiej i brudnej wodzie. Cudodziej pomimo tego chodził zręcznie, cicho, niemal bezszelestnie. A posłaniec? Ach, posłaniec zaś nadrabiał i za siebie i za Cudodzieja, co rusz potykając się, jęcząc, płacząc i upadając na kolejnym wystającym konarze. Robiąc przy tym tyle hałasu, że niedosłyszący starzec usłyszałby go z dalekiej odległości.
- Cudodzieju, ach Cudodzieju daleko jeszcze… - jąkał się posłaniec.
- Cicho, cicho! – przerwał mu wyraźnie skoncentrowany Cudodziej. – No przecież widzisz ten domek, za tamtym wielkim dębem. Świeci się jak świeca zapalona w skryptorium.
Posłaniec zmrużył oczy, może i faktycznie dostrzegł jakiś domek. Zlewał się on niestety z poszyciem tutejszego krajobrazu, mając ze świecą wspólnego tyle co nic. Tym razem to posłaniec nic się nie odezwał, nie chcąc niepotrzebnie denerwować Cudodzieja
i wyrywać go ze skupienia. Machnął więc tylko głową, na znak że wie o czym mowa i gdzie trzeba iść. Wziął głęboki wdech, przeżegnał się skrycie i dodał sobie w duchu odwagi. Tej ostatniej bowiem będzie potrzebować najwięcej.
Podróżnicy ruszyli przed siebie zbliżając się do domku Wrędzy na kilkadziesiąt metrów. Cudodziej zakasał rękawy, posłaniec wolno wypuścił powietrze. Kolejne kroki, szelest liści, szum ruszonej wody. Wdech i głęboki wydech. Krople spadającej rosy i następny krok. Cudodziej poprawił swoją przemoczoną szatę. Następny krok. Jeszcze odrobinę i będą już przed samym domkiem. Posłańcowi zabiło mocniej serce, w oszalałym rytmie chcące wyrwać się z więżącej go klatki żeber. I jeszcze jeden krok. I kolejny. I jeszcze następny.
- O jejku, jejku, jejku. Zaraz się coś im stanie! - przeżywał chłopiec.
Dziadek tym razem nic nie powiedział, nie chcąc przerywać swojej opowieści w tak ważnym momencie.
W wodzie nagle coś się ruszyło, po trzęsawisku poniosło się echo wrzasku
i okropnego jęku. Na pewno to nie był wilk, ani tym bardziej sowa. Cudodziej odwrócił się w ułamku sekundy. Posłaniec zawahał się. Za jego plecami w jednym momencie pojawiła się istota, oblepiona liśćmi, bagnem i dziwnym szlamem. Ociekała nim wszędzie. Z gęstych włosów, z twarzy, wynaturzonych, pazurzastych dłoni, szerokiej klatki piersiowej i potężnych ud. Nim Cudodziej zdążył zareagować, zanim nawet posłaniec zdążył odwrócić się, bagniste monstrum wrzasnęło przeciągliwym dźwiękiem, zupełnie takim samym, który podróżnicy usłyszeli zaraz po wkroczeniu na trupie trzęsawiska.
Później nastała sekunda ciszy. I zanim Cudodziej spostrzegł, że to pułapka i kto tak naprawdę jest prawdziwym celem, za jego plecami usłyszał ponętny dźwięk kobiecych ust:
- Hola, hola, trillu-tika, gdy Cię dotknę, dostaniesz bzika!
Cudodziej poczuł tylko słodki zapach perfum i ciepły dotyk dłoni na plecach. Oszołomiony wpierw złapał się za głowę, potem zaczął krzyczeć, by w końcu rzucić się na kolana, pozostając zupełnie bezbronnym. Po trupim trzęsawisku poniosło się tryumfalne zawodzenie Wrędzy.
Bagniste monstrum rozpłynęło się w powietrzu chwilę później, pozostawiając po sobie jedynie nieprzyjemny zapach. Posłaniec zaś stał oniemiały, tracąc ostatnie resztki odwagi, jakie posiadał. Łapczywie łapał oddech. Wdech i wydech. Gorączkowo rozglądał się, nie mogąc skupić wzroku na jednym punkcie. Wdech i wydech. I jeszcze jeden. Dopiero za trzecim wdechem zauważył Wrędzę i klęczącego przed nią Cudodzieja. Dopiero teraz zrozumiał co tak naprawdę się stało.
- Odejdź – wypowiedziały czule usta kobiety. – Mam już to co chciałam.
Posłaniec dalej stał jak wryty. Oniemiały, przestraszony. Zupełnie nie wiedział co ma zrobić. Widział klęczącego Cudodzieja, tego który miał mu pomóc. Pomóc nam wszystkim, całemu królestwu. A teraz i on uwięziony. Wszystko poszło na marne. Po co on właściwie jechał w tę podróż? Wdech i wydech. Posłaniec gorączkowo myślał, przez jego głowę przelatywało całe stado rozpędzonych myśli, pytań, niedopowiedzeń. I kiedy chciał już się całkowicie poddać, odejść jak niepyszny i wrócić z klęską na plecach przed oblicze Króla Paszczura, przez jego głowę przeleciał mały, krótki impuls. Odpowiedź. Cudodziej dobrze wiedział co robi, zabierając go na wyprawę. Tak właśnie się miało stać. Odpowiedź jest tu
i teraz, w jego rękach. To do niego należy obowiązek wypełnienia tej misji do końca.
Wrędza ciągnęła Cudodzieja za nogi, powoli wyciągając go z niewielkiej płycizny na brzeg, nieopodal jej domku. Kątem oka zerknęła na posłańca i posłała mu pełne współczucia spojrzenie:
- Jeszcze tu jesteś? - jej głos roznosił się melodyjnie w powietrzu. - Powiedziałam wyraźnie, że masz odejść.
- N...n...n... - zaczął się jąkać posłaniec.
- Tak słodziutki? Chcesz mi coś powiedzieć? - Wrędza niemal hipnotycznie flirtowała swoimi słowami, wypowiadanymi z uczuciem i delikatnością jedwabiu.
- Nie odejdę! - zakrzyknął posłaniec, ocierając ostatnią łzę z twarzy.
- A to ciekawe... - Wrędza wydawała się być bardziej zaintrygowana niż zdenerwowana. -
A nie odejdziesz, bo?
Teraz, albo nigdy, pomyślał posłaniec. W ostatnim rozpaczliwym akcie swojej odwagi, posłaniec rzucił się na Wrędzę. Sam chyba do końca nie wiedział co chciał zrobić, ale nie było czasu na myślenie. To czas bohaterów, a on przecież jest człowiekiem czynu. Wrędza doskonale przewidziała zamierzenia królewskiego posłańca i niemal natychmiast złożyła proste zaklęcie oszałamiające. Nie przewidziała tylko jednego. Pech chciał, aby na drodze posłańca wyrósł potężny korzeń starego drzewa. Pech też chciał, aby to nie kto inny, jak właśnie nasz posłaniec potknął się o niego i runął jak długi w sadzawkę, unikając przy tym sprytnie zaklęcia Wrędzy.
Upadek iście bolesny, chlusnął mocno wodą dookoła. Pech po raz trzeci chciał, aby kilka kropel wylądowało na pięknym i zmysłowym obliczu potężnej Wrędzy. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Krople, niczym sam ogień z najgłębszej otchłani, zaczęły iskrzyć się na twarzy i powoli wypalać dziury na całej jej powierzchni. Wrędza wrzeszczała jak na poparzoną przystało. Zachwiała się, rękami starając się strącić śmiercionośne krople wody.
Posłaniec wpierw był zaskoczony, później natomiast szybko odzyskał zimną krew
i nabierając wody w obolałe ręce, chlusnął Wrędze w twarz jeden raz. Potem drugi, trzeci
i kolejny. Ale to już bez znaczenia. Bowiem Wrędzy już nie było, rozpłynęła się w pobliskiej sadzawce, wydając po raz ostatni swój oszałamiający ryk bólu.
Na trupim trzęsawisku nastała cisza.
Posłaniec zmęczony cały zajściem, dał rade jeszcze dojść do skulonego Cudodzieja.
- Już po wszystkim! - krzyczał nabuzowany pozytywną energią. - Wrędzy już nie ma! Nie ma!
Nadal lekko oszołomiony Cudodziej powoli podniósł się z ziemi. Chwilę wpatrywał się
w posłańca, pozwalając pamięci na przywrócenie biegu ostatniego zajścia. W końcu, w pełni wyprostowany, uścisnął posłańcowi jego prawą dłoń.
- Gratulacje! Wiedziałem co robię, biorąc cię ze sobą - a po tych słowach uśmiechnął się tak szczerze, że nawet księżyc na niebie z zazdrością zerkał na posłańca i to czego dokonał.
*
- Koniec historii - skwitował dziadek.
Chłopiec jednak wbrew oczekiwaniom dziadka wcale nie usnął. Nie ucieszył się nawet samą historią. Na jego małej pyzatej buźce bowiem pojawiły się krople łez. I choć, jak na dużego chłopca przystało, starał się nie rozpłakać, to słychać było jego stłumiony szloch
i nerwowe pociąganie nosem.
- Ej, kolego, a cóż to za smutna mina? Dlaczego płaczesz? Nie podobała ci się opowieść? - tym razem dziadek czuł się zakłopotany.
- Nie, dziadku - w końcu się odezwał, nadal pociągając zakatarzonym nosem. - Podobała się, nawet bardzo! Ale to już koniec historii. I dlatego mi smutno.
Dziadek przysunął się do wnuczka, objął go czule silnym ramieniem i z pełną powagą
i szczerością serca powiedział:
- Ależ to nie koniec opowieści z krainy Magii. To ledwie maluteńki jej kawałek. Może innym razem opowiem ci o tym, jak posłaniec wrócił do króla i został bohaterem? Albo jak Cudodziej zdecydował się go przyjąć na ucznia sztuk czarodziejskich? A za kilkadziesiąt lat, to ty będziesz na moim miejscu i opowiesz tę i całą masę innych historii swoim dzieciom. Zamknijmy więc Magię w przyszłości. Tak mojej, jak i twojej. I otwierajmy ją zawsze wtedy, kiedy będzie taka potrzeba, zgadzasz się ze mną?
- Tak - odpowiedział chłopiec poważnym tonem i zamknął krainę Magii w swojej przyszłości.
A co było potem? Lepiej niech już on sam opowie. Dobranoc.

Jest to ukończone opowiadanie, które stworzyłam na potrzeby mojego powieściowego uniwersum (z biegiem czasu będę umieszczać kolejne krótkie teksty). Inspiracją są języki stworzone przez Tolkiena, a także jego rozbudowany świat.
Wszelkie uwagi mile widziane :)

-----------

Chaos.
Pośród Najczarniejszej z Czerni pulsuje Ciemność. Walczy. Wije się w uścisku Wiecznej Nocy by wyrwać się z jej żelaznych ramion.
Z Ciemności wynurza się Światło. Ucieka chcąc znaleźć się jak najdalej od czerni Nocy. Jednak Noc nie rezygnuje tak łatwo. Wyciąga swą mackę dotykając Światła, a eksplozja, która towarzyszy temu dotknięciu, rozrywa uciekiniera na tysiące fragmentów. Te, które znalazły się w bezpiecznej odległości, zbliżają się do siebie. Łączą się. Pozostałe dryfują pozornie bez celu dookoła nowego tworu.
Rezultat połączenia mniejszych świateł pęcznieje. Rozrasta się pochłaniając pozostałe światła rozproszone wokół niego. Jest już tak wielki, że nie obawia się Nocy i kryjącej się wewnątrz niej Ciemności. Z jego wnętrza wystrzeliwują w stronę czerni dziesiątki świetlistych promieni. Część z nich odpędza Wieczną Noc, kolejne chwytają Ciemność, która nie poddaje się jednak łatwo następnemu napastnikowi. Ciemność wie, że w łapach Światła jest równie niewidoczna jak w uścisku Wiecznej Nocy.
Światło pulsuje. Przekazuje Ciemności propozycję. Kusi. Przekonuje.
Światło nie może istnieć bez Ciemności.
Ciemność nie istnieje bez Światła.
Zawrzyjmy Pakt. Połączmy się. Tym, co z nas powstanie, podzielimy się po połowie.
Ciemność zgadza się. Przestaje walczyć.
Światło pochłania Ciemność. Powierzchnia nowego tworu kipi, zmienia się przybierając różne barwy. I wciąż się powiększa.
Wreszcie wszystko uspokaja się.
Cała walka rozgrywa się w absolutnej i wszechogarniającej ciszy.
Nowy obiekt zrodzony z zespolenia Światła i Ciemności zawisa pośród Wiecznej Nocy otoczony tysiącami mniejszych świateł. Przybiera postać kuli, która wyraźnie odcina się na tle Najczarniejszej Z Czerni.
Minęły eony ciszy, ale czas nie miał tu najmniejszego znaczenia. Ciemność i Światło, złączone w kulistym kształcie, współpracowały ze sobą określając nowe warunki porozumienia i pieczętując zawarty Pakt.
Nagle ciszę rozrywa Krzyk. Dołącza do niego kolejny. I następny. I jeszcze jeden. Ciszę wypełnia kakofonia dźwięków. Najczarniejsza z Czerni rozbrzmiewa chórem głosów.
Światło i Ciemność ostatecznie przypieczętowały Pakt.
Tak narodził się Świat.
I tak narodziły się smoki.

Witajcie! Moim celem było napisanie czegoś lekkiego oraz humorystycznego :) Oto fragment opowiadania, które z czasem będę dopieszczać. Nie ukrywam, że liczę na Wasze komentarze, które pomogą ulepszyć mój warsztat!

Deiro ścigał się z czasem. Pędził na złamanie karku przez podmokły bór. Przypominał nieco lamentującą niewiastę, biegnącą z rozchełstanym dekoltem za kochankiem, który ją porzucił. Krągłe piersi rytmicznie podskakiwały, gdy zawiązywał rzemień koszuli. Niewprawiony obserwator mógłby wziąć chłopaka za szczodrze obdarzoną piętnastolatkę, jednak basowy głos rozwiewał wszelkie wątpliwości.
- Kurwa!- ryknął, gdy niedbale przywiązany pas od miecza zsunął się z jego gaciami do kolan, by nieznacznie, ale skutecznie zachwiać solidną konstrukcją chłopaka. Czas na chwilę zamarł, powietrze zgęstniało. Ciało Deira leniwie parło ku przodowi przecinając atmosferę. Pucułowata twarz zmieniała wyraz niczym ciasto urabiane na stolnicy, by ostatecznie przybrać zatrwożoną minę i przyrżnąć z precyzją w sam środek omszałego głazu. Gdyby zawody w strzelaniu do tarczy zastąpić skokiem w dal na twarz, Deiro długo nie miałby sobie równych.
W myśl przysłowia „ co nagle, to po diable” chłopak jeszcze chwilę leżał w bezruchu. Promienie przelewały się przez nasiąknięte słońcem korony drzew. W końcu, gdy energiczne trele zięby ustąpiły melodyjnym gwizdom wilgi, Deiro ostrożnie obrócił się na plecy. Młodzian nie przywykł do wczesnego wstawania, toteż myśląc, że budzi się dziś po raz pierwszy rzucił światu obojętne spojrzenie i zamknął oczy. Gdy już usypiał, nieprzyjemne przeczucie, że o czymś zapomniał szarpało się z resztkami świadomości, by ostatecznie grzmotnąć z siłą kowalskiego młota.
- Kurwa mać!- i byłby się znów potknął w nagłym zrywie, ale szybko złapał równowagę, podciągnął spodnie i popędził z puchnącą, zaczerwienioną twarzą na skraj lasu. Tym razem kroki stawiał ostrożnie, gorliwie omijając korzenie i głazy...

Gromżyj i Parżuja cierpliwie czekali na ławce. Siedzieli okrakiem, do cna zaabsorbowani partyjką w czaturanga. Z minuty na minutę z planszy ubywało czarnych figurek- gnomka ogrywała przyjaciela. Krasnolud uniósł lewą brew. Była to jedyna dostrzegalna emocja na mocno zarośniętej twarzy.
- Nie pojmuję, dziecino. Jak twój słoń mógł zablokować mojego ministra?
- Nie umiesz przegrywać, Gromżyj- odparła z zawadiackim uśmieszkiem Parżuja.
- A ty znowu oszukujesz...co chwilę zmieniasz zasady gry!
Gnomka zachichotała. Jej bose stópki dyndały rytmicznie to w przód to w tył. Wyglądała jak figlarne dziecko przekomarzające się ze starszym bratem. Zdmuchując z twarzy czarne pukle poklejonych włosów przyglądała się planszy. Palce ubrudzonej rączki nerwowo tańczyły nad białym pionkiem. W końcu kąciki ust zadrgały w złowieszczym uśmiechu.
- Szach i mat!- pisnęła z zachwytu.
- Zołza jesteś! Tak się nie robi!- Gromżyj skrzyżował ręce na piersi i westchnął ciężko. Parżuja często kantowała. Nikt nie był jednak w stanie stwierdzić kiedy to robi.
- No już! Nadymasz się jak przeżarte kocię. A kto wczoraj wygrał równowartość naszych półrocznych zysków?
- No ty- przyznał niechętnie krasnolud- Ale to nie TY dostajesz w ryjo, gdy wstawieni klienci orientują się, że coś nie gra.
Prawda. Ogromny talent małej gnomki przysporzył jej oraz jej towarzyszowi sławy godnej nie byle jakich oprychów z Zahuku- krótko mówiąc „złej sławy”. W karczmach „ Pod nieboszczką”, „U Zycha”, czy „Przy jaglanym stole” wprowadzono zakaz wstępu wszystkim gnomom i krasnoludom, co spowodowało falę protestów Ligi Obrony Mniejszości. Tłumy maluczkich wyszły wówczas na ulice, żeby pić i skandować niebanalne hasła wyzwoleńcze, takie jak: „Krasnolud też człowiek!” albo „Czy jest mały, czy jest duży alkoholem się odurzy!”.
W końcu ktoś spośród zgiełku huknął tubalnym głosem: „ Jedna pijąca brać nie zna rasowych granic, psia mać!”. I tak hasło podłapały zebrane wokół jegomościa miejskie baby, przekazując słowa prawdy dalszym rzędom protestujących. Po chwili jeden z krasnoludowych minstreli przybrał sentencję w skoczną melodię. Któryś z bardów dorzucił nowy wers, elegancki gnom wyryczał na całe gardło następną linijkę, by ostatecznie wstawiony już, schludnie przystrzyżony krasnolud wybełkotał krótki „protest song”:

„Jedna pijąca brać, nie zna granic...ot...psia mać!
Hej, ho! Psubraty! Spirytus łykam na raty!
Jak się komu nie podoba, niechaj beczkę piwa poda!
Hej, ho! Basiu ma, kielich wina albo dwa!”

Tygiel maluczkich zaczął wirować. Protestujący łapali się za ręce lub klaskali. Mieszkańcy Zahuku wyglądali z okien, a nieliczni dołączali do zbiegowiska. Karczmarze, jeszcze parę dni wcześniej przeciwni mniejszościom, teraz zwęszyli okazję do zarobku. Zakasawszy rękawy biegali w tę i we w tę, rugając pomocnice za podpieranie ścian. Alkohole różnej barwy, od intensywnego karmelu po złocistą pszenicę, przelewano z gąsiorów do kubków i kufli. Protesty przerodziły się w biesiadę, która trwała do późnej nocy.
Prawdopodobnie entuzjazm zebranych wygasłby spokojnie niczym świeca, a mieszkańcy poszliby spać, gdyby nie pojawienie się zahukańskich bojówek. Ich członków, zwykle ludzi w wieku młodzieńczym, charakteryzował ogromny zapał do działania i brak jakiejkolwiek wyobraźni. W zwęszeniu sposobności do upuszczenia krwi byli lepsi od posokowców. Aż dziw, że łowcy nie oswoili ich dla własnych potrzeb. Młodzianie również przygotowali własne hasła. Gdy dźwięk lutni, bębenków i kozłów ucichł, z dachu pobliskiej karczmy zdawało się słyszeć: „Krasnoludy do budy!”, „ Nie chce matka gnomów stadka!”, „Jaguś, kocham cię!”. A potem się zaczęło.
Jeden z chuliganów zjechał z mansardowego dachu i runął wprost na przysadzistego mężczyznę. Ten pod wpływem upojenia alkoholowego wyciągnął krótki miecz i wymachiwał nim, krzycząc jak wariat. Dziewczęta zapiszczały, gdy stary gnom doskoczył z bułatem do młodego chłopaczka. Baby szarpały za ubrania kogo popadnie, a kilku bojówkarzy wynosiło z placu beczki z trunkami.
Chaos. Zamieszki, jakie wywołała z pozoru niewinna gra Parżui, trwały do rana. Na szczęście, nim atmosfera zgęstniała niczym dziegieć, gnomka i jej przyjaciel ulotnili się z miasta. Musieli zdeponować taczkę oszczędności, a jak wiadomo wszelkie błyskotki pozostawione w zahukańskim banku ulegały sprzeniewierzeniu. Jedynym wyjściem była krótka podróż do Brzdżycy- rodzinnego miasteczka Gromżyja. Tamtejszego skarbca pilnował nie kto inny jak sam Gromżyj Senior.
Teraz wystarczyło złapać jakiś powóz na głównym trakcie. Pech chciał, że nieczęsto jeżdżono z Zahuku na południe. Tak więc Gromżyj i Parżuja czekali...

Dzieło autorskie - proszę czytać i komentować, ale się nie dopisywać.
Dziękuję.

Rozdział 1

Idąc ulicami dużych rozmiarów zatłoczonego miasta mija się wiele wystaw sklepowych, jakie mrugają do przechodniów zachęcająco, by zatrzymali się i je podziwiali. Zdarzają się takie, którym oprzeć się nie można, nawet gdyby się miało najsilniejszą z posiadanych przez ludzi woli. Do takich zaliczyć można przykładowo piekarnię, ba! Lepiej weźmy za przykład cukiernię. Wielka szklana tafla oddziela nas od cudów jakie stworzyły sprawne dłonie cukiernika i jego pomocników. Zewsząd przyglądają się ciekawskim lukrowane babeczki, ciasta z kręconą kremowa koroną, torty przemawiają swym wielowarstwowym nadzieniem i kuszą, kuszą mocą jaka jest nie do odparcia. Przechadzając się miasteczkiem i zagłębiając się w pewne alejki, bardziej kryjące się w mroku niż wychodzące na słońce, można też znaleźć inne interesujące rzeczy, pod warunkiem, że nie boimy się pewnych kłopotów…
W taką właśnie uliczkę zagłębił się Dice. Normalni ludzie, szarzy obywatele, ominęli by taką uliczkę szerokim łukiem obawiając się napaści i prawdopodobieństwa spotkania tu kogoś lub czegoś, co uniemożliwiło by szczęśliwe kontynuowanie drogi. Ten mężczyzna w szarym prochowcu, którego czasy świetności dawno minęły, przemierzał kamienną drogę w miarowym, ale dość szybkim tempie. Śpieszyło mu się, bo najwyraźniej znalazł to czego szukał, a raczej myślał, że znajdzie to czego szuka w tej zapuszczonej alejce. Opodal przyglądało mu się mętnymi spojrzeniami kilku obywateli klasy niższej. Dice musiał sam się zmotywować, by nie zawrócić. Nie. Zbyt długo szukał tego miejsca, i jeśli ono tu jest, to on je znajdzie. Minął panów w stanie wskazującym na upojenie większe niż zalecane. Praktycznie nie został przez nich zaczepiony, jeśli nie liczyć trudnych do zrozumienia bełkotów jakie prawdopodobnie były do niego skierowane. Zignorował je jednakże przyśpieszając kroku. Szedł dalej zagłębiając się w ciemność i zaczynał powątpiewać w realność tego co widział. Na niebie świeciło słońce, był środek dnia, a w alejce zalegał taki mrok, że niemal mógłby go dotknąć, jednak wolał tego nie czynić. Jeszcze znalazł by tam coś żywego. Przestraszył się na śmierć i obejrzał szybko, kiedy w śmietniku który mijał rozległ się głuchy brzdęk, a potem wściekły syk. Odetchnął widząc uciekającego czarnego dachowca. To miejsce mroziło mu krew w żyłach, choć kiedy zaglądał w alejkę z głównej ulicy myślał, że będzie łatwo. Znalazł w końcu to czego szukał... Dotarł pod drewniane drzwi sklepu którego wystawa była zasłonięta ciemnymi, pomarszczonymi zasłonami jakie z pewnością nie wpuszczały promieni światła do środka. W normalnych warunkach nie zwrócił by uwagi na ten lokal, gdyby nie szyld w tej chwili przedstawiający zwiniętego w kłębek kota w kapeluszu, który.. delikatnie machał ogonem.
Zreflektował się, że od dłuższej chwili gapi się jak oniemiały w hipnotyczny ruch kociego szyldu. Przetarł oczy dla pewności. – To mi się wydaje? – zamrugał patrząc ponownie – Nie, to mi się nie wydaje. – Rozejrzał się na boki po alejce. Nic w niej się nie zmieniło. Pijaczki nadal okupowali jeden z murów, pewnie głównie po to, by zachować pionowa pozycję. Poza nimi nikogo w alejce nie było. Dice wrócił wzrokiem do drzwi. Wyciągnął dłoń, by położyć ją na klamce. Zrobił to i nacisnął ją. Drzwi ustąpiły ku jego zdumieniu. Gdzieś w głębi duszy miał nadzieję, że będzie zamknięte, jednak w tej głębi był też głos błagający by drzwi ustąpiły. Okoliczność potwierdziła rację drugiego głosu i teraz drzwi stały przed nim otworem. Naprzeciw niego ziała ciemność przeplatana zapachem wiekowego kurzu. Wszedł ostrożnie do środka z zamiarem pozostawienia otwartych drzwi, które dawały nikłe światło. Przejście jednak samo się zamknęło i Dice utonął w mroku i nieprzyjemnym pyle jaki unosił się w powietrzu..
Jęknął w myślach stereotypowe „Boże, nie!” i zaczął iść po omacku szukając drogi. Zrobił zaledwie kilka kroków nim wpadł na coś, co pod jego dotykiem zaklasyfikowane zostało jako drewniany fotel. Wkrótce trafił tez na drugi z pary, oraz niski stolik, najprawdopodobniej kawowy. Podejrzewał, że zbliża się do ściany, kiedy natrafił na coś kamiennego sięgającego mu do piersi. Dotykał dłońmi kamieni gdy nagle z nikąd bezpośrednio przed nim buchnął płomień. W reakcji obronnej odskoczył do tyłu zawadzając o fotel, po czym przeleciał przez jego oparcie lądując plecami na siedzisku w dość zabawnej pozycji. Zgramolił się z fotela mało efektywną przewrotka i wyjrzał zza niego, by zobaczyć co się właściwie stało. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy na wysokości swoich oczu zobaczył inną parę, która wpatrywała się w niego ze stojącej po przeciwnej stronie komody.
- K… Kim jesteś? – zapytał drżącym głosem.
- Kim jesteś? – odpowiedział mu z pewnością kobiecy głos. Dice przymknął lekko powieki i skupił się na oczach. Znajdowały się w miejscu jakie było bardzo słabo oświetlone mimo paleniska. Dostrzegł w cieniu powabne kobiece kształty. Zamrugał, bo mignęło mu coś jeszcze, co poruszało się leniwie za postacią. Tak przynajmniej podejrzewał. Dostrzegł też, że kobieta ma na głowie kokardę, lub inną ozdobę.
- Posłuchaj panienko, jestem Dice i szukam… - dokończyłby zdanie gdyby nie to, że kobieta nagle pojawiła się przy nim wbijając szereg ostrych szpikulców w jego odsłonięte gardło. Sparaliżował go strach, bo to co kobieta zrobiła stanowczo ludzkie nie było.
- Nie jestem panienką… - wysyczała wściekle postać.
- Dobrze, dobrze wybacz. – skruszył się pośpiesznie, by ostrza nie poznały się lepiej z jego krtanią.
Kobiecie wyraźnie podobała się ta sytuacja - przycisnęła broń bardziej do gardła ofiary…
– Szukałem cię, wiele lat. – zaczął, ale postać dziwacznie zachichotała. – Co w tym śmiesznego? – skonsternował się obserwując ją.
- Kim jesteś i czego ode mnie w takim razie chcesz? – zapytała kobieta spoglądając na niego wielkimi niebieskimi oczami.
- Jestem Dice, Dice Breakeman. – przedstawił się – Słyszałem o twoich dziełach. Mówili, że to tylko bajki, legendy, a ja wiedziałem, że istniejesz! – mężczyzna nie był w stanie ukryć podekscytowania.
- Do rzeczy. – warknęła kobieta.
- Już. – speszył się nieznacznie. – Potrzebuję jednego z twoich dzieł. – zaczął, ale kobieta wybuchnęła śmiechem.
- Coś ci się pomyliło, Dice. – odpowiedziała robiąc uśmiech jaki zjeżył gościowi włosy na plecach.
- Nie. Ja wiem, że to ty. Widziałem szyld. Szukałem tego miejsca i oto jestem. Cena nie gra roli. Muszę mieć tę czapkę. – upierał się, a desperacja błyszczała w jego oczach.
- Nie masz nic wystarczająco cennego mych usług. – stwierdziła.
- Chess! – światło padało z przejścia jakie się otworzyło, a jego drzwiami był wysoki regał z książkami. Stała tam inna kobieta. Na pierwszy rzut oka była ona niższa od tej z pazurami, miała długie ciemne włosy, jakiś płaszcz i coś, co mogło być kolejną ozdobą do włosów zamocowaną z boku głowy.Dick przeniósł wzrok z przybysza na Chess, której już przed nim nie było. Rozejrzał się pośpiesznie. Znajdował się w pomieszczeniu jedynie z nowoprzybyłą kobietą. Pomacał dłonią szyję, na palcach nie było krwi. Dama jaka się pojawiła weszła do pomieszczenia i wtedy coś pstryknęło, zapaliło się górne światło, które okazało się być całkiem ciekawym żyrandolem z rzemyków.
Zobaczył przy nowej kobiecie Chees, która pojawiła się obok niej znikąd. Co zaskakujące teraz dopiero widział, że ma ona długi koci ogon, a to co zdobiło jej głowę było parą puszystych uszu. Ubrana była w golf i proste spodnie jakie łączył gruby pas.
- To do ciebie… - zamruczała kocica i zniknęła w pomieszczeniu jakie skrywał regał.
Dice patrzył na osobę z jaką teraz został sam na sam. Mógł spokojnie przyjrzeć się kobiecie. Faktycznie miała ona długie, czarne, proste włosy jak zauważył od razu, dostrzegł też błyszczącą parę złotych oczu jakie wpatrywały się teraz w niego. Ubrana była w czerwoną koszulę z falbankami, a na niej ciekawie połataną marynarkę, czarne spodnie były obcisłe, ale też nosiły ślady naprawiania w postaci łat. Na głowie znajdował się niewielki kapelusik będący po prostu poduszeczką na igły z której te wesoło sterczały.
- Jestem Dice, szukam kapelusznika. – powiedział streszczając cała przemowę, jaką układał na tę okazje do dwóch słów.
- Zatem znalazłeś. – odpowiedziała mu kobieta i usiadła na jednym z foteli wskazując gościowi drugi, na co on spojrzał na nią z powątpiewaniem, ale zajął wskazane miejsce.
- Spodziewałem się kapelusznika, wiesz… mężczyzny, w innym wieku… - zaczął, ale śledząc mimikę twarzy rozmówczyni postanowił ugryźć się w język. – Astral?
- Tak. – potwierdziła kobieta kapelusznik. – Zatem mnie znalazłeś. Jaką masz do mnie sprawę?
- Potrzebuję kapelusza, magicznego kapelusza. – wypalił blondyn.
Astral zmarszczyła ciemne brwi – Nie zajmuję się już wyrobem takich rarytasów. – odpowiedziała i na to odezwała się Chess , śmiejąc się. – Bo to było zbyt problematyczne.
- Owszem, problematyczne. – potwierdził kapelusznik z niezadowoleniem – Nie widzę powodu więc, czemu miałabym robić dla ciebie wyjątek.
- No, tak. Mówił, że tak możesz powiedzieć i wtedy kazał przekazać ci to. – Dice pokopał w kieszeni i wydobył z niej ciasno zwinięty liścik na brunatnym, starym pergaminie. Astral nachyliła się biorąc od niego list, dopiero teraz spostrzegł, że ma na dłoniach czarne rękawiczki bez palców, a na nich kilka plastrów. Rozwinęła papier i przeczytała jego treść. Wyraz jej twarzy zmieniał się od znudzenia, przez poirytowanie, zaciekawienie, aż po zrozumienie jakie nie wzbudziło jej optymizmu. Kiedy skończyła rzuciła świstek Chess, która złapała go w swoje niewidoczne łapki. Pozycja w jakiej znalazł się pergamin wskazywał na to, że jest czytany. Nagle liścik zniknął zupełnie, a kotka pojawiła się stojąc obok fotela w jakim siedziała Astra.
- Przygoda, cudownie. – zamruczała Chess, wyglądała na ucieszoną z nowego zadania. Za to Astra wyglądała jakby nie miała najmniejszego zamiaru się za to brać. – Nie możesz odmówić. Wiąże cię umowa… tak łatwo cię podszedł. – zasyczała z zadowoleniem.
Kapelusznik spiorunował kotkę spojrzeniem, a potem z kwaśną miną przeniósł je na Dice’a - Bierzemy to zlecenie. – stwierdziła Astra nie mając najwyraźniej innej możliwości. – Ale cena będzie odpowiednio wysoka. – zaznaczyła marszcząc brwi nad złotymi oczami. Dice odetchnął, jego zadanie zostało w tym momencie wypełnione, mógł w końcu wracać do swojego życia. Do rodziny, żony, dzieci i psa.
- Musimy zdobyć materiały… - zabrzmiał głos Astry – A ty, Dice pójdziesz z nami. – te słowa wypowiedziane przez kapelusznika sprawiły, że on i Chess wytrzeszczyli na nią swe oczy na co ona odpowiedziała im jedynie chytrym, niewiele mówiącym uśmieszkiem.

Kolejny ukończony tekst z mojego uniwersum - krain tworzących Lomarię. Wskazane są komentarze ;)
Miłego czytania.

-----

W czasach, gdy góry były jeszcze młode, a rzeki dopiero przedzierały się przez nagą ziemię rzeźbiąc swoje koryta, krainy Lomarii zamieszkiwały smoki.

Nikt nie wie skąd się wzięły, nikt nie wie ile ich było. Jeśli one same wiedziały cokolwiek na ten temat swego pochodzenia, nie zostawiły o tym żadnej wzmianki.
Smoki panowały w przestworzach, smoki stąpały po ziemi i pływały w morzach. Przez tysiąclecia kształtowały świat na swój sposób i wedle własnych upodobań. Uśpiły niespokojną i gwałtowną ziemię, chociaż czasami ona daje znać o sobie niezadowolonym mruczeniem. Wypiętrzyły góry dzieląc Lomarię na dwie części i ukształtowały ostatecznie koryta szalejących rzek. Ujarzmiły ryczące i groźne morza, nadając im równy rytm fal, aczkolwiek czasem wydają się one buntować przeciw temu głośnym i groźnym rykiem. Dzięki swej mądrości i talentom przekształciły świat, dzięki swej magii powołały do życia niezliczoną ilość roślin i zwierząt.

Trwało to tysiące lat. Radość, jaką dawało smokom tworzenie, powoli mijała. Płomień ich pomysłowości wypalał się, malał z chwilą powstania każdej nowej istoty. Pomimo całej swej mądrości, pomimo nieskończonej wyobraźni, w sercach smoków pojawiła się Pustka i Samotność. Dumne ze swych dzieł uświadomiły sobie jednak, że są one Niepełne i Niedoskonałe. Żadne z nich nie mogło stać się ich towarzyszami, żadne nie było w stanie należycie docenić wysiłków i talentów, jakie smoki włożyły w ich tworzenie. Żadne nie było wystarczająco rozumne.

Siedem najstarszych, najmądrzejszych i najpotężniejszych smoków przyleciało na równiny Fentumëthyn Ardayn by naradzić się nad stworzeniem istot, które byłyby doskonałe, które mogły im towarzyszyć i wypełnić dręczącą je Pustkę.

- Powietrze jest wszędzie – rzekł Vermilon z Dalekiej Północy. – Niech korzystają z przestworzy, królują wszystkim ptakom i towarzyszą nam w naszych podniebnych wędrówkach by z wysokości móc docenić piękno naszych dzieł.

- Woda jest wszędzie – powiedziała Vasar z Zatoki Arnth. – Niech więc żyją blisko niej, pływają i królują wodnym zwierzętom, a docierając w najdalsze głębiny niech doceniają ogrom naszych prac.

- Skały i ziemia są wszędzie – wtrącił Varneth żyjący u stóp Ered Orna. – Niech więc żyją wśród nich i pod nimi, drążą góry i ciężką pracą wydobywają spod ziemi to, co tam ukryliśmy. A ze znalezionych kamieni i metali niechaj tworzą piękne przedmioty i wielkie dzieła.

Smoki rozważyły każdą z propozycji, ale nie mogły zdecydować, którą wybrać.
Wreszcie ponownie przemówił Vermilon:

- Skoro nie potrafimy zadecydować, czyja propozycja jest najlepsza, niechaj każde z nas zabierze się do pracy osobno. Tchnijmy Iskrę w istoty, które powołamy do życia, aby były nam podobne. Spotkajmy się tu za rok by ocenić nasze dzieła i postanowić ostatecznie czyj twór jest najlepszy i zasługuje na miano naszego towarzysza.

Tak też zrobiły.

Minął rok, gdy ponownie siedem najstarszych, najmądrzejszych i najpotężniejszych smoków przyleciało na równiny Fentumëthyn Ardayn.

Pierwszy swoją pracę zaprezentował Vermilon.

Jego dzieło, mniejsze od najmniejszego ze smoków, posiadało, na ich podobieństwo, wielkie, skórzaste skrzydła i długi wężowy ogon. Jednak jego ciało było ciałem lwa, a łeb – głową orła. Przednie kończyny niczym nogi drapieżnego ptaka zakończone były ostrymi szponami, a tylne lwie łapy wieńczyły pazury.

Stwór przysiadł dumnie na tylnych łapach obok swego stwórcy.

- Jest to istota, której Iskra to Siła, Waleczność i Szybkość. – powiedział Vermilon do pozostałych smoków.

- Czy jest rozumna?

- Potrafi polować, jest najsilniejsza z wszystkich podniebnych zwierząt i tak wytrzymała jak my. Jednak nie mówi i nie tworzy niczego sama z siebie.

- Silny i szybki jest gryf – odezwała się po raz pierwszy Caribein, która nadawała imiona wszystkim rzeczom. – Jednakże zbudowany jest przede wszystkim z Powietrza, a jego Iskra to przymioty ciała. Niczego nie tworzy, a przez to nie będzie w stanie pojąć wielkości naszych dzieł. Nie jest doskonały. I nigdy nie będzie.

Pozostałe smoki zgodziły się z jej osądem, ale Vermilona zasmuciły jej słowa. Bez pożegnania odleciał na Północ, a gryf podążył za nim.

Jako drugi swe dzieło zaprezentował Varneth.

Jego twór był odmienny od dzieła Vermilona tak bardzo jak dzień różni się od nocy. Istota była bardzo niska, niewiele wyższa od gryfa gdy ten siedział obok swego stwórcy. Poruszała się na dwóch nogach, a jej głowę i twarz porastały długie włosy. Wyglądała niezgrabnie i gdy zastygała w bezruchu można było pomyśleć, że to kamień. Jej całe ciało pokrywała żelazna zbroja, którą sama wykuła, a w dłoniach trzymała dary dla wszystkich smoków, również wykonane przez nią.

Gdy smoki otrzymały dary i przestały się nimi zachwycać, odezwał się Varneth:

- Iskrą mojego dzieła jest Pracowitość, Upór i Wytrwałość.

- Czy jest rozumne?

- Jest wytrwały. Z uporem drąży góry w poszukiwaniu szlachetnych kamieni i metali. Sam buduje swoje siedziby ozdabiając je i tworzy piękne rzeczy.

- Pracowity jest krasnolud. – powiedziała Caribein nadając tym samym imię tej istocie. - Jednak zbyt mocno kocha ciemność. Zbudowany jest z Ziemi, a w jego Iskrze znajdują się same przymioty ducha. Nie jest doskonały. I nigdy nie będzie.

Pozostałe smoki zgodziły się z jej osądem. Varneth gniewnie machnął ogonem, ale nic nie odrzekł. Zabrał krasnoluda i wrócił do swojej siedziby skrytej u podnóży Eryd Orna.

Jako ostatnia swoją pracę przedstawiła Vasar.

Jej dzieło było olśniewające. Stworzenie było niezbyt duże, delikatne i kruche. Podobnie jak krasnolud poruszało się na dwóch nogach, ale na tym ich podobieństwa się kończyły. Całe ciało było niemal bezwłose, jedynie na głowie znajdowały się długie, skręcone włosy w kolorze morza, które kaskadą spadały na ramiona i plecy. Skóra istoty połyskiwała niczym morska sól osadzająca się na przybrzeżnych skałach.

Stworzenie otworzyło usta i zaczęło śpiewać. Jego głos rozbrzmiewał echem po równinie i przywodził na myśl łagodne morskie fale, szumiące wysoko w górach potoki, szemrzące strumyki i rzeki wijące się meandrami po równinach. W głosie brzmiało piękno wiosny i lata, ale także groźny pomruk późnej jesieni i zimy.

- Jej Iskra składa się z Dumy, Piękna i Głosu. – powiedziała Vasar gdy przebrzmiały ostatnie nuty pieśni.

- Czy jest rozumna?

- Żyje na wybrzeżu tworząc wspaniałe budowle i śpiewając pieśni, które uspokajają morza. Panuje nad morskimi stworzeniami.

- Piękna jest syrena i wielka jest siła jej głosu – orzekła Caribein obdarzając istotę imieniem. – Jednak zbyt mocno ukochała wodę i sama zbudowana jest z Wody. Wprawdzie jej Iskra to przymioty ciała i ducha, lecz są zbyt niewyważone by czynić z niej naszą towarzyszkę. Nie jest doskonała. I nigdy nie będzie.

Pozostałe smoki zgodziły się z jej osądem.

Vasar rozczarowały te słowa, ale nic nie odrzekła. Wraz z syreną w milczeniu wróciła do Zatoki Arnth.

Cztery najstarsze i najmądrzejsze smoki po raz kolejny naradzały się na równinach Fentumëthyn Ardayn nad stworzeniem istot, które byłyby doskonałe, były ich towarzyszami i wypełniły dręczącą Pustkę. Przez trzy dni i noce naradzały się co jeszcze mogą zrobić, przez trzy dni i noce nie potrafiły znaleźć rozwiązania.
Wreszcie czwartego dnia odezwała się Brianna:

- Skoro ani gryf Vermilona, ani krasnolud Varnetha, ani syrena Vasar nie były doskonałe, nie pozostaje nam nic innego jak wyruszyć w poszukiwaniu Inspiracji. Gdy ją znajdziemy uda nam się stworzyć istotę, która będzie doskonałą.

Smoki przytaknęły. Wkrótce Brianna wraz ze swoim nieodłącznym towarzyszem Silvernem, wyruszyła w stronę Gór Wysokich.

Kierowali się na północ do chwili, gdy dostrzegli polujące gryfy. Dzieci Vermilona bez lęku atakowały nawet największe ptaki i wykonywały karkołomne ewolucje w powietrzu.

- Tu nie znajdziemy Inspiracji. – zawyrokowała Brianna i skierowała się na południowy-zachód.

Gdy przelatywali nad Górami Trzech Młotów dostrzegli krasnoludy Varnetha. Długo krążyli nad szczytami gór obserwując je przy pracy i chociaż dzieła Dzieci Varnetha były wspaniałe i zdumiewające, nie znaleźli tu Inspiracji.

- Szukajmy dalej. – powiedział Silvern i skierował się na Zachód.

Po kilku dniach lotu oba smoki dotarły nad Syrenie Jeziora i do Nen Vasarhael. Z wysokości obserwowały życie syren i morskich stworzeń i pomimo, że Dzieci Vasar były piękne i pełne gracji w wodzie, także i tu nie znaleźli tego, czego poszukiwali.

- Nie możemy tracić nadziei. – powiedziała Brianna i skierowała się ponownie ku północy wzdłuż wybrzeża.

Przemierzając Wyżynę Raven dotarli do Zatoki Beruny. I tam, ku ich niezmiernemu zdumieniu, dostrzegli istoty, których nigdy wcześniej nie widzieli.

Stworzenia te, podobnie jak Dzieci Vasar, zamieszkiwały wybrzeże, ale nie pływały w morzu inaczej niż na pokładach smukłych statków z białymi żaglami. Podobnie jak Dzieci Varnetha wykuwały przepiękne przedmioty i zmieniały kamień w cudowne rzeźby. I podobnie jak Dzieci Vermilona polowały na podniebne stworzenia, jednak nie potrafiły latać, a jedynie wykorzystywały śmiercionośne łuki i strzały, które mogły dosięgnąć ptaka w locie. Istoty te kochały słońce, były smukłe i wysokie, a w ich oczach błyszczała mądrość, tak podobna, a jednocześnie tak odmienna od smoczej.

- Wreszcie znaleźliśmy to, czego tak długo poszukiwaliśmy – odezwał się Silvern krążąc wysoko nad ziemią i obserwując z niemym zachwytem nieznane istoty. – Znaleźliśmy Inspirację i będziemy mogli wypełnić Pustkę. Wracajmy do domu.

- Jeszcze nie. – odparła Brianna. – Poznajmy bliżej te nieznane stworzenia.

Z tymi słowami zanurkowała w dół i wylądowała tuż na krawędzi osady. Jednak istoty przerażone przybyciem wielkiego smoka uciekły do swych domostw i na pokłady statków i żadne nie wyszło jej na spotkanie.

- Muszą oswoić się z naszą obecnością. – powiedział Silvern, a Brianna zgodziła się z nim.

Następnego dnia na krawędzi osady wylądował Silvern. Sytuacja jednak powtórzyła się. Nikt nie wyszedł na jego spotkanie.

Trzeciego dnia Brianna wylądowała daleko od domostw i długo czekała aż ktoś wyjdzie na jej spotkanie. Gdy już zaczęła tracić nadzieję, z jednego z domów wyszła jedna z istot. Ubrany był w piękny, lśniący pancerz, a w dłoni dzierżył długi miecz.

- Nie obawiaj się. – powiedziała Brianna, gdy zbliżył się do niej, ale on tylko uniósł miecz i krzyknął coś niezrozumiale.

Brianna pojęła, że istoty nie znają języka Smoków z Równin. Próbowała mowy Smoków z Gór, jednak nadaremnie. Próbowała mowy Smoków z Wybrzeża, jednak również bez rezultatu. Wreszcie odleciała by naradzić się z Silvernem. Oba smoki postanowiły obserwować obce istoty by poznać ich mowę.

Po wielu dniach Brianna ponownie odwiedziła osadę. Jednak tym razem nie czekała długo. Nieznany wojownik niemal natychmiast wyszedł ze swego domostwa, ubrany w lśniącą zbroję i z mieczem w ręku. Tym razem jednak smok nie miał zamiaru czekać aż wojownik się zbliży.

- Nie obawiaj się. – odezwała się Brianna, a widząc zdumienie i wahanie w jego oczach, ciągnęła dalej. – Nie obawiajcie się nas. Chcemy tylko poznać waszą rasę, gdyż nigdy nie widzieliśmy podobnej w Lomarii.

- Kim jesteście? – zapytał przybysz. Nie schował miecza, jednak nie trzymał go już w gotowości tak jak poprzednio.

- Smokami. Mieszkamy za Górami Kryształowymi. Nazywam się Brianna, a mój towarzysz to Silvern. Kim wy jesteście?

- Jesteśmy elfyn, przybyliśmy z Północy w poszukiwaniu nowych ziem i przygód. Nazywam się Ellor aern Ciaran Mandra. Czego od nas chcecie?

- Wyruszyliśmy w poszukiwaniu Inspiracji i oto niespodziewanie znaleźliśmy ją. Czy zgodzisz się byśmy poznali was bliżej by stworzyć istoty na wasze podobieństwo, które będą naszymi towarzyszami na Wschodzie?

- Nie mogę odpowiadać w imieniu całego mojego ludu. – Odparł chowając miecz. – Muszę naradzić się z moją matką, a także siostrą. Zaczekaj tu. I zawołaj swojego towarzysza, gdyż wiem, że obserwuje nas z góry.

Brianna skinęła głową, a gdy elf odszedł, nadleciał Silvern. Oba smoki cierpliwie czekały na odpowiedź.

Po wielu godzinach z osady wyłoniła się niewielka grupa elfów. Na czele szedł ten sam wojownik, z którym rozmawiała Brianna, jednak tym razem bez zbroi i broni. Szedł dumnie wyprostowany, a jego długie proste kasztanowe włosy rozwiewał wiatr. W jego ciemnoszarych oczach Brianna dostrzegła ulgę, a także ciekawość i wiedziała, że zgodzili się im pomóc.

Tuż za wojownikiem podążały dwie kobiety. Jedna, wyraźnie starsza od niego, miała włosy przeplatane nitkami siwizny. Była równie wysoka jak on, a w jej oczach błyszczało zaciekawienie. Za to druga z kobiet mocno zacisnęła usta, a w jej dużych złotobrązowych oczach błyszczał upór. Raz po raz odrzucała opadające na jej oczy długie, skręcone w burzę loków włosy w kolorze złota i rzucała niechętne spojrzenia w stronę obu smoków.

- Czcigodne smoki – odezwał się wojownik. – Wraz z moją matką, Ciaran Mandra – starsza z kobiet skłoniła się z szacunkiem. – Oraz siostrą, Riannon. – druga kobieta ukłoniła się nieznacznie i zacisnęła mocniej wargi. – Postanowiliśmy, że pozwolimy wam przebywać z nami przez jeden rok. Po tym czasie opuścicie nas i będziecie mogli stworzyć własne istoty. Jednak nasza zgoda ma cenę.

- Wymień ją – odezwał się Silvern.

- Podzielicie się z nami swoją wiedzą i swoją magią.

- Tego nie możemy uczynić. – odezwała się Brianna. – Nie możemy przemawiać w imieniu pozostałych smoków. Jednakże możemy pomóc wam w tworzeniu różnych dzieł, jeśli jest taka wasza wola. Wasza magia różni się znacznie od naszej i wspólnie możemy stworzyć rzeczy doskonałe.

- Otrzymasz również jedno z naszych dzieł, jeśli kiedykolwiek przybędziesz na Wschód – dodał Silvern.

Ellor przez chwilę naradzał się z matką i siostrą. Smoki widziały, że Ciaran i Ellor byli bardzo chętni by przyjąć ich ofertę, jednakże Riannon ciągle się sprzeciwiała. W końcu jednak Ellor znów zwrócił się do smoków.

- W takim wypadku możemy gościć was nie dłużej niż sześć miesięcy. Nie poznacie też naszej magii. A gdy kiedykolwiek przybędę do waszych królestw, sam wybiorę dzieło, które ma być nagrodą za naszą pomoc. Czy zgadzacie się?

Brianna i Silvern przez chwilę naradzali się i w końcu skinęli głowami.

Przez sześć miesięcy smoki przebywały wśród elfów poznając ich zwyczaje i zachowania. Przez sześć miesięcy pomagały elfom i razem z nimi tworzyły rzeczy niewidziane dotąd w Lomarii. Dzięki smoczej magii powstały umocnienia portu w Inghir, dzięki połączonej magii smoków i elfów powstały wspaniałe mury Lotharon.

Po sześciu miesiącach smoki odleciały na Wschód.

Gdy Brianna i Silvern dotarli na równiny Fentumëthyn Ardayn, dwa pozostałe smoki dołączyły do nich.

Pięć dni trwały prace. Z Wody i Ziemi Brianna stworzyła kobiety, z Wody i Ziemi Silvern ukształtował mężczyzn. Z Ognia Caribein stworzyła serce, a Alishar tchnęła Powietrze do płuc nowopowstałych istot ożywiając je. Jednak nie był to koniec pracy.

- Musimy stworzyć ich dusze. – powiedziała Brianna. – Tylko wtedy będą kompletni.

Caribein jako pierwsza podeszła do nowych stworzeń nazywając je właściwymi imionami. Następnie delikatnie przecięła skórę na swej ręce i kroplami własnej krwi dotknęła ich ust.

- Daję wam Kroplę Wzruszenia byście mogli dostrzegać piękno tam, gdzie nikt go nie dostrzega. Daję też Kroplę Bólu i Smutku byście mogli doceniać istnienie innych wtedy, gdy są, a nie w chwili, gdy będą odchodzić.

Alishar powtórzyła gest Caribein.

- Daję też Kroplę Radości i Szczęścia abyście mogli cieszyć się każdą chwilą życia, wiedząc, że nie trwa wiecznie. Daję wam Kroplę Zrozumienia i Spokoju byście wiedzieli, że śmierć nie jest końcem, ale początkiem.

Silvern poszedł w ślady swoich poprzedniczek.

- Daję wam Kroplę Żalu i Skruchy byście żałowali czynów niegodnych i z pokorą przyjmowali karę za nie. Daję wam Kroplę Gniewu i Upokorzenia byście mogli poznać swoją wartość.

Na końcu do nowych stworzeń zbliżyła się Brianna. Gdy kropla jej krwi dotknęła ich ust, powiedziała:

- Daję wam Kroplę Nadziei i Miłości byście mogli żyć i tworzyć rzeczy piękne i niezapomniane. Niech to, co dobre i piękne, trwa wiecznie.

I w ten sposób smoki stworzyły swe największe dzieło, a zarazem swą największą zgubę.

Ludzi.

Jest to krótkie opowiadanie stworzone pod wpływem chwili, snu, ostatnich wydarzeń poruszanych w mediach jak i samego uwielbienia do ballady "Król Olch". Magicznej, a zarazem strasznej, wywołującej drgawki na ciele.
Liczę na szczere komentarze i opinie.
Ps: Jest to zakończone opowiadanie
______________________________________________________________________

Odległe północne kraje spowił całun śniegu. Gdzieś u pod nurza gór otoczonych lasami klęczała młoda kobieta. Po jej bladej twarzy spływały łzy, patrzyła na swoje drżące dłonie. Jej myśli wracały do niedawno zaszłych wydarzeń.

Przed oczyma miała obraz jak zaciska palce na drobnej szyi dziecka. Płakało, machając rączkami jakby mówiło „ Mamusiu, puść mnie”. Jednak nie potrafiło mówić, było zaledwie niemowlakiem. A, gdy z jego drobnego ciałka wyzionął duch, ogarnięta wstrząsami Kobieta objęła go ten jeden ostatni raz i zanurzyła w przeręblu okutego lodem jeziora. Niemowlę nie zatonęło, przylgnęło do szklistej tafli spoglądając martwo na swoją matkę. Przerażona Kobieta uciekła, nie odwracała się, biegła przez głęboki śnieg dopóki nie upadła.

Niebo pokrywała gruba warstwa szarych chmur, a wiatr wył żałośnie. Wśród jego zawodzenia Kobieta dosłyszał wołania.

- Chodź do nas. Chodź…

Kobieta rozejrzała się w trwodze, bała się, że ktoś mógł widzieć to co uczyniła. Tajemnicze głosy dochodziły ze wszystkich kierunków. Nagle umilkły, pozostało po nich tylko echo, które w końcu też ucichło. Zapanowała martwa cisza, tylko serce kobiety próbowało wyrwać się z piersi waląc jak młot.

Wśród pni drzew stały dwie, niewyraźne, szare postacie. Patrzyły na Kobietę, a ona na nie. Nagle odwróciły się i znikły w otchłani lasu. Wiedziała, że musi iść za nimi, czuła jak ją przyciągają. Przedzierała się przez gęsto zarośnięty las. Postacie oddalały się co raz bardziej, a ona biegła za nimi potykając się o wystające korzenie. Gdy wybiegła na pustą równinę wydawały się być widmowymi cieniami zatopionymi w rozszalałej burzy śnieżnej.

- Chodź do nas.

- Idę – Krzyknęła

Powietrze przeszedł głuchy trzask, grunt pod stopami Kobiety zapadł się. Jej ciało przeszyły setki igieł, a płuca odmówiły posłuszeństwa. Nim opadła na dno zdołała dojrzeć nad grubą warstwą lodu błękitne oczka swojego synka „Mamusiu, przytul mnie”

Zapadła ciemność…

Oczy Kobiety otworzyły się ociężale. Leżała w śniegu wśród drzew otulonych gęstą mgłom. Czarne Olchy górowały wysoko nad nią mącąc światło księżyca. Kobieta podźwignęła się z trudem. Była obolała i przemarznięta. Złapała się pod pachy i ruszyła przed siebie chwiejnym krokiem.

Brnęła przez gęsty Olchowy las, napotykając na swojej drodze ludzi. Bladych, żylastych, zimnych, nieobecnych, o czarnych, martwych oczach. Każdy z nich wyciągał do niej ręce jakby próbował wyrwać resztkę ciepła płynącą w jej ciele. Kobieta patrzyła na nie z obrzydzeniem , bała się, lecz szła dalej.

Zimno ciążyło na niej coraz bardziej. Szła zgarbiona potykając się o własne nogi. Każda kolejna próba powstania kosztowała ja cząstkę życia, którego niewiele w niej zostało.

Upadła…

Nie zdołała się podnieść …

Jej czoło po zetknięciu z kamiennymi schodami krwawiło. Leżała przytulona polikiem do jednego z ich stopni. Miała płytki i wolny oddech. Sine usta, zamarznięte brwi, rzęsy i włosy.

- Spójrz na mnie – Rozkazał ochrypły, bezbarwny, anemiczny głos – Spójrz!

Powoli podniosła głowę. U szczytu schodów na tronie stworzonym z splątanych gałęzi Czarnych Olch siedział Król. Król Olch. Zdawał się być częścią drzew wrośnięty w tron. Na jego głowie lśniła korona, ciało zaś było pokryte zmierzwioną, szarą brodą spod której wystawały długie, kościste ręce. Kredowa twarz, orli nos, sine usta i te czerwone oczy. Świdrujące najgłębsze zakamarki jej duszy wypełniając ją przeraźliwym zimnem.

- Chodź do mnie, oddaj mi swą duszę i odkup swe winny

Żylaści ludzie otaczali Kobietę. Jęczeli żałośnie, rozdziawiając bezzębne buzie. Jedni szli inni pełzli pozbawieni kończyn.

- Nie – Krzyknęła Kobieta

Nastała cisza po chwili przerwana płaczem dziecka. Przeraźliwym, przepełnionym bólem i cierpieniem. Nie zauważony wcześniej przez Kobietę tobołek trzymany w rękach Króla Olch spadł. Brązowy materiał rozwinął się, a jego zawartość stoczyła się po schodach, zatrzymując się przy Kobiecie. Purpurowy niemowlak nie ruszał się, był sztywny, jego oczka były zamknięte. Kobieta wrzeszczała, nie mogła się poruszyć, patrzyła wprost na swoje martwe dziecko, a po jej polikach spływały strumienie łez.

Oczka dziecka otworzyły się, lecz już nie były błękitne, tylko czarne przepełnione bólem i śmiercią. „Mamusiu, nienawidzę Cię” - szeptały drobne usta. W Kobiecie coś pękło, umarło, resztka jej życia wyparowała. Oczy zalały się czernią, a ciało zamarzło.

Lodowate ręce żylastych ludzi pochwyciły ciało Kobiety i zaciągnęły je w swe szeregi. Król Olch śmiał się skrzekliwie głaszcząc niemowlaka jak by było jego zwierzątkiem.

Nazwa użytkownika

Najnowsze wpisy

Ostatnie komentarze